Reklama

Norah Jones "Pick Me up off the Floor": Biała mewo gdzie jesteś? [RECENZJA]

Po mniejszych i większych wojażach stylistycznych, na poprzedniej płycie/kompilacji singli - "Begin Again" - Norah Jones powróciła do bluesowych i jazzujących snujów, jakimi czarowała u początku kariery. Nowy album podąża dalej tym właśnie torem.

Norah Jones na okładce płyty "Pick Me up off the Floor"

Country z Puss 'N Boots, rock z Danger Mouse'em czy ficzeringi u OutKastów - dyskografia Norah Jones wcale nie jest tak monochromatyczna, jak część z nas przywykła sądzić. Jednak abstrahując od prywatnych ambicji artystki, praktycznie natychmiastowy gigantyczny sukces komercyjny przy okazji debiutu w oczach mainstreamowej publiczności skutecznie ją, mówiąc Gombrowiczem, upupił.

Reklama

Z jednej strony może to i jakoś dla ambicji Jones krzywdzące, z drugiej jednak jazzowo-bluesowa szufladka wcale nie jest aż taka ciasna, żeby zamiast robić to, co wychodzi jej znakomicie, rzucała się nagle w wyścig na riffy z Electric Wizard, albo zadawszy sobie chemiczne wspomagacze, próbowała zostać objawieniem sceny minimalnego techna. Jest jednak w tym powrocie do korzeni jedno "ale".

"Pick Me up off the Floor" to nagranie z kategorii tych, które z powodzeniem na ścieżkach dźwiękowych mogą cytować niezależne dramaty filmowe dla studentek polonistyki. Nagranie które wraz z kieliszkiem wina ułatwią relaks po ośmiu godzinach w korpo, które puścimy jako tło dla wypłakiwania przyjaciółce w ramię miłosnego zawodu. Albo które możemy usłyszeć w windzie czy hipermarkecie.

Bo przy całej wokalnej i instrumentalnej maestrii, którą "Pick Me" epatuje, jest to płyta idealnie, stuprocentowo przezroczysta. Właściwie stojąca w większości na cienkiej krawędzi muzaku, czyli z kategorii "Kydryński by puszczał i zużywał chusteczki". Czy jest to kwestia faktu, że numery na niej zawarte w pierwszej koncepcji nie miały w ogóle stać się płytą, a stanowią odrzuty wielu krótkich sesji, na których powstawał materiał na "Begin Again"? Niewykluczone.

Pewne za to, że Jones nieraz już w swojej karierze dowiodła, że stać ją na dużo lepszy, mocniej przykuwający uwagę materiał. Taki, który nie zlewa się w jednego 55-minutowego snuja, ale stanowi doskonałą podstawę do przemysłowej wycinki znakomitych singli. Z "Pick Me" hurtowo ciąć trudno. Choć nie jest tak, że zupełnie nie ma czego.

I tak świetnie rozpędza się oparte na crescendo "Heartbroken, Day After", dobrym kontrapunktem do zwyczajowej melodyki Jones jest "Say No More", gdzie artystka proponuje nam stosunkowo nietypowe dla siebie harmonie. Daje radę "To Live" z wprowadzającą partią fortepianu w stylu "Easy" Lionela Ritchiego i frazą na poły country'ową, a na poły waitsowską. No i oczywiście "Were You Watching", które brzmi jak Tori Amos na pełnej.

Ale trzy-cztery naprawdę dobre strzały to jednak trochę mało jak na całą płytę. Szczególnie, że i w tekstach raczej stojąca woda, niż wartki intelektualnie nurt. Uprzedzam ewentualne oskarżenie o seksizm: gdyby mi facet nagrał płytę po brzegi wypełnioną takim stękaniem i zawodzeniem, też bym darł z niego łacha. Szczególnie, że intrygującej metafory idzie tu wypatrywać, jak zagubiony na morzu żeglarz wypatruje mew. Z wielką, niespełnioną nadzieją, ale i niebezpieczeństwem, że spełniona może nam przynieść nie tylko radość, ale i zrzut w oko.

Rozumiem, że jak już się coś zrobiło, to głupio wyrzucać, jednak można pewnie było puścić to w innym trybie (albo: "bez żadnego trybu") niż pełnoprawny longplay. Szczególnie, że od poprzedniego minął ledwie rok z małą górką. Norah Jones to oczywiście poziom nieosiągalny dla większości artystek z jej kategorii. Sęk w tym, że jak na jej własny poziom, to jest jednak bardzo, bardzo średnio.

Norah Jones "Pick Me up off the Floor", Universal

6/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Norah Jones | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje