Beata Kozidrak x KAMP!, czyli House of Beata: Nie spać, bawić się! [RELACJA]
House of Beata, czyli projekt, który napotkał na drodze kilka przeciwności, ale w końcu trafił do łódzkiej Atlas Areny i… czy to serio była "najlepsza domówka w galaktyce"? Tak naprawdę trudno stwierdzić, czy lepiej bawili się fani pod sceną, czy jednak gospodyni imprezy.

Na początek dostaliśmy półgodzinne spóźnienie, ale dooobra, przecież imprezy nigdy nie rozkręcają się o tej, na którą się ludzie umawiają. Szybko jednak - wraz z ulatującymi na zegarze minutami - emocje w Atlas Arenie narastały i już przy pierwszym "Zrób sobie święto, łap jedną ręką to, co da ci świat, poczuj się lekko" (czyli piosence "Olek") płyta zaczęła falować, a na trybunach podnosiły się pierwsze osoby namówione do tańca.
"To jest niezwykły dzień dla mnie, dziękuję, że mogę spełniać marzenia właśnie tutaj, w Łodzi, razem z wami" - mówiła Beata Kozidrak, witając się z fanami. "To jest nasza, fajna impreza, więc chciałabym zaprosić dwóch mieszkańców Łodzi - chłopaka i dziewczynę najlepiej" - dodała i wybrała z tłumu dwoje szczęśliwców, którzy podczas wykonywanego później "Bingo"… grali na flipperze i tańczyli, co dla postronnego widza mogło być w sumie trochę niezrozumiałe, za to dla nich to pewnie jedno z tych przeżyć, o których opowiada się ludziom, nawet jeśli nie pytali.
Później po raz pierwszy padło pytanie tego koncertu, czyli "Bawimy się dalej?". No i się bawiliśmy, między innymi do kultowego "Siedzę i myślę" i "Niebiesko-zielone". Przy równie kultowym "Taka Warszawa" do wokalistki i panów z KAMP! dołączył kwartet smyczkowy WWA, a po usłyszeniu "Mówię 'tak' (mówię, mówię), mówię 'nie' (mówię, mówię)" ten, kto do tej pory się nie bawił, teraz już się bawił i bawił się dalej również. Było krzyczane, a Beata niejednokrotnie podkreśliła, że jest naładowana optymizmem. Czemu pewnie trudno się dziwić, jeśli widzisz przed sobą równie naładowaną Atlas Arenę.
"Zaraz się poruszamy" - zapowiedziała gospodyni i usłyszeliśmy wykonaną pierwszy raz na żywo "Panamę". "Łączcie się z nami, niech żyje miłość" - mówiła Kozidrak, a w tłum poszedł, hm, welon? Symbol miłości w każdym razie. Przy mocno imprezowym "Żal mi tamtych nocy i dni" tym razem w publiczność poleciały (chyba) dmuchane palmy. Z kolei przy "Bliżej" na scenie pojawiła się Młodzieżowa Orkiestra Dęta i mażoretki z Mykanowa. Aż trochę przypomniał mi się stadionowy koncert Dawida Podsiadły, który zapytany przed, jakie chce efekty specjalne, odpowiedział "tak". Tylko tutaj było to jakby bardziej spontaniczne.
Wśród gości znalazła się też Kasia Moś, która wsparła gospodynię w trakcie "Upiłam się tobą", a panie wspólnie ustaliły, że jesteśmy na "najlepszej domówce w galaktyce". Usłyszeliśmy też jeszcze m.in. "Lato jak ze snu", "Frajer" (chociaż "na tej imprezie nie ma frajerów, są tylko ci, co się świetnie bawią") czy "Ogień w moim sercu" przy akompaniamencie pianina i z pomocą Chóru Akademickiego Uniwersytetu Łódzkiego. Ten sam chór towarzyszył Kozidrak w następnej piosence, która wywołała falę oklasków i nostalgii - "Rzeka marzeń".
"Dziękuję, że spełniliście moje marzenie artystyczne, które kiełkowało od lat. Różne przeszkody oddalały ten projekt, ale teraz jesteśmy tu razem" - podsumowała Beata Kozidrak, a w odpowiedzi usłyszała tłumne "Sto lat". "Mam wokół siebie cudownych ludzi, tego też wam życzę" - dodała.
A jak ja mogę podsumować ten koncert? Wokalistka wciąż jest w świetnej formie, co cieszy zwłaszcza po wcześniejszych doniesieniach o chorobie. Cieszy też to, że może spełniać swoje artystyczne wizje i niewątpliwie, kto się nastawił na imprezę, dostał imprezę. Ja natomiast chyba pozostanę team mniej elektroniczne wersje. Ale nie jestem też imprezową bestią.













