Reklama

Reklama

Lukasyno "Syn wschodu": Twarze smaga nam wiatr

Weteran Lukasyno wysyła następny list ze świata przemrożonych rąk, stóp natartych popiołem, dymu suszonych ziół nad płonącą świecą i wypraw na bagna. Odbierz, to polecony. Nikt inny tak nie napisze.

Weteran Lukasyno wysyła następny list ze świata przemrożonych rąk, stóp natartych popiołem, dymu suszonych ziół nad płonącą świecą i wypraw na bagna. Odbierz, to polecony. Nikt inny tak nie napisze.
Okładka płyty "Syn wschodu" Lukasyno /materiały promocyjne

Duchowa przemiana artysty to zwykle nie jest to, co jego fani lubią najbardziej. Taki twórca potrafi odciąć się piłą od przeszłości, zgubić ostrość, wydziwiać, a przy okazji razić neofickim mentorstwem. To los wielu rockandrollowych herosów, niemniej nie Lukasyno. U niego przewartościowania wydobyły akurat to, co w nim najlepsze. Białostockiego rapera albumami słucham od wydanego osiem lat temu "Barda", a szczerze podziwiam od "Pachnę ogniem" z 2020 roku. I to podziwiam coraz bardziej.

Proces ewolucji, krzepnięcia w przekonaniach nadal trwa. Czy "Syn wschodu" jest jeszcze lepszy od poprzednika? Trudne pytanie, bo zależy, na co się w muzyce stawia. Jeżeli na niespodzianki i zwrot akcji, to można się rozczarować. Nowa płyta Lukasyno daje jeszcze więcej jakości, pełniej realizuje wizję autora i... przynosi właściwie niemal zero zaskoczeń, raczej przypomina kolejny sezon serialu. Utrzymany jest znany już wcześniej dualizm, kontrast między dawnym, szybkim i pochopnym życiem na białostockich Dziesięcinach (które jednak ukształtowało Luka w obecnej postaci), a obecną, świadomie obraną drogą blisko natury czy własnych korzeni. Drąży się te same wartości, odgania te same demony.

Reklama

Lukasyno "Pachnę ogniem": Las zamiast miasta - przeczytaj recenzję!

Praca nad sobą nie okazuje się sloganem, rzeczywiście można poczuć, że to życiowe motto gospodarza. Filozofia związana z dokonanym wyborem wykładana jest spokojniej, precyzyjniej, tak jakby wiek działał na korzyść. W retrospekcjach język robi się gwałtowniejszy, obrazowanie staje się ostrzejsze, pojawia się wrażenie, że nie chciałbyś mieć z tym uduchowionym sensei na pieńku, bo byłby jak mściciel z westernów.

Lukasyno jest szefem, kiedy bezwzględnie szczerze, lapidarnie i własnym językiem rozpamiętuje hardcore, choć zwłaszcza wtedy, gdy rapuje o tym, że przytulając córki naprawia błędy ojca, że do dziś nosi wydziargane przez babcię wełniane kapcie, a "pszczoła nie umiera, tylko wieńczy swoje dzieło". "Konie wrone", "Syn Wschodu", ale też "Żaden powód do dumy" i "Pieniądze lubią ciszę" to nie są zwykłe utwory, to teleporty. Wchodzisz, przenosisz się, patrzysz oczami rapera, wdychasz jego nozdrzami. Częstuje cię solianką, zabiera na bagna.

Na sporo komplementów zasługuje produkcja, miks i master. Pozwalają odpowiednio intensywnie, jeszcze intensywniej niż poprzednio przeżyć tę przygodę. Procentuje wieloletnia współpraca z Ayonem, KrisoKubikiem, bo wrażliwości się dostrajają, umiejętności rosną. Tak jak w tekście żurawi klangor sąsiaduje z Dostojewskim, tak w obrębie dźwięków syntetyzowana wiolonczela łączy się ze szwedzką talharpą, gitara klasyczna z lirą korbową, drillowy rytm z grzechotką ceremonialną. Brzmienie nigdy nie było na płytach białostoczanina głębsze, instrumenty wtopione lepiej, śpiewy nie wchodziły w związek z rymami mocniej. To akordeonista Piotr Ostaszewski jest gwiazdą "Nie zabiorą nam". Nazwisko Moniki Horodek też zapamiętajcie. Chóralne, powtarzane "twarze smaga nam wiatr" obok wciągającego układu bębnów stanowi najmocniejszy punkt "Drakkara" (który świetnie poradziłby sobie bez szantowego "heja ho", odbierającego mu akurat powagę). Finał "Już nic nie będzie tak samo" przypomina międzygatunkowy, muzyczny jam i to jest piękne.

Raper podkreślał w wywiadach, że czuje się przez swoich gości szanowany, że dobrze wiedzą komu i na jaki temat się dogrywają. I to słychać. Żadnych pustych przelotów, każdy udział to realny wkład w płytę. W "Pielgrzymie" Luka spotyka się z mentorem Włodim, ale nie ma tu relacji uczeń-mistrz, jest partnerstwo, dwie optyki korespondujące o tyle, że reprezentant Molesty odnalazł sobie w środku Warszawy własną knieję. W "Wojownikach tęczy", rymowanych (i śpiewanych!) po deklamowanym wstępie do wtóru rosyjskich gusli Marka Papaja i roztelepanego rytmu, nie ma z kolei skandalu i populizmu, są za to bunt i są twarde zasady, wyłożone gęsto we wschodnio-zachodnim duecie z Kastą.

Wymieniłem dwie kooperacje na najwyższym szczeblu (w "Drakkarze" jest jeszcze SariusHinolem, dostarczając dokładnie to, czego należało się po nich spodziewać), co nie znaczy, że Lukasyno pod nosem nie ma twórców godnych łączenia sił. Nie będę zagłębiać się we wszystkie detale, jednak Jot Er wjeżdżający na drillowy bit z wersem "Na podwórku węszą psy/ spokojnie, to moje psy" i Levy opowiadający o bracie, który zamordował ojca, to są wpisane w "Syna Wschodu", mocne rzeczy.

I to jest mocna płyta, zaczynająca się od tego, od czego hip-hop zawsze powinien się zaczynać. Od wyrazistej postaci, która ma na pęczki opowieści.

Lukasyno "Syn Wschodu", wyd. Persona Non Grata
8/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy