Komeda Horyzonty: można robić tribute'y dobrze [RELACJA]
"Kołysankę Rosemary" czy "Astigmatic" zna chyba każdy. Chyba każdy też, choćby pobieżnie, zna historię Krzysztofa Komedy. Takie wydarzenia jak Komeda Horyzonty pomagają jednak poznać go od innej strony, głębiej i często w sposób zaskakujący. Bo, hej, Komeda i syntezatory?!

Nieraz już wspominałam, że jestem wobec takich wydarzeń sceptyczna. Wszelkie "tribute'y" i "hołdy" mają ogromne szanse, żeby popaść albo w patetyzm, albo sprawić, że wspominana osoba chętnie wstałaby, żeby powiedzieć coś, co kiedyś powiedział mi Wojciech Waglewski: "Pomyślałem, że będę musiał przed śmiercią w testamencie napisać listę osób, które chciałbym, żeby się nigdy nie zabierały za moją twórczość".
Na szczęście - nie tym razem. Niby wszystko działo się w jednym miejscu, niby to tylko jeden wieczór, a dostaliśmy naprawdę kompleksowe przedstawienie twórczości Komedy. Wiele w tym zasługi Dionizego Piątkowskiego, czyli autora m.in. "Czas Komedy" i "Komeda on Records". Takich konferansjerów, którzy wiedzą, co mówią, i przy okazji opowiadają tak, że można by słuchać tego godzinami, życzyłabym sobie na każdej imprezie.
Wydarzenie rozpoczęła krótka rozmowa dziennikarza z Tomaszem Lachem, czyli pasierbem Krzysztofa Komedy. Poznaliśmy więc artystę nie tylko jako kompozytora, ale też zwykłego człowieka, spędzającego wakacje z rodziną nad morzem i posiadającego "cudowną siłę sprawczą", która potrafiła choćby zmaterializować rower. "Okazuje się, że Krzysztof, ten nasz polski narodowy symbol i pomnik budowany od lat, jest normalnym facetem" - mówił Piątkowski. Panowie w rozmowie wspomnieli również śmierć artysty, która wciąż - mimo relacji najbliższych - dostaje nowe teorie i wywołuje kontrowersje. "Nagła śmierć, przerwana kariera i niedopowiedzenia. Próbuję na wszelkie sposoby opowiadać prawdę o tych zdarzeniach, to, co udowodniono, ale nadal, nawet w bardzo poważnych publikacjach, pojawiają się inne wersje, z kapelusza" - mówił Tomasz Lach.

Słowem wstępu - każdy artysta, który pojawił się tego wieczoru na scenie, przedstawiał swoją płytę poświęconą Komedzie. W przypadku pierwszego tria - Oleś Brothers i Bartka Pieszki - jest to "Komeda Ahead", na której znalazły się m.in. "Nighttime Daytime Requiem", "Ballad for Bernt" czy oczywiście "Astigmatic".


Gwiazdą koncertu zdecydowanie był tutaj wibrafon. Instrument wybitnie ważny w twórczości Komedy, ale i anegdotyczny. Wystarczy wspomnieć słowa Jerzego Miliana, który - w rozmowie z Aleksandrą Masłowską - zapytany, czy wibrafon miał być eksperymentem, odpowiedział: "Nie ująłbym tego w ten sposób. Po prostu bardzo chciałem grać z Komedą, a w zespole jazzowym nie było miejsca dla dwóch pianistów. On był lepszy".

Koncert numer dwa to recital Macieja Tubisa, który na koncie ma album "Komeda: Reflections". Naprawdę trudno wybrać, ale gdybym miała zdecydować, który występ podobał mi się najbardziej, wybrałabym właśnie ten. "Wszystko się zaczęło od doktoratu 'Wpływ muzyki klasycznej na estetykę improwizacji', zagrałem wtedy tylko na fortepianie utwory Krzysztofa Komedy, a już trzy miesiące po obronie usiadłem i zrobiłem kompletnie nowe aranżacje, dodając syntezator. To był taki szalony, szybki pomysł, a gram z tym syntezatorem już do dzisiaj" - mówił muzyk. A, jak wiadomo, z szalonych pomysłów powstają rzeczy piękne. Usłyszeliśmy m.in. "Moja ballada" i "Nim wstanie dzień". To był też moment, który w pełni pozwolił docenić wspaniałą akustykę Cavatina Hall.

W krótkiej przerwie można było obejrzeć wystawę afiszów poświęconych Komedzie, a później na scenę weszli muzycy Wojtek Mazolewski Quintet, którzy przypomnieli płytę "When Angels Fall" z 2019 roku. Co ciekawe, ten materiał był grany na żywo po raz pierwszy od pięciu lat. Panowie zaczęli od tytułowego utworu, potem też wybrzmiały m.in. "Bariera", "Astigmatic" czy "Le Depart".


Wieczór zwieńczył pokaz filmu "Nóż w wodzie", w reżyserii Romana Polańskiego, z muzyką Komedy. "Myślę, że to był kamień milowy, jeśli chodzi o kariery Krzysztofa Komedy i Romana Polańskiego" - stwierdził Dionizy Piątkowski, a z ekspertem trudno się spierać. Jeden wieczór, tyle atrakcji. To nieostatnie wydarzenie z cyklu Jazz One Night, macie więc szansę przekonać się na własne oczy i uszy, że można robić tribute'y dobrze.









