Reklama

Kiesza "Crave": Pop bez hitów [RECENZJA]

Po poważnym wypadku samochodowym kanadyjska wokalistka wróciła na scenę i nagrała album będący godnym następcą swojego hitowego poprzednika. Pytanie tylko, czy "Crave" jest dziełem na miarę jej talentu?

Kiesza na okładce płyty "Crave"

"Sound of a Woman" to jedna z ciekawszych popowych płyt ostatnich lat, zwłaszcza dzięki obecności jednego ze szlagierowych singli dekady. Tym samym oczekiwania wobec "Crave" były spore, jednakże hitu pokroju "Hideaway" tutaj nie ma. I wyszło to wszystkim tylko na dobre, bo żaden utwór znacząco nie dominuje nad pozostałymi. Gwoli ścisłości - Kiesza nie ma napisała też takiej piosenki, która chociażby w połowie zbliża się poziomem do singla, nie tylko pod względem samej popularności, ale i poziomu.

Reklama

Niech tylko nikogo nie zmyli okładka mocno inspirowana psychodelicznymi coverami sprzed kilkudziesięciu lat. Kiesza zarejestrowała w studiu kilka utworów mocno inspirowanych popową muzyką lat 80. - kawałków pełnych syntezatorów i automatów perkusyjnych, które sprawiają, że w myślach od razu pojawiają się światła stroboskopów i kolorowe drinki. Często są to również piosenki pełne plastikowego groove'u, w których kicz umiejętnie mija się z urokiem, ale nie trzeba traktować tego jako wady - wręcz przeciwnie! Muzyce Kanadyjki daleko do fatalnych melodii, nijakich refrenów i pustych tekstów.

"Crave" oferuje świetnie rozpisane kompozycje, chociażby "Can't Be Saved", które na przestrzeni niewiele ponad trzech minut potrafi się zmienić z ballady w numer pełen tanecznej energii. Świetne jest również otwierające "Run Renegade", które brzmi tak, jakby zostało zarejestrowane ponad trzy dekady temu. Podobać może się również "When Boys Cry", oparte na prostym podkładzie z plumkającym basem i... pstryknięciami palców, dzięki czemu na pierwszy plan wychodzi aksamitny głos wokalistki. Stare i nowe fascynacje doskonale łączą za to "All of the Feelings" (refren!) i tytułowe "Crave", które brzmią niczym zaginione skarby z katalogu Charli XCX.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fatalna końcówka płyty, która psuje cały obraz i jest totalnym przeciwieństwem dwóch pierwszych kompozycji, tak dobrze wprowadzających w klimat "Crave". Przydałoby się mocniejsze słowo producenta wykonawczego, który albo by zmienił kolejność, albo całkowicie wyrzucił z tracklisty, co ostatecznie byłoby chyba lepszym pomysłem, dwie ostatnie piosenki. "Love Never Dies", ckliwa ballada z refrenem tak wzniosłym, że Meat Loaf nie mógłby wyjść z podziwu, ocieka wręcz najgorszą możliwą tandetą.

Fatalny jest również dance punkowy "Dance With Your Best Friend", w którym największym złem są zaproszeni goście: LICK DROP, Cocanina i Shan Vincent de Paul. Kompletnie zmienili klimat i całość brzmi nadzwyczaj źle. Cóż, poprzednio byli Mick Jenkins i Joey Bada$$, którzy również wybitnie nie wywiązali się ze swojej roli, ale przynajmniej nie przeszkadzali.

Kilka lat czekania na raptem dziewięć piosenek? Odejmując od tego końcówkę płyty, zostaje raptem siedem, więcej niż solidnych nagrań, które ostatecznie spełniają swoje podstawowe zadanie - dają trochę przyjemności. Kiesza nagrała płytę pełną barw, ładną, wypolerowaną i niemalże wypucowaną aż na błysk. Co najważniejsze, również pełną życia, bo jest przykładem na to, że można się podnieść i ciągle próbować się realizować.

Kiesza "Crave", Universal Music Polska

6/10


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: KIESZA | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje