Hit Ricka Astleya odszedł w zapomnienie. Żart dał mu drugie życie
Rick Astley przez lata był kojarzony wyłącznie z jednym hitem, który w latach 80. podbił światowe listy przebojów. "Never Gonna Give You Up" zapewniło mu błyskawiczną karierę, ale też sprawiło, że na długo zniknął z muzycznej sceny. Dziś artysta wrócił do regularnego koncertowania i nagrywania nowych płyt, a jego historia pokazuje, jak internetowy trend potrafi całkowicie zmienić los zapomnianej gwiazdy pop.

Rick Astley wychował się w Newton-le-Willows w północnej Anglii. Zanim się urodził, jego rodzina przeżyła tragedię, która wpłynęła na całe jego dzieciństwo. Śmierć starszego brata doprowadziła do rozpadu małżeństwa jego rodziców, gdy był jeszcze bardzo mały. W swojej autobiografii "Never" przyznał, że to właśnie brak uwagi w domu pchnął go w stronę sceny.
"To doświadczenie mnie ukształtowało. W dużej mierze dlatego zająłem się muzyką, chciałem być na scenie i skupiać na sobie uwagę ludzi, bo jako dziecko nie dostałem jej wystarczająco". Już jako nastolatek śpiewał w lokalnym zespole FBI, co otworzyło mu drogę do współpracy z producentami Stock, Aitken & Waterman.
Przypadkowy początek światowego hitu
Zanim został gwiazdą, Astley przez długi czas wykonywał drobne prace w studiu nagrań. Parzył herbatę innym artystom i uczył się branży od zaplecza. Przełom nastąpił, gdy producenci stworzyli dla niego utwór "Never Gonna Give You Up", który początkowo nie wzbudzał wielkiego entuzjazmu. Sam wokalista po latach przyznawał: "Nie byli przekonani ani do mojego głosu, ani do tego, jak wyglądam". Singiel z 1987 roku szybko jednak podbił listy przebojów na całym świecie, a wielu słuchaczy było przekonanych, że utwór śpiewa Amerykanin.
Szybka sława i nagłe odejście z branży
Ogromna popularność przyszła w bardzo młodym wieku. Astley w krótkim czasie stał się jednym z największych popowych idoli końca lat 80., ale coraz gorzej odnajdywał się w show-biznesie. "Piosenki były większe ode mnie. Teledyski były jeszcze większe. Patrzyłem na to i myślałem, że gram kogoś, kim tak naprawdę nie jestem".
W 1993 roku, mając 27 lat, postanowił zakończyć karierę. Decyzję wzmocniło narodziny dziecka i chęć normalnego życia z dala od branży muzycznej. Przez kolejne lata niemal nie wracał do swojego największego przeboju. "Przez piętnaście lat w ogóle go nie wykonywałem" - przyznawał w wywiadach.
"Rickrolling" i nieoczekiwany powrót popularności
W 2007 roku "Never Gonna Give You Up" niespodziewanie wróciło do obiegu dzięki internetowemu żartowi znanemu jako Rickrolling. Użytkownicy sieci masowo podsyłali linki prowadzące do teledysku, zaskakując niczego nieświadomych odbiorców.
Początkowo Astley nie wiedział, jak interpretować nową falę popularności. Zrozumiał ją dopiero po rozmowie z córką. "Powiedziała mi, żebym się nie przejmował, bo to nie ma ze mną nic wspólnego. A ja odpowiedziałem, że przecież to ja jestem w tym klipie. Usłyszałem wtedy, że tak działa internet".
Z czasem artysta zaakceptował sytuację. "To mogła być piosenka kogokolwiek. Lepiej potraktować to jako coś dobrego". Skala zjawiska była ogromna. Teledysk zgromadził ponad miliard wyświetleń, a sam Rickrolling stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych memów w historii internetu.
Koncerty, nowe albumy i powrót na duże sceny
Odrodzona popularność otworzyła Astleyowi drogę do ponownych występów na wielkich festiwalach i tras koncertowych. Jednym z najgłośniejszych momentów był jego koncert na Glastonbury, gdzie publiczność tłumnie śpiewała jego największy przebój. "Bez starych piosenek i bez Rickrollingu nie dostałbym zaproszenia na ten festiwal. Ten utwór otworzył mi wiele drzwi" - przyznawał. Dziś Rick Astley regularnie nagrywa nowe płyty, koncertuje i pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych artystów swojej epoki, a jego największy hit wciąż trafia do kolejnych pokoleń słuchaczy.









