Reklama

The Rolling Stones w Liverpoolu: Żywsi niż kiedykolwiek [RELACJA, ZDJĘCIA]

The Rolling Stones podczas koncertu w Liverpoolu /Dave J Hogan /Getty Images

Piekło zamarzło - naczelni buntownicy Wielkiej Brytanii przyjechali do miasta Beatlesów. I zagrali jeden z najlepszych koncertów w ostatnich latach.

Wizyta na stadionie Anfield była pierwszym przystankiem na Wyspach od czterech lat. Dla lokalnej publiczności był to także debiut Steve'a Jordana w roli perkusisty The Rolling Stones.

W ostatnich latach udało mi się przeżyć niezapomniane chwile w towarzystwie Włóczykijów - jeszcze z Charliem Wattsem widziałem ich na scenie trzy razy. Gdy perkusista zmarł, byłem pełen obaw i przeczuwałem wewnątrz, że to może być koniec The Rolling Stones. Ciężko przyznać się do błędu, ale po wieczorze w Liverpoolu wiem, że nie miałem racji.

Reklama

Po nagraniach z koncertów w USA w ubiegłym roku, można było początkowo wywnioskować, że Steve Jordan jest jak buldożer - finezja perkusyjnego brzmienia Wattsa została dosłownie zmiażdżona, a nowy pałkarz grał bardzo mechanicznie. Show w Liverpoolu udowodniło, że Jordan potrzebował czasu na to, by poczuć jaką cegiełkę ma dołożyć do brzmienia The Rolling Stones.

Stadion Anfield wypełniło ponad 50 tysięcy fanów. Przedtem na scenie pojawił się liverpoolski skład - Echo and The Bunnymen. Stonesi mieli tutaj ten problem, że grali u siebie (w Anglii), jednocześnie nie grając u siebie (w Liverpoolu, domu Beatlesów). Dawne podziały poszły jednak w odstawkę, a pierwszy od 51 lat występ w mieście wyprzedał się do niemal ostatniego miejsca.

Koncert zaczął się od wspomnienia Charliego - ujrzeliśmy na ekranie jego nagrania z koncertów z promiennym uśmiechem. W tle było słychać ścieżkę perkusyjną jednego z przebojów grupy. Jemu też zadedykowano koncert. Moment później nastąpiło mocne uderzenie. "Street Fighting Man" w sekundę poderwało publiczność z miejsc. Sam podskoczyłem i przez następne dwie godziny nie usiadłem na swoim miejscu!

Show w otoczeniu Brytyjczyków - to trzeba przeżyć, zwłaszcza na tak kultowym stadionie jak dom Liverpoolu. Towarzystwo piwa, przekąsek z każdą piosenką przypominało przyjazną, piknikową atmosferę, a każda kropelka alkoholu (którego gospodarze nie żałowali) dodawała publiczności śmiałości, dzięki czemu tańcząc pozwalali sobie na coraz większe szaleństwo.

Dawni fani Stonesów nie mogli mieć powodów do narzekania - w końcu na trasie "Sixty", celebrującej 60 lat na scenie, wszyscy oczekiwali jak najstarszych piosenek. Jagger i spółka odkurzyli m.in. "19th Nervous Breakdown" i rzadziej grane w ostatnich latach "Get Off of My Cloud". Fani - w przeciwieństwie do innych koncertów - nie mogli wybrać jednej piosenki, którą chcieli usłyszeć. W zamian zespół przygotował niespodziankę. "Zagramy numer jednej lokalnej ekipy, robimy to tylko dla was" - zażartował wokalista. I The Rolling Stones zagrali niezwykle rzadką piosenkę, "I Wanna Be Your Man", ostatni raz wykonywaną jedynie trzy razy w 2012 roku.

Beatlesi oddali ten przebój Stonesom, po czym niejako otworzyły się im drzwi do kariery - beatlesowskich zasług dla świata The Rolling Stones nie można nie docenić. Stonesi byli w wyjątkowej formie. Zauważalne było to, że Keith Richards nieco wycofywał się, krył po bokach sceny, podczas gdy Ronnie Wood i Mick Jagger wychodzili na wybiegu do publiczności.

Jeśli chodzi o tego ostatniego - 78-letni wokalista przechodził samego siebie! Witalności mogą pozazdrościć mu dwudziestoparolatkowie. Gdy wspomnę, ile wybiegał podczas jednego wieczoru, to będzie frazes. Ale żeby niemal 80-latek przekazywał tak ogromną ilość energii tysiącom ludzi... Jedyne wnioski, jakie wyciągnąłem tego wieczoru, to to, że Jagger steruje publicznością jak marionetkami, a ich muzyka ma zdolność hipnozy. Ewidentnie jest teraz w życiowej formie, a wśród wokalistów w jego wieku jest numerem 1.

Najbardziej świetlistym punktem nowej trasy koncertowej jest piosenka "Out Of Time" - utwór przez lata nieco zapomniany (wydany w 1966 roku), przyćmiony przez inne przeboje, przeżył swój renesans za sprawą filmu Quentina Tarantino w 2019 roku. Ale nikt nie spodziewał się, że Stonesi naprawdę zaczną wykonywać go na żywo! Mantrujący refren, wciągająca melodia - wstyd, że musieliśmy czekać na tę piosenkę w secie ponad 56 lat!

Pierwsza połowa koncertu była dla wiernych fanów prezentem na dzień dziecka. Większość grup z takim stażem nie wprowadza tak dużych rotacji w setliście, a ze Stonesami dalej nie do końca jest wiadomo, czym zaskoczą tym razem. Na Anfield wybrzmiało także nowe "Living in a Ghost Town" z fenomenalną solówką na harmonijce (Jagger z wiekiem gra coraz lepiej), a także straszącym publiczność w "duchowym kapturze" frontmanem.

Jak już wspomniałem, Richards miewał pewne problemy, które na moment zniknęły, gdy wykonywał "You Got The Silver" w towarzystwie jedynie Jordana i Wooda. "Dobrze was widzieć, dobrze widzieć kogokolwiek" - zażartował ze sceny Keef. Dwie piosenki, które zaśpiewał gitarzysta, nieco zwolniły tempo wieczoru i uśpiły nastawioną na hity publiczność. Było też rzadsze "Connection" i nadszedł czas na powrót Jaggera i "Miss You". Trwające w nieskończoność, bujające solo na basie - nie widziałem człowieka, który nie dałby się porwać tej melodii.

Podczas trwającego 11-minut "Midnight Rambler" część ludzi świetnie się bawiła, a inni zbierali siły na później. Dla mnie był to jeden z lepszych momentów koncertu.

Najwięcej obiekcji można mieć do "Paint it, Black" i "Sympathy for The Devil". Nawet jeśli ktoś powie, że nie ma ludzi niezastąpionych, to ja sądzę, że są. I jednym z nich był Charlie Watts - pomimo że nowy perkusista nadał nowej energii zespołowi i nie brakuje mu warsztatu, to nie ma w sobie tego klasycznego sznytu i polotu poprzednika. Jordan ma predyspozycje do siłowej gry na perkusji, gdy Wattsa można było nazywać jazzmanem. To różnica nie do przeskoczenia, która pokazała po latach, jak ogromne znaczenie miał dla brzmienia The Rolling Stones.

Na Anfield mieliśmy też do czynienia z najlepszą w ostatnich latach wersją "Jumpin' Jack Flash". Keith podołał! Nie tłumił dźwięków dotkniętymi artretyzmem palcami i wyszło mu idealnie. Gdy przed bisem zespół zszedł ze sceny, stadion odśpiewał mu hymn Liverpoolu - "You'll Never Walk Alone". Magia wisiała w powietrzu.

Na bis Stonesi zagrali "Gimme Shelter" - wśród obrazków wojny i zniszczenia, które leciały z telebimu, nie zabrakło współczesnego odniesienia. Na ekranach pojawiły się zdjęcia zniszczonej Ukrainy, a później ukraińska flaga. Stadion zareagował wielką owacją. Wisienką na torcie było kultowe "Satisfaction".

The Rolling Stones to najlepszy koncertowy zespół świata. Na scenie są jak ryba w wodzie. Podziękowania dla publiczności obyły się bez obecnego w poprzednich latach "Do zobaczenia!". Nie potrafię sobie wyobrazić, co przyniesie im przyszłość, ale po co to robić? Radość zespołu, radość publiczności i celebracja ponadczasowej muzyki. Czego chcieć więcej?

Mateusz Kamiński, Liverpool

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy