Reklama

Reklama

Behemoth "Opvs Contra Natvram": Opvs continvato [RECENZJA]

Czas pandemii pozwolił ponoć muzykom Behemotha wspiąć się na niespotykany dotąd poziom skupienia na procesie pisania i nagrywania nowego albumu "Opvs Contra Natvram". Pytanie tylko, czy dobrze go wykorzystali.

Czas pandemii pozwolił ponoć muzykom Behemotha wspiąć się na niespotykany dotąd poziom skupienia na procesie pisania i nagrywania nowego albumu "Opvs Contra Natvram". Pytanie tylko, czy dobrze go wykorzystali.
Okładka albumu Behemotha "Opvs Contra Natvram" /materiały prasowe

W przeciwieństwie do przełomowego "The Satanist" sprzed ośmiu lat i "I Loved You At Your Darkest" z 2018 roku, które rozpoczynały się z iście epickim rozmachem od, odpowiednio, "Blow Your Trumpets Gabriel" i "Solve", w 12. album Behemotha wprowadzają nas plemiennie grzmiące bębny "Post-God Nirvana"

Na tle industrialnego warkotu, symfonicznych akcentów i donośnych inkantacji Nergala brzmią one nad wyraz ponuro i niepokojąco, niczym krwawe obrzędy odprawiane w pradawnej Uppsali. Staroskandynawskie skojarzenia wydają się zresztą trafne, gdy wziąć pod uwagę, że w powstaniu tej kompozycji miał swój udział Einar Selvik z norweskiej Wardruny, ekspert w dziedzinie wikińskiej mitologii i nordyckiej metafizyki. Udana pod względem złowróżbnej nastrojowości "Post-God Nirvana" spełnia zatem zadanie przysłowiowej ciszy przed burzą.

Reklama

"Na mój znak, rozpętać piekło" - słynna fraza wypowiedziana przez Russella Crowe’a, grającego rzymskiego generała Maximusa Decimusa Meridusa w filmowym "Gladiatorze", pasuje jak ulał do "Malaria Vvlgata" - pierwszego właściwego utworu na "Opvs Contra Natvram". 

Ten nieco ponad dwuminutowy, wyprowadzony z premedytacją cios to bowiem istna nawałnica riffów, blastów i podskórnej chwytliwości, której brzmieniowa gęstość kładzie trupem, niosąc zaklęty w tytule pomór na masową skalę. Te raptem trzy zwrotki i bridge udowadniają, że Behemoth wciąż potrafi uderzyć z piorunującą wściekłością o morderczej wręcz sile rażenia.

Jednym z najmocniejszych akcentów pierwszej od czterech lat płyty pomorskiej grupy jest też bez wątpienia brutalnie brzmiący "Disinheritance", którego sejsmiczny ciężar i modulowane tempo prowadzą nas ku finałowemu, kakofonicznemu crescendo zbudowanemu na ścianie aberracyjnych riffów, perkusyjnej kanonady, wrzasków i całej gamie efektów dźwiękowych.

Walor prawdziwie stadionowego hymnu posiada z kolei, być może najlepszy w całym zestawieniu, "The Deathless Sun" - misterna układanka w podniosłym nastroju z rozpędzonymi zwrotkami i - a może przede wszystkim - chwytliwie intonowanym refrenem o melancholijnej naturze, który błyskawiczne zapada w pamięć. Nie brakuje tu również galerniczych zaśpiewów, symfonicznego dostojeństwa i uderzających niczym grom z jasnego nieba gitarowych solówek w stylu Fredrika Thordendala. Autentyczny crowd-pleaser.  

Punkowy brud stopiony z tradycyjnym black metalem daje o sobie znać w "Neo-Spartacvs". Świetna praca basu Oriona i dynamiczna gra zasiadającego za perkusją Inferno stanową w nim fundament pozwalający wydobyć szybkie i zadziwiająco melodyjne riffy, które z powodzeniem odnalazłyby się w repertuarze norweskiego Immortal. Równie żwawo zdaje się galopować "Off To War!", w którym początkowe dźwięki bitewnych waltorni dają sygnał do formowania szyków łączących patos z dzikością oraz nostalgiczną nastrojowość z punkową bezpośredniością.

Staccatowy groove odnajdziemy zaś w dość odważnie - jak na tę grupę - rozbujanym, cytującym Crowleya "Once Upon A Pale Horse", choć przyznam szczerze, że tego typu "heavymetalowe" granie w wykonaniu Behemotha wydaje mi się zabiegiem, którego nie potrafię do końca zrozumieć. Owszem, może i buja, tylko po co to wszystko? Tym bardziej że wpleciono w to także klasycznie blackmetalowe tremolo, imponująco dostojne popisy niezawodnego Inferno oraz gitarowe solo pod Azagthotha. Nam tańczyć nie kazano.

W podobną konsternację wprawił wielu "Ov My Herculean Exile", pierwszy singel z nowego longplaya Behemotha, którego melancholijna jednostajność, przełamywana skrojonym na areny refrenem, ma wprawdzie coś z atmosferycznego, melodyjnego (końcówka) black metalu, wyeksponowanie go jednak jako wizytówki całego albumu uznaję za celową prowokację.

Katedralny nastrój i wwiercające się w głowę, osobliwie upiorne chóry z zakładu dla obłąkanych to cechy rozpoznawcze "Thy Becoming Eternal", utworu składającego się z ofensywnej pierwszej części oraz drugiej - zdecydowanie wolniejszej i bardziej nastrojowej; obie zaś spina pełna jadu sekcja, której kapitalna gwałtowność stanowi jeden z najjaśniejszych punktów całego albumu.

"Opvs Contra Natvram" wieńczy utwór, który z pewnością nie jest ani powtórką z panoramicznego "O Father O Satan O Sun!", ani tym bardziej repryzą rozpędzonego, instrumentalnego "Coagvla", które puentowały dwa poprzedniej albumu Behemotha. Mowa o "Versvs Christvs", który bez wątpienia należy uznać za novum. Ta sześcioipółminutowa, szeptana zrazu kompozycja, zgodnie z zasadą nokturnu, nabrzmiewa powoli przy akompaniamencie fortepianu, by w kontrastującej środkowej części nabrać dramatycznej prędkości tworzącej w finale kolosalne crescendo wzniesione na podniosłych orkiestracjach, chórach i blackmetalowej porywczości. Połączenie dostojnych fortepianowych partii z wulgarną gitarową chłostą to rewelacyjny pomysł, na który warto było czekać. Nie ukrywam jednak, że docenienie "Versvs Christvs" wymaga czasu i opłaca się dać mu kilka szans.

W gruncie rzeczy, to samo można powiedzieć o całym nowym dokonaniu Behemotha, nie jest to bowiem album wybitnie łatwy w odbiorze. Czasami "Opvs Contra Natvram" wydaje się wręcz nie funkcjonować jako całość, a bardziej zbiór poszczególnych kompozycji. Nie jest to też z pewnością rzecz z gatunku punktów zwrotnych. 

Mimo doskonałych umiejętności kompozytorskich, profesjonalnego warsztatu i udanej produkcji, nowa płyta słynnej grupy z Pomorza wypada zachowawczo, stanowiąc być może swego rodzaju domknięcie umownego tryptyku, który rozpoczął się przełomowym "The Satanist". Jak na zespół o potencjale kreowania trendów, to jednak chyba trochę za mało. Nie, "Opvs Contra Natvram" nie jest płytą słabą, po cichu liczyłem jednak na coś bardziej śmiałego.

Behemoth "Opvs Contra Natvram", Mystic Production

7/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL