Reklama

Reklama

Recenzja Joe Satriani "What Happens Next": Tylko wąsów brak

Boli już od samego patrzenia na okładkę. Czy to możliwe, że ból może być jeszcze większy?

Boli już od samego patrzenia na okładkę. Czy to możliwe, że ból może być jeszcze większy?
To jest stary Joe Satriani, znany sprzed kilkunastu lat /

Tak, w przypadku "What Happens Next" jest to całkiem realny scenariusz. Stare powiedzenie mówi, że nie wolno oceniać książki po okładce. Z drugiej strony m.in. to okładka ma zachęcić do tego, żeby sięgnąć po dzieło. Już teraz odważnie można stwierdzić, że po najnowsze dokonanie Satrianiego nie ma po co się schylać.

Raz na jakiś czas zdarza się, że już sam cover (ech, uczepiłem się tych fotografii) dużo mówi o zawartości. Czasami też jest tak, że nawet dyskretnie przekazuje informacje o tym, że "coś się zepsuło".

Januszowy wehikuł czasu racz odpalić, bo słynny gitarzysta nie bierze jeńców i swoimi solówkami wprawia w zachwyt wszystkich tych, dla których czas zatrzymał się w latach 80. i uważają, że wiosło jest jedynym słusznym instrumentem. Właśnie dla takich ludzi 2018 rok rozpoczął się znakomicie. Aha, wraz z nowym wydawnictwem weterana sięgającego do korzeni i opowiadającego bzdury o jakimś odrodzeniu.

Reklama

Ich idol postanowił grać bardziej oszczędnie, mniej eksperymentować i stawiać na proste i do bólu schematyczne kompozycje, czemu dowodzi otwierające "Energy", będące energetycznym zastrzykiem tylko z nazwy, nie mówiąc już o komicznym, aczkolwiek najbardziej rozbuchanym, "Thunder High on the Mountain", czy "Smooth Soul" i "Looper" będących najczarniejszym snem wielbicieli Marcusa Millera. Nie jest dobrze, tym bardziej, że schemat jest doskonale znany - ma być bezpiecznie.

To jest stary Satriani, znany sprzed kilkunastu lat, który co chwilę popisuje się swoimi solówkami, gwoli sprawiedliwości przepięknie brzmiącymi ("Cherry Blossoms"!) i fantastycznie nagranymi oraz, co ważne, nieźle współgrającymi z resztą instrumentarium. Sekcja - Glenn Hughes ze swoim basem i Chad Smith na perkusji - nadąża za gospodarzem i wychodzi to całkiem nieźle.

Całe "What Happens Next" należy do gatunku tych płyt, których racjonalnie obronić się nie da. Nawet gorzej - nie chce się w nich na siłę szukać wad, bo całość jest tak przeraźliwie miałka, nudna i mało odkrywcza, że nie powinna być dodawana nawet w gratisie dla prenumeratorów pewnego periodyka. Oczywiście nie ma co się zagłębiać w stereotypy, bo można je obrócić w żart (lepszy czy gorszy?), ani tym bardziej kogokolwiek obrażać, ale właśnie w kategorii żartu warto potraktować ten album. Czasy się zmieniły i takie granie odeszło już dawno do lamusa, tym bardziej, że Joe Satriani ze swoimi kompozycjami, niekiedy nawet przebojowymi, które może i porwą niejeden stadion podczas trasy koncertowej ("Righteous"), tylko odcina kupony od swojej sławy.

Jasne, że całość ma też swoje plusy. Jakość nagrania jest doskonała i naprawdę można dobrze wytestować swój sprzęt audio, żeby jeszcze bardziej połechtać swoje ego. Sprzęt jak sprzęt, ale ważny jest również test dla cierpliwości, bo dzieło Satrianego skutecznie wali przeraźliwie nudnymi sierpowymi. Przetrwanie takiego naporu to nie lada wyczyn, podobnie jak sama próba konfrontacji z "What Happens Next", więc nie pozostaje nic innego, jak pogratulować Mike'owi Fraserowi, producentowi albumu, nie tylko wykonania tytanicznej pracy, ale i przetrwania...

Joe Satriani "What Happens Next", Sony Music

2/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL