Reklama

Gorillaz "Song Machine, Season One: Strange Timez": Goryle odzyskują godność [RECENZJA]

Przy okazji nowego albumu Gorillaz zdecydowali się na pewne nietypowe jak na siebie kroki, ale było warto, bo to ich zdecydowanie najlepsza pozycja od czasów "Plastic Beach".

Okładka płyty "Song Machine, Season One: Strange Timez" Gorillaz

Gorillaz swego czasu uznawane było za jeden z najbardziej eklektycznych zespołów muzyki rozrywkowej. Dowodzący projektem Damon Albarn i jego liczni współpracownicy zawsze dbali o to, by w jakiś sposób wyprzedzać trendy i łączyć ze sobą przystępność oraz ukłony w stronę muzyki alternatywnej. A jednak po wielu udanych strzałach, potknięcie w postaci "Humanz" sprawiało, że nie patrzyłem już na nazwę Gorillaz z takim podekscytowaniem, jak czyniłem to jeszcze w młodości. Rehabilitacja w postaci "The Now Now" była po prostu solidna, ale w dalszym ciągu brakowało tej magii, która niegdyś przyciągała do Goryli. I wygląda na to, że ta magia wróciła.

Reklama

Aby wrócić do pełni formy, Albarn i - będący teraz oficjalnym członkiem zespołu - Remi Kabaka Jr., musieli nieco przekształcić formułę, która dotychczas rządziła zespołem. A pamiętajmy, że każdy dotychczasowy krążek Gorillaz realizował pewien z góry narzucony koncept. Tak więc "Song Machine, Seasone One: Strange Timez" to pierwsza część zapowiadanego cyklu, w którym chodzi wyłącznie o... pisanie piosenek.

Zaskoczeni? Już tłumaczę: nowy album Gorillaz miał być po prostu takim zbiorem singli. Na dodatek do każdej z nich zaproszono zupełnie innych gości. I faktycznie, każda z piosenek działa doskonale w oderwaniu od pozostałych. Czy będzie to psychodeliczny, elektroniczny utwór z Robertem Smithem (tytułowe "Strange Timez"), wchodzące podskórnie spokojne r'n'b w duchu ostatnich dzieł Beyoncé ("Dead Butterflies"), czy też nowofalowa, nostalgiczna podróż z gościnnym udziałem Georgii i Petera Hooka, byłego członka Joy Divison oraz New Order ("Aries").

Są oczywiście momenty nieco słabsze: szczególnie rozczarowuje przedramatyzowana partia Eltona Johna w "The Pink Phantom". Tylko szybko o nich zapominamy, gdy dostajemy takie pozycje jak "Desolé", które z jednej strony mogłoby zasilić "Demon Days", z drugiej zaś ten niesamowicie zgrabny refren od malijskiej wokalistki Fatuomaty Diawary mógłby wyciągnąć piosenkę do wysokich pozycji na listach przebojów.

Skepta w "How Far?" (z gościnnym udziałem niedawno zmarłego legendarnego afrobeatowego perkusisty Tony'ego Allena), wyciągnął ze swojej partii więcej życia i emocji niż na którymkolwiek utworze z ostatniej solówki. Ogromne wrażenie robi to, co stało się w "Severed Head" - raper GoldLink serwuje melodyjny rap mieszany ze śpiewem, błyskawicznie wywołując skojarzenia z najlepszymi nagraniami Andersona .Paaka.

Oczywiście Goryle nie wymyślają koła na nowo - Albarn w wokalnej roli flegmatycznego 2D, te elementy etniczne, zwrotki od alternatywnych raperów (JPEGMAFIA, slowthai), wpływy funkowe czy klubowe, to wszystko już było i to wielokrotnie. W gruncie rzeczy Albarn ze spółką nie uciekają bowiem daleko od wypracowanego wcześniej brzmienia. Tylko w końcu koncept polegający de facto na uwolnieniu od konceptu pozwolił im wyrwać się z narzuconych sobie ograniczeń. Nareszcie piosenki działają same w sobie, niewpisywane w ramy albumu. A że kosztem spójności całości? Mnie to tam nie przeszkadza i wam z pewnością też nie będzie.

Gorillaz "Song Machine, Season One: Strange Timez", Warner

8/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Gorillaz | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje