Reklama

Reklama

Patrycja Markowska "Wilczy pęd": Ciągnie wilka do gitar [RECENZJA]

Patrycja Markowska na "Wilczym pędzie" wydaje się nieustannie rozdarta. I to wręcz do poziomu niezdecydowania. Płyta brzmi jakby artystka nieustannie wahała się między tym, co doskonale wpisze się w zachowawczy, radiowy pop a tym, co tak naprawdę gra jej w duszy.

Patrycja Markowska na "Wilczym pędzie" wydaje się nieustannie rozdarta. I to wręcz do poziomu niezdecydowania. Płyta brzmi jakby artystka nieustannie wahała się między tym, co doskonale wpisze się w zachowawczy, radiowy pop a tym, co tak naprawdę gra jej w duszy.
Okładka albumu Patrycji Markowskiej "Wilczy pęd" /materiały promocyjne

Jeśli miałbym wskazać, jakie dźwięki wypełniają serce Patrycji Markowskiej, wskazałbym hipisowski blues rock - analogowy we wręcz garażowy sposób - i trochę amerikany. Wyraźnie sugeruje to kilka pozycji na płycie. 

Mamy "Wodospady" z wysuniętą na front linią basu, w których czuć niemal ducha Breakoutu. Takie "Na zakończenie dnia" przesteruje i brudzi w przyjemny sposób, wpisując się chociażby w estetykę, o którą Mrozu zahacza na swoich ostatnich dokonaniach. Podobnie pozytywnie zaskakuje "Bezczas", zdający się być efektem ubocznym jam session wykonanym na zapomnianej warszawskiej scenie w klubie, pachnącym lagerem i papierosami.

Reklama

Naprawdę szkoda, że cały album nie podążył takimi tropami. Brzmi to jakby Patrycja Markowska wraz ze swoimi producentami bała się tak precyzyjnie określonej estetyki jako mniej przystępnej dla masowego słuchacza. Stąd też bluesowe czy rockowe inspiracje kontrastuje z rzeczami nieziemsko wręcz transparentnymi. Takimi, które polecą w tle podczas robienia obiadu z kuchennego radioodbiornika, przelecą w samochodzie na przypadkowo przełączanej stacji, pozwolą potupać nóżką, ale nie zapamiętuje się ich na długo. Bo są robione od kalki.  

Pierwszy singel, znana od dwóch lat (!) "Niepoprawna", to przesłodzony, do bólu zachowawczy radiowy pop, który jest tak ciepły, jak i zupełnie przezroczysty. "Wilczy pęd" w założeniu miał być dziki, folkowo-westernowy, jak wyjęty z południa Stanów Zjednoczonych, ale cały potencjał został zabity przez skrajną sterylność i niechęć do podejmowania jakiegokolwiek ryzyka.

Skoro już mowa o wilkach, "Aż do rana"Robertem Gawlińskim na papierze wypada intrygująco, w rzeczywistości okazuje się zaledwie balladowym wypełniaczem. Tradycyjnie udaje utwór o wiele bardziej uwrażliwiony i poetycki niż jest.

To zresztą problem tekstów wyśpiewywanych przez wokalistkę: wielkie słowa są używane do tego, by mówić rzeczy błahe. Rozumiem estetykę popową, która zmusza do skrajnej prostoty mitycznego przekazu. Ale tekst zostaje ze słuchaczem zaledwie do końca danej piosenki, zagubiony pomiędzy kolejnymi wspomnieniami o snach, z których człowiek nie chce się budzić, zabieraniu byle jak najdalej, rwącymi strumieniami oraz wyraźnymi fascynacjami meteorologicznymi, bo wiatr, słońce i deszcz zjawiają się tu co chwile.  

W tym wszystkim najgorsze jest to, że Patrycję Markowską naprawdę stać na dużo, dużo więcej. Warsztatowo to przecież wokalistka niezwykle sprawna. Nawet jeżeli porusza się w bardzo bezpiecznych obszarach, to słychać momentalnie, że to nie wszystko, co mogłaby wyciągnąć z krtani.

Marzyłoby mi się wyrwać ją z oków radiowego grania, które można następnie bezproblemowo wykorzystać w komediach romantycznych spod znaku białych plakatów z Roznerskim lub Karolakiem. Tworzy to bowiem z niej jedną - nie zaś jedyną - z wielu. A naprawdę niewiele brakuje, by było inaczej - by w końcu nagrała coś na miarę swojego potencjału. Przecież już na "Wilczym pędzie" są utwory odsłaniające twarz i charakter artystki: piosenki, które mogłyby zostać ze słuchaczami na dłużej. Problem w tym, że nie z tymi, do których kierowane są single.

Patrycja Markowska, "Wilczy pęd", Agora Music

5/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama