Reklama

Recenzja Cypress Hill "Elephants on Acid": I sitary, i gitary

Wrócił wielki producent, więc znowu dostaliśmy klimat starych nagrań. Szkoda tylko, że raperzy nie potrafią się za bardzo wysłowić, bo gdyby podołali psychodelicznym dźwiękom, mogło być naprawdę świetnie.

Okładka płyty "Elephants on Acid" Cypress Hill

Na swoim debiucie mieli nietypowe brzmienie. Byli totalnym unikatem, niepodrabialnym wzorem, który po kilku latach wychował sobie solidnych raperów nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale i w kraju nad Wisłą. Konkurencję w latach 90. mieli olbrzymią, ale nie przeszkodziło im to zapisać się na kartach historii w najlepszy możliwy sposób.

Reklama

Prawie 30 lat na scenie. Przez ten czas wydarzyło się bardzo wiele, rap zmieniał się kilka razy, a Cypress Hill ciągle robili swoje. Nigdy nie postawili na elektroniczny minimalizm i auto-tune'owe wygrzewy i nie zapraszali dziwnych gości. Nawet jeśli dwa ostatnie longplaye - do bólu przeciętny "Till Death Do Us Part" i słabiutki "Rise Up" - nie do końca udanie próbowały wprowadzić kilka nowości do dyskografii składu, to nie można im odmówić, że ciągle miały tego specyficznego ducha.

W "Elephants on Acid" czuć tę przepaloną aurę (ciężko sobie wyobrazić ten album bez "Oh Na Na") podbitą trochę mocniejszymi narkotykami i to bez nawiązań do tytułu. Nowe dzieło udowadnia też, że nawet po prawie trzech dekadach obecności na scenie wciąż można poszukiwać i stosować dziwne patenty w taki sposób, który nie będzie wadził najwierniejszym fanom. Co ważne, również samym sobie. To stary, dobry Cypress Hill ze wszystkimi swoimi wadami i zaletami, zwłaszcza z nieodłącznymi dobrodziejstwami latynoskiej kultury.

Ostatnio poprzeczka nie była zawieszona zbyt wysoko, więc jej strącenie nie należało do trudnych zadań, ale chyba nikt się nie spodziewał, że będzie aż tak łatwo. Już pierwsze dźwięki wprowadzają w mistyczny, niespotykany u nich wcześniej na taką skalę nastrój, który bardzo łatwo trzyma w napięciu do samego końca. Udaje się to osiągnąć dzięki DJ-owi Muggsowi, który jak inny potrafi zaprosić do swojego świata, z którego nie chce się wychodzić przez długi czas. Producent przygotował swoje najlepsze podkłady od wielu, wielu lat i nawiązał do swoich największych osiągnięć z połowy lat 90.

Muggs znowu odpowiada za całą warstwę muzyczną na albumie swojej ekipy. Ciężko przy tym nie odnieść wrażenia, że chciał coś udowodnić i kompletnie przeczy tytułowej frazie z "Muggs is Dead". Kombinuje, szuka dziwnych rozwiązań i dobrze na tym wychodzi. I sitary, i gitary. Miesza ze sobą bardzo charakterystyczne, orientalne sample z typowym cypressowym brzmieniem ("Crazy", "Locos" i "Pass the Knife") zahaczającym o klimaty latino. Często zabiera się w psychodeliczną podróż, czemu dowodzą "Jesus Was a Stoner" i singlowy "Band of Gypsies", nie zapomniał o gitarach w "Falling Down". Tu jest wszystko, za co kocha się Cypress Hill.

Beatmakerowi starają się dorównać raperzy, chociaż z naciskiem na "starają się", bo ciężko nie odnieść wrażenia, że z sesji nagrań zrobili sobie imprezę, na której pali się zdecydowanie za dużo i ciężko jest się sensownie wysłowić. B-Real i Sen Dog może i nie schodzą poniżej swojego poziomu, wypadają znacznie lepiej niż na poprzedniku, ale ciężko u nich znaleźć cokolwiek, co mogłoby zaimponować. Charakterystyczny, wysoki głos tego pierwszego dominuje, który zaznacza się niemalże w każdym utworze, drugi MC szczęśliwie został zepchnięty na bok.

Jest tutaj trochę wad i niezrozumiałych ruchów. Skity mogłyby zostać ograniczone do minimum, raperzy mogli dać od siebie zdecydowanie więcej, a goście na nagrywki przyjechali zapewne z przymusu. Jeszcze te cholerne zawodzenie w "Blood on My Hands Again"... Nawet pomimo tego, bohaterskie wyczyny Muggsa sprawiają, że coś w tym "Elephants on Acid" jest.

Cypress Hill "Elephants on Acid", BMG

7/10

 

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Cypress Hill | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje