Reklama

Reklama

Kabe "King Kong": Z francuskich podwórek na sylwestra w Zakopanem [RECENZJA]

Kolejna płyta, cały czas świeżo - zapewnia raper Kabe na swojej trzeciej płycie. Ale nie można wierzyć tej akwizycji. Świeże są najwyżej momenty, reszta jest albo wtórna, albo przeszarżowana.

Kolejna płyta, cały czas świeżo - zapewnia raper Kabe na swojej trzeciej płycie. Ale nie można wierzyć tej akwizycji. Świeże są najwyżej momenty, reszta jest albo wtórna, albo przeszarżowana.
Okładka albumu Kabe "King Kong" /materiały prasowe

Kto Kabe nie zna, nie musi się martwić. Natychmiast przedstawia swoje atuty i wystarczy posłuchać "Intro", by je poznać. Żar w głosie, ten rodzaj ulicznego sznytu, który bierze się wyłącznie z doświadczeń, płynne przeskakiwanie z polskiego na francuski i z powrotem, intuicyjna melodyjność. To wszystko przekonujące połączenie i po tym, jak wprowadzenie przechodzi w utwór tytułowy, możemy podejrzewać, że będziemy mieć kandydata do płyt roku. 

Ten singel stanowi wzorzec surowego, agresywnego drillu, z grobowym fortepianem, operowym samplem wokalnym i kulminacją w zaraźliwym, bardzo bezpośrednim refrenie. Jest moc, trzeba uważać, żeby nie zanucić nieświadomie z "j****e k***y wszędzie węszą" w pracy albo na spotkaniu rodzinnym.

Reklama

Nie da się ukryć, "King Kong" ma swoje momenty chwały. Zacznijmy od najlepszego na krążku, zmierzłego "Opinel" - Kabe wjeżdża tam równie nonszalancko i niechlujnie, co płynnie. Koneser znakomicie się wpasowuje, bo wszystko ma swoje, inne niż w głównym nurcie: flow, tekst, nawet dopowiedzi. 

"To i to" może być na patencie Kaza Bałagane, jednak raper sieje obrazkami, niewyświechtanymi porównaniami, ma sporo pomysłów na nawijkę, przy czym zawsze trzyma wysokie obroty. Fajny jest też ten synkopowany rytm przygotowany przez Opiata, producenta całej płyty. "Wyspa" przynosi przekonujący wizerunek "szybkiego i niewidocznego" na ulicy oraz taki refren, jakiego od Kabe oczekujemy - energiczny i z błyskawicznie zapamiętywalną melodią.

Niestety to, co dobre, "King Kong" równoważy żenującym. "Cały hajs" z Danzelem to jest sylwester w Zakopanem - raper może być "w masce jak Banderas", ale kiedy robi "ajajaj", to nie wiem, gdzie się schować przed superbohaterem festynu. "Sezon" łączy słabe melodyjki z zaśpiewami pod gawiedź. 

W strasznym "Dziś nie" nie ma francuskich podwórek, jest polskie radio z czasów, gdy uciekałem od niego do rapu. Ta gitarka, te smyczki, te "znowu pojawia się / piękna, ubrana w grzech", "nie mam już serca, czuje chłód", "dałem ci miłość / dostałem nienawiść / dla ciebie byłem, gotowy by zabić". O rany. I jeszcze kamyczek do ogródka bezbłędnego zazwyczaj Opiata: miałem nadzieję, że era bitów pokroju "Vivaldiego" minęła, bo to redukcja muzyki klasycznej do dzwonków komórkowych i trap z generatora. 120 Boyz zasługiwali na ciekawszy podkład, na numer, który by szło jakkolwiek zapamiętać.

Co kryje się między dobrym i słabym? Przede wszystkim wtórne i nijakie. Z bailefunkowym rytmem i Mr. Polską przy boku dało się z pewnością zrobić coś więcej niż zamulony również w refrenie "Mój dom". Białas postarał się we "W cenie", nie ma u niego sloganów tak jak obiecuje, są za to w nadmiarze u gospodarza. Refren drażni ucho, zaśpiewany jest za wysoko.

Jeszcze jedna taka płyta, a nikt nie uwierzy Kabe w zapewnienia, że nie przyszedł tu na sezon.  Musi powalczyć o uniwersalność, a nie będzie to łatwe, bo jakakolwiek próba wyjścia poza świat handlu przed blokiem, przyjaciół stających się wrogami i policyjnych przesłuchań, nie wypada przekonująco. Jak ma to zrobić? Nie mam pojęcia, o niczym innym nie powinien w tej chwili myśleć. No, może poza postawieniem jasnej granicy między chwytliwym a przypałowym.

Kabe "King Kong", wyd. QueQuality

5/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL