Reklama

Reklama

Post Malone "Twelve Carat Toothache": Stępiony ból [RECENZJA]

Jeżeli "Twelve Carat Tootache" miało wyrażać ból, jaki odczuwa w środku Post Malone, to wyraźnie wziął środki przeciwbólowe przed nagraniem. Najgorsze jest to, że autentycznie czuć, iż w tym facecie tkwi o wiele więcej niż możemy doświadczyć poprzez tę płytę.

Jeżeli "Twelve Carat Tootache" miało wyrażać ból, jaki odczuwa w środku Post Malone, to wyraźnie wziął środki przeciwbólowe przed nagraniem. Najgorsze jest to, że autentycznie czuć, iż w tym facecie tkwi o wiele więcej niż możemy doświadczyć poprzez tę płytę.
Okładka płyty "Twelve Carat Tootache" Post Malone'a /

Post Malone z każdym rokiem traktuje swoich słuchaczy coraz poważniej. Kiedy kilka lat temu ostentacyjnie ogłaszał, że czuje się jak gwiazda rocka w pamiętnym hedonistycznym singlu, teraz zauważa, że nie wszystko złoto, co się świeci. Dzięki temu "Twelve Carat Toothache" z miejsca jawi się jako najdojrzalsza płyta artysty. Ale czy faktycznie dojrzała? Do tego jeszcze dojdziemy.

Jeżeli chodzi o stronę muzyczną nie spodziewajcie się cudów. Warstwa instrumentalna to w znacznej części trapowe bębny, bass z 808-ki mający nieść subwoofery oraz zambientowane plamy dźwiękowe czy pady odpowiedzialne za progresje akordów na zmianę z totalnie pretekstową sekwencją dźwięków z syntezatora.

Reklama

Oczywiście to nie tak, że muzyka jest jednostajna i monotonna. W bitach dochodzą kolejne warstwy, faktury, urozmaicenia, którymi buduje wrażenie, że gdzieś w oddali skrywa się wyrazistość. Tej oczywiście czasami doświadczymy. Chociażby w "Lemon Tree", której potrafi zaskoczyć cave'owską gitarą akustyczną, we "Wrapped Around The Finger" obcującego z estetyką nu-disco, głównie za sprawą bujającego basu, czy w dziwnie post-punkowym "When I’m Alone". Przy czym to wyjątki, bo całość została potraktowana jednak minimalistycznie.

Dlaczego więc to działa? Bo kreowanie melodii powierzono wokalowi samego gospodarza płyty. To partie wokalne są rozpisane w taki sposób, aby piosenki płynęły, niosąc ten atrybut przebojowości, którego podkłady pozostawione same sobie są z pewnością pozbawione. Dlatego nie zdziwcie się, jeżeli po przesłuchaniu "I Cannot Be (A Sadder Song)" czy "I Like You (A Happier Song)" wasza głowa będzie pełna melodii. Albo jak porwie was refren "Love/Hate Letter to Alcohol", który przesterami i mocnymi bębnami skutecznie próbuje podążyć nieco w stronę rockowych klimatów.

To zresztą najlepszy numer na płycie - ba, Post Malone zmagający się ze swoimi słabościami, dzielący się emocjami z rozdrapanymi ranami to Post Malone najbardziej intrygujący, pokazujący, że stać go na wiele. I jest tu faktycznie parę momentów, gdy czuć cały ciężar doświadczeń tkwiący w tym człowieku.

Ale "Twelve Carat Toothache" to przede wszystkim płyta głównego nurtu, dlatego mocne momenty muszą być schowane pomiędzy przezroczystymi utworami o związkach, seksie, gówniarskimi przechwałkami i totalnie transparentnymi potokami słów (jakby coś się popsuło i nie było mnie słychać, tekst do "Insane" to jest jakaś porażka). Niestety, takich wypełniaczy jest tu całkiem sporo, co pokazuje, że pełną dojrzałość artystyczną Malone ma jeszcze przed sobą. O ile jeszcze do niej dojdzie.

Mam też problem z samym wokalem Post Malone'a, który choć nieść melodie faktycznie potrafi, to zaskakująco często robi to na jedną modłę. A w połączeniu z utopioną w ambientowych plamach warstwą instrumentalną sprawia to, że przejścia między utworami stają się miejscami niemal niezauważalne.

Sprawy nie ułatwia auto-tune - gospodarz płyty nie używa go co prawda w agresywny sposób, ale na tyle wyraźny, by tworzyć wrażenie mechaniczności. Zabawna natomiast sprawa tkwi z bardzo specyficznym ekhm... ekhm... "vibrato", grzebiącym rozpoczynające płytę "Reputation", a brzmiącym jakby Malone śpiewał z wodą w ustach. Kiedy myślałem, że to wynik podkręcenia tej wartości w auto-tune'ie do niemożliwych wartości, sprawdziłem livestream, na którym Post Malone odgrywał utwory Nirvany i ku mojemu zaskoczeniu, on naprawdę tak śpiewa. Zabawna sprawa, że właśnie w "Reputation" nawiązuje do "Smells Like Teen Spirit". Szkoda, że nie idzie natomiast w bardziej chrypliwą, twardą, grunge'ową barwę, bo wówczas pokazał, że potrafi, oj, potrafi.

Największy problem z "Twelve Carat Tootache" tkwi w tym, że naznaczane ślady ambicji zostają zamazywane przez charakter płyty. Ten krążek to ostatecznie zaledwie sterylnie brzmiący i pozbawiony bardziej ryzykownych posunięć produkt. A miejscami naprawdę słychać, że w artyście kipi i nawet to nie jest w stanie go powstrzymać przed uzewnętrznieniami - mam szczerą nadzieję, że będziemy kiedyś świadkami tego, jak tkwiące w nim emocje wyleją się w pełni w utworach.

Post Malone "Twelve Carat Toothache", Universal Music Polska

5/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL