Reklama

Dolly Parton "Rockstar": rockowe karaoke z gwiazdą country [RECENZJA]

Zamieniła cekiny na skórę, róż na czerń, banjo na gitarę elektryczną. Królowa country na swoim kolejnym albumie zmienia się w gwiazdę rocka. Album "Rockstar" jest wspólnym projektem Dolly Parton z różnymi muzykami rockowymi i stanowi jej pierwszy namacalny kontakt z tym gatunkiem.

Zamieniła cekiny na skórę, róż na czerń, banjo na gitarę elektryczną. Królowa country na swoim kolejnym albumie zmienia się w gwiazdę rocka. Album "Rockstar" jest wspólnym projektem Dolly Parton z różnymi muzykami rockowymi i stanowi jej pierwszy namacalny kontakt z tym gatunkiem.
Dolly Parton wydała album "Rockstar" /Kevin Kane /Getty Images

Z gwiazdy country w gwiazdę rocka? Ona może to zrobić. Może, bo przecież jej nazwisko w 2022 roku (ku zdumieniu samej artystki) trafiło do grona najwybitniejszych artystów rock'n'rolla, stając się częścią Rock and Roll Hall of Fame. A taka nominacja już zobowiązuje, mimo że jej twórczość nie ma za dużo wspólnego z tym gatunkiem. Od tego się właśnie zaczęło. Dolly Parton wzięła sobie to wyróżnienie do serca i postanowiła wtedy zmienić swoją sytuację na rynku muzycznym. W okamgnieniu nagrała swój pierwszy rockowy album i została rockmanką.

Reklama

"Rockstar" zaczyna się, jak na rockowy album przystało, gitarową solówką, po czym 77-letnia artystka zaznacza swoją obecność, wykrzykując: "I am a rockstar! Rockstar!". I przyznam szczerze, że trochę mi tych mocnych, gitarowych akcentów później brakuje. Na pewno na brawa zasługuje 10-minutowy kawałek "Free Bird", który (jeżeli chodzi o wspomniany już tu gatunek muzyczny) jest wisienką na torcie. Choć wisienek jest sporo, bo mocną stroną tego albumu są z pewnością zaproszeni do współtworzenia goście. Ich liczba robi wrażenie - 40! 

Album jest napakowany gwiazdami, to istny gwiazdorski zbiór - zresztą Parton nigdy nie była zwolenniczką minimalizmu. Tylko trzy utwory ("World on Fire", "Purple Rain", "We Are the Champions/We Will Rock You") z tej płyty Dolly wykonuje samodzielnie. Reszta to współpraca z innymi muzykami, w dużej mierze z legendami rocka. Wydaję mi się, że to oni ratują tutaj całą sytuację. Nie ma co się oszukiwać - Dolly nie ma rockowego głosu i raczej nigdy nie zabrzmi jak rasowa wokalistka tego gatunku. Jej charakterystyczny lśniący tryl i vibrato są jej znaczkami. Śpiewa te wszystkie piosenki, ale robi to zdecydowanie bardziej subtelnie, co jej zwolennikom raczej nie będzie przeszkadzało.

Skoro jest już tylu gości na płycie, to równie długa jest lista utworów - aż 30. Jak sugeruje tracklista albumu, Parton wybrała tylko największe, najbardziej efektowne i przesadne selekcje. Album trwa prawie dwie i pół godziny - dla niektórych to plus, dla niektórych minus. Byłem w tej drugiej grupie. Kiedy chcesz posłuchać całości, bo jesteś ciekawy - ten czas może się wydawać trochę żmudny. 

Dziewięć piosenek jest jej własnych. I szczerze mówiąc - to właśnie w nich brzmi najlepiej. Wyjątkiem jest tutaj wzniosłe wykonanie "Purple Rain", gdzie Dolly szczególnie błyszczy. Jedną z nielicznych niespodzianek jest oryginalny utwór "World On Fire" - zirytowany atak na skorumpowanych polityków i rzadki komentarz zazwyczaj apolitycznej piosenkarki. Niespodziankami były też dla mnie dwa utwory: jedna z nowszych selekcji, czyli "Wrecking Ball" z Miley Cyrus i zaskakujący "I Dreamed About Elvis", w którym śpiewa o spotkaniu we śnie króla rock'n'rolla, granego przez weterana country Ronniego McDowella - w obu piosenkach został wtrącony fragment jej dzieła "I Will Always Love You". Wzruszające.

Byłoby miło, gdyby z jej własnej historii zaczerpnięto więcej piosenek. Właśnie - a gdyby tak nagrać jej klasyki w wersji rockowej? Chciałbym usłyszeć "9 to 5" i jeszcze wiele innych.

Ktoś, kto jest zagorzałym fanem tego gatunku i sięgnie po tę płytę z czystej ciekawości - raczej nie padnie z zachwytu. Choć może dla tylu wspaniałych gości warto? Jednak uprzedzam - biblia rocka to nie jest, mimo że zawiera największe przeboje tego gatunku. Dla wielu może to być też podróż sentymentalna. Ja miałem gęsią skórkę przy "Every Breath You Take", "Open Arms", "Baby, I Love Your Way". Pomimo takich dobroci, nie mogę nazwać tego albumu rockowym - bo to bardziej rock and roll. 

Zamysł na 49. (!) album studyjny w jej karierze był rockowy, jednak Dolly nie powstrzymała się, żeby dodać trochę swojego ukochanego country. Po prostu ma taki styl. Zasługuje na uznanie za to, że ubrała się w styl, który nie jest jej szczególnie odpowiedni. Chciała po prostu zabawić się w gwiazdę rocka i to zrobiła. Poprzebierała się, zaprosiła gości, którzy się na tym znają i mamy całkiem fajne karaoke u Dolly - Dollyoke. A trudno odmówić królowej (country) odrobiny wspólnej zabawy. Teraz, gdy już pokręciła się w blasku reflektorów rocka, może wrócić do bycia ukochaną przez wszystkich globalną gwiazdą country. To był ciekawy projekt, ale trochę chcę ją już dawną z powrotem. Dolly, czekamy na twój 50. album.

Dolly Parton, "Rockstar", Butterfly Records

6/10

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: recenzja | Dolly Parton
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama