Diana Krall po raz kolejny wzięła się za jazzowe standardy. Można wręcz powiedzieć, że zebrała najlepsze samograje i niekwestionowane hity jazzu pierwszej połowy XX wieku, jakby nie chcąc przerwać dobrej passy na Billboard Jazz Albums. "Someone in Love" opracowali chyba wszyscy, którzy mogli coś ciekawego z tą jakże chwytliwą piosenką zrobić (po Fitzgerald, Crobym i Sinatrze, po swojemu przerobiła ją nawet Bjork). "L-O-V-E" Nat King Cole'a uznawany jest za jeden z najbardziej "obśmianych" przebojów, ale przecież uwielbiany i często za sam tekst cytowany i parafrazowany. "Blue Skies" znalazło się nawet na jednym z albumów wielkiego zbioru jazzowych standardów Roda Stewarta "The Great American Songbook", a "Dance With Me" odgrywa główną muzyczną rolę w przebojowym filmie z Richardem Geerem i Jennifer Lopez "Zatańcz ze mną". Krótko mówiąc - nowy album Diany Krall to utwory znane, lubiane, cenione i z potencjałem. Ale artystce nie chodziło o to, by nagrać kolejną "elevator music". Choć to karkołomne zadanie, Diana Krall znalazła dla ogranych standardów nowe brzmienie i nowy wyraz.
Niuanse - to właśnie powód, dla którego Krall od lat nie schodzi z jazzowego podium. Bo chociaż artystce można zarzucić poruszanie się po łatwym, świetnie już jej i słuchaczom znanym terenie, to z każdym albumem Diana udowadnia, że w opracowywanych przez nią klasykach można odkrywać całe pokłady niezgłębionej jeszcze emocjonalności. Na "Turn Up..." Diana często oddaje głos kontrabasowi - chociażby w otwierającym "Someone in Love" to właśnie bas dostaje melodyjną solówkę i wprowadza nas w przyjemny jazzowy klimat. Gitara towarzyszy wokalistce jak drugi głos, instrumentalny chórek, rodzaj kontrapunktu, który jedynie łagodnymi dźwiękami podkreśla aksamit głosu Krall ("Isn't it Romantic"). Sporo uwagi Krall z producentem, Tommym LiPumą poświęciła samej rytmice utworów - drobne zmiany w akcentacji, rozciągnięcia wybranych sylab, podbicie nieoczywistych części taktów niejednokrotnie nadają piosenkom nowej energii. I tak "Dance With Me" waha się między zmysłowym flamenco a ognistą bossanovą, a "Moonglow" zyskało niemal bluesową aranżację. Świetne też rozwiązanie zespół Krall znalazł dla zadziornego "No Moon At All", które zyskało długi wstęp z elementami zgrabnej improwizacji, rozmowy między kontrabasem i fortepianem, na którą niepostrzeżenie nakłada się głosi Diany. Zamykające całą płytę "I'll See You In My Dreams" to z kolei niemal folkowa wersja utworu - z roztańczonymi zadziornymi skrzypcami, równym rytmem perkusji i skocznym wokalem Krall.
Dla smakoszy ambitnego jazzu, kolejny album Diany Krall będzie źródłem całej serii sarkastycznych komentarzy i obiektem drwin. Bo też trzeba przyznać - Diana nie podejmuje wielkich muzycznych wyzwań. Jej aranżacje są dość przewidywalne i bezpieczne. Tak samo jak i sam dobór standardów, które nagrywa. Diana Krall jednak dobrze zna swoich słuchaczy i podobnie, jak Rod Stewart czy Michael Buble świadomie porusza się w uwielbianej przez rzesze fanów stylistyce. Choć do bezkompromisowości Cassidy czy Fitzgerld jej daleko, choć nie eksploruje swojego głosu, tak jakby mogła - a jestem pewna że bezpieczny altowy rejestr to nie wszystko, na co ją stać - i choć jej płyty to tylko miły i piękny dodatek do życia, do Diana Krall po raz kolejny uwodzi i rozgrzewa. Artystka od lat tworzy muzykę, która po prostu wchodzi do głowy i serca i uspokaja, delikatnie podnieca i wzbudza romantyzm. Pogłośnijcie tę ciszę i zróbcie sobie ze zwykłego wieczoru coś skrzącego się filmową magią.
Diana Krall "Turn Up the Quiet", Universal Music7/10









