Reklama

Reklama

Imagine Dragons "Mercury - Act 1": Smoki przemówiły ludzkim głosem [RECENZJA]

Imagine Dragons z nową płytą próbują odciąć się od brzmienia "Evolve" oraz "Origins" i z grubsza wychodzi im to nad wyraz dobrze. Z grubsza, bo do ideału jeszcze dużo brakuje.

Okładka albumu Imagine Dragons "Mercury - Act 1"

Przyznam: ten album to spore zaskoczenie. Może i "Evolve" oraz "Origins" były ogromnymi sukcesami twórczymi, ale świadczyły również o sporych problemach Imagine Dragons na poziomie artystycznym. Szczególnie "Origins" postrzegam jako przykład totalnej indolencji twórczej, w której co chwilę na wierzch wypływa brak pomysłów lub czerpanie tychże z przeszłości bez oferowania czegokolwiek świeżego. Oczywiście łatwo rzucić nieopatrznie, że wynikało to z pośpiechu, gdyż premiery tych płyt dzieliło niecałe półtora roku.

Reklama

Nie zmienia to faktu, że po "Origins" muzycy postawili na przerwę - album nie został wsparty trasą koncertową (a przypomnijmy, były to czasy jeszcze przed pandemią), a członkowie Imagine Dragons postanowili poświęcić zyskany czas na rodzinę i odpoczynek. Nie było jednak tak kolorowo, jak wówczas przypuszczali. 

Lider grupy, Dan Reynolds, zmagał się z zażegnanym dziś kryzysem małżeńskim, stracił przyjaciół z powodu ich uzależnienia od narkotyków, a jego szwagierka zmarła na raka. Nic dziwnego więc, że "Mercury - Act 1" maluje obrazy w o wiele ciemniejszych barwach niż ostatnie dzieła grupy. To płyta z jednej strony traktująca o stracie i samotności, z drugiej natomiast o próbie odnajdywania radości w życiu, przez co ostatecznie pozwalająca sobie na dozę optymizmu. I wiecie co? Dzięki tym kontrastującym ze sobą emocjom jest znacznie, znacznie lepiej.

Pewnie odpowiecie, że nie bez znaczenia jest obecność Ricka Rubina jako producenta wykonawczego. Znając jednak tryb pracy współtwórcy sukcesów Beastie Boys czy System of a Down, trudno określić, jak bardzo miał on faktycznie wpływ na ostateczny kształt płyty oraz jej brzmienie. A to prezentuje się ciekawiej niż niejednokrotnie radiowe, lecz płaskie, poruszające się na granicy przesterowania ostatnie dokonania Imagine Dragons. 

Więcej tu oddechu oraz przestrzeni. Przede wszystkim natomiast piosenki nie sprawiają wrażenia odhumanizowanych, tzn. tworzonych przez algorytmy do kreowania przebojów do stopnia, w którym wydają się wręcz mechaniczne.

Udało się tu uzyskać ten czynnik ludzki, którego na poprzednich dwóch płytach zdecydowanie brakowało. Słychać pomysł na płytę, a nie na realizację tabelek w Excelu. Na plus na pewno działa bardziej organiczne brzmienie niż do tej pory. Dobrze, w Imagine Dragons były te gitary, żywe instrumenty, ale przez specyficzną obróbkę brzmieniową ostatecznie grupa stanowiła idealny przykład wytworu epoki cyfrowej. Na "Mercury - Act 1" tego nie ma.

Wystarczy chociażby, że sprawdzicie "#1" - utwór, który oddycha, a jego sekcja rytmiczna ma groove godny kalifornijskich producentów post-rapowej elektroniki pokroju podopiecznych Flying Lotusa. "Monday" błyskawicznie zwróci uwagę licznymi syntezatorami, które jednak brzmią soczyście i ciepło. To coś, na co wcześniej nie można było liczyć. 

Zmianę podejścia zresztą słychać już w rozpoczynającym płytę "My Life", która z miejsca staje się najbardziej rockowym utworem amerykańskiej grupy od naprawdę dawna. Pod koniec słyszymy autentyczną umiejętność wybuchu gromadzącego się napięcia w iście post-rockowy sposób.

"Mercury - Act 1" to zdecydowanie krok w dobrą stronę, ale to nie znaczy, że nagle grupa stała się zespołem idealnym. Bo niestety, można muzykom zarzucić chociażby, że umiejętność pisania porywających melodii skupia się zbyt często na refrenach. Doskonałym przykładem jest "Easy Come Easy Go", którego refren błyskawicznie zatapia się w pamięci, ale w zwrotkach już jest do bólu bezpiecznie, a przez to przezroczyście.

Singlowe "Follow You" jest idealną piosenką dla wszystkich fanów czasów, gdy piosenki Imagine Dragons pisały roboty. Przez to nijak nie pasuje do pozostałej zawartości płyty. Dobrze, że drugim singlem jest o wiele ciekawsze "Wrecked" stanowiące jeden z mocniejszych punktów płyty.

"No Time For Toxic People" to już w ogóle przypadek, gdy Dan Reynolds z ekipą ubiera popowy strój bez cienia zwątpienia ze swojej strony. Tylko takie ciuchy już średnio do nich pasują po tym, jeżeli na "Mercury - Act 1" niejednokrotnie pokazują, że stać ich artystycznie na o wiele, wiele więcej.

Taka jest już ta płyta. Ma momenty dobre lub wręcz olśniewające, pokazujące, że Imagine Dragons nie należy jeszcze (w końcu?) skreślać. A za chwilę przypomina nam, że tak, to są dalej ci faceci od "Believer". Niejednokrotnie czynią to w ramach jednego utworu, co doskonale udowadnia nam "Giants" (ten moment screamo to ciekawsze chwile krążka, ale powtórka z klimatu dwóch ostatnich płyt jest zbyt czytelna) czy "One Day" (porywające harmonie wokalne, choć o samej kompozycji powiedzieć się tego nie da).

Tylko ostatecznie trzeba przyznać, że słychać, iż Imagine Dragons wzięli sobie do serca krytykę ich ostatnich dokonań, która padała nawet ze strony wieloletnich fanów. Stworzyli płytę, na której w końcu słychać, że stoją za nią ludzie, nie maszyny, i przemawiają przez nich emocje, a nie tylko ich substytuty. To bardzo dobry zwiastun aktu 2.

Imagine Dragons, "Mercury - Act 1", Universal Music Polska

6/10

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Imagine Dragons | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje