Reklama

T.Love i 20 lat "Chłopaki nie płaczą": Mówisz: życie jak cukierek

Muniek Staszczyk (T.Love) w teledysku "Chłopaki nie płaczą" /

Poniżej możecie przeczytać fragment książki "T.Love. Potrzebuję wczoraj. Oficjalna biografia 1982-2017" autorstwa Magdy Patryas.

Pierwsza wersja książkowej biografii grupy T.Love ukazała się w 2007 roku. Teraz - w związku z 35-leciem zespołu - do sprzedaży trafia wydana przez Wydawnictwo In Rock poszerzona wersja opisująca dodatkowo ostatnie 10 lat działalności ekipy Muńka Staszczyka. W sumie "T.Love. Potrzebuję wczoraj. Oficjalna biografia 1982-2017" to 270 stron oraz DVD z koncertem "T.Love za kratkami" i filmem dokumentującym wizytę grupy w Zakładzie Karnym w Opolu Lubelskim.

Reklama

Poniższy fragment dotyczy historii sprzed 20 lat, kiedy to listy przebojów podbiła tytułowa piosenka z płyty "Chłopaki nie płaczą".

---

Dzisiaj dostałem list, list od przyjaciela
Pisze - stary, zdradziłeś, kupa kasy, przytyłeś
Już nie jeździsz tramwajem, czasy tak się zmieniają

"Komercja", T.Love (muz. J. Perkowski - sł. Z. Staszczyk)

W 1997 roku na koncercie zespołu T.Love w toruńskiej Odnowie publiczność naprawdę dopisała. Sala była pełna. Dziewczynek w wieku 15­‑16 lat. Uczestniczki koncertu reagowały naprawdę entuzjastycznie - pełna euforia. W pewnym momencie na scenę poleciały pluszowe misie. Pluszaki zasypały ich oczywiście w czasie piosenki "Chłopaki nie płaczą". To była ta sama Odnowa, w której Muniek śpiewał szesnaście lat wcześniej z Opozycją, a potem także z T.Love Alternative.

- Chyba ze dwa worki tych misiów potem nazbieraliśmy - wspomina [menedżer Bogdan] Celiński.

- Na początku wszyscy byli tym kawałkiem zachwyceni, ludzie mówili, że to jest cool, a nawet punkowcy mówili, że to jest śmieszne - mówi Muniek. - Dopiero potem się okazało, że to nam przyprawiło taką gębę gombrowiczowską na lata.

- "Chłopaki nie płaczą" to była piosenka, która na zawsze zmieniła odbiór tego zespołu - konstatuje [perkusista Sidney] Polak. - Wtedy przekroczyliśmy pewną granicę. Wiadomo było, że z takiego miejsca po prostu nie ma już powrotu. Że ten zespół już nigdy nie wróci do undergroundu.

* * *

- Lata 1996­‑1997 najbardziej mi się kojarzą, przynajmniej z perspektywy Warszawy, z takim gierkowskim prosperity - opowiada Muniek. - Wiadomo, że z perspektywy dużego miasta inaczej to wyglądało - tu wtedy wszyscy podostawali te różne prace, w agencjach reklamowych i korporacjach, które jeszcze nie pokazały swoich zębów. To było happy. To był czas takiej iluzji, ale to było happy. Pamiętam w Pomatonie to rozpasanie, jak oni robili te wigilie, te imprezy wszystkie... Skąd tam było tyle szmalu? To było takie trochę na kredyt. Ale wtedy nikt nie miał jeszcze wątpliwości.

Drugiego kwietnia 1997 roku Sejm uchwalił nową Konstytucję RP. 21 września wybory do parlamentu RP wygrała AWS. 17 października Aleksander Kwaśniewski powierzył stworzenie rządu Jerzemu Buzkowi.

Pechowy (z wielu względów) rząd Buzka przejął władzę w momencie, kiedy korzystna do tej pory koniunktura gospodarcza właśnie się załamywała, a nadchodził najpoważniejszy w nowej Polsce kryzys, którego Polacy, nieprzyzwyczajeni do kapitalizmu, oczywiście zupełnie się nie spodziewali. Rozmiary późniejszej zapaści (która najprawdopodobniej i tak musiała nadejść) pogłębiły kilkuletnie rządy postkomunistów, którzy jak mogli odsuwali moment katastrofy, wychodząc najpewniej ze słusznego założenia, że rachunek za kryzys społeczeństwo wystawi temu rządowi, za którego panowania ten kryzys go dopadnie - co się oczywiście za kilka lat spełniło. W efekcie tego kryzysu w ciągu kilku lat ponad dwadzieścia procent Polaków zostało bez pracy. Bezrobocie dotknęło nie tylko pracowników byłych PGR­‑ów. Pracę tracili wtedy masowo także ludzie z wyższym wykształceniem i menadżerowie.

Ostatnie lata XX wieku były więc dla większości Polaków jednymi z najtrudniejszych - choć paradoksalnie to właśnie wtedy w polskich miastach zaroiło się od hipermarketów, wtedy zaczęły powstawać galerie handlowe, bez których za kilka lat większość obywateli RP nie wyobrażała już sobie niedzielnego popołudnia. Większość ludzi nie przewidywała jeszcze rozmiarów nadchodzącego kryzysu, bo większość społeczeństwa zachłystywała się konsumpcją - wydawało się, że właśnie przyszedł na to czas.

- Jak na to patrzę z perspektywy czasu, wydaje mi się to głupie - komentuje Muniek. - Ale nie mogło być inaczej, to było takie niewinne. I naiwne. Ja sam stwierdziłem wtedy, że tu już jest Zachód i polityka mnie nie interesuje, bo mam inne sprawy. Dopiero chwilę potem zacząłem słyszeć, że są jakieś redukcje w pracy. Wtedy już ludzie zaczęli mówić, że korporacja to jest straszny syf i niewolnictwo.

Na razie jednak korporacje były miejscem, gdzie wielu ludzi poddawało się kapitalistyczno­‑hedonistycznej iluzji. W ten nieco bezmyślny konsumpcjonizm doskonale się wpisała popularna w tamtym czasie muzyka rozrywkowa (albo jeśli ktoś woli - pop). W kwietniu 1996 roku na rynku prasowym ukazał się pierwszy numer czasopisma "Machina" - magazynu przeznaczonego dla młodego czytelnika zainteresowanego popkulturą. Odbiorcami mieli być właśnie młodzi pracownicy korporacji, bo pismo w założeniu było adresowane do ludzi o wysokich dochodach. "Machina" była polskim naśladownictwem brytyjskich pism popkulturowych i efektem złudzenia, że - jak określił to Muniek - "tu jest już Zachód".

Co prawda na pierwszej okładce "polskiego Rolling Stone'a" pojawił się Paweł Kukiz, ale już drugą zdobił wizerunek Edyty Górniak - wciąż niezwykle popularnej po zajęciu drugiego miejsca na festiwalu Eurowizji w 1994 roku i wydaniu nagranej w Londynie płyty "Dotyk" rok później. Na kolejnej okładce znalazło się zdjęcie Varius Manx, popowego zespołu Roberta Jansona, charakteryzującego się obsesją do nadawania swoim płytom nic nieznaczących tytułów zaczynających się od litery E. Varius Manx z nową, wyłowioną kilka miesięcy wcześniej z telewizyjnego programu "Szansa na sukces" wokalistką, Kasią Stankiewicz, wypuścił właśnie na rynek płytę "Ego" lansowaną wielkim przebojem o tytule "Orła cień" - rozeszła się ona w półmilionowym nakładzie.

A to i tak było nic w porównaniu z sukcesem równie popowej płyty "Sax & Sex" Roberta Chojnackiego wydanej jeszcze w 1995 roku - sprzedaż - 1 270 000 egzemplarzy. Śpiewający przeboje z tej płyty Piasek - Andrzej Piaseczny - znalazł się na okładce "Machiny" kilka miesięcy później (Muniek nie trafił na nią w ogóle).

Tak mało dobrych rzeczy dzieje się dziś w polskim punku
W rozrywce też niedobrze, jedynie Bobby Janson

"Popularny", T.Love (muz. M. Majchrzak - sł. Z. Staszczyk)

Dla wielu starych fanów "Chłopaki nie płaczą" to już była kompletna zdrada wyznawanych wcześniej ideałów. Zamiast dawnym (i nowym) punkowym obyczajem przeciwstawić się bezmyślnej konsumpcji, nowe kompozycje zdawały się pod tym konsumpcyjno­‑hedonistycznym stylem podpisywać. Sprzedali 90 tysięcy - i był to największy do tej pory sukces sprzedażowy T.Love’u. Jeśli chodzi o oficjalne dane - być może "King" miał większy nakład, ale z uwagi na wydawcę nie można tego ustalić.

- Pojawiły się wtedy pieniądze, których długo nie było. Ja tam w sukcesie nic złego nie widzę. Nie mam z tym problemu, zawsze uważałem, że zajebiście jest zarabiać pieniądze na muzyce. Tylko ktoś chory może mieć problem z tym, że za swoje rzeczy, które napisał i których ludzie słuchają, dostaje pieniądze - komentuje Muniek.

Za komercyjny sukces odpowiedzialna była oczywiście muzycznie nawiązująca do glam rocka z lat siedemdziesiątych tytułowa piosenka "Chłopaki nie płaczą" (impulsem do tytułu była powieść Krzysztofa Vargi inspirowana z kolei piosenką The Cure "Boys Don’t Cry"; Muniek zresztą jest wspominany w tej książce przy okazji koncertu Paul Pavique Movement w Zielonej Górze, gdzie grał na bębnach). Piosenka pomyślana jako pastisz została wzięta zupełnie poważnie - nie pierwszy w polskiej muzyce taki przypadek.

- To nie było tak, że my wtedy zaplanowaliśmy na siłę jakiś sukces. Po prostu tak się ułożyło - mówi [basista Paweł] Nazimek. - Przecież T.Love zawsze był takim trochę prześmiewczym zespołem. To nie było na serio, tylko że ludzie tego w ogóle nie rozumieli, niestety.

Wszystkiemu winien był właśnie teledysk bardzo udanie naśladujący stylistykę popularnych w owym czasie boysbandów czyli młodzieżowych zespołów wokalno­‑tanecznych typu Backstreet Boys. W pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych masowo produkowały je zachodnie (a potem i polskie) wytwórnie płytowe. Wszystko z myślą o młodej publiczności płci żeńskiej. Każda dorastająca dziewczynka mogła tu znaleźć coś dla siebie - w boysbandzie zawsze był jeden łobuziak i jeden romantyk, jeden blondyn i jeden brunet itp.

Wyreżyserowany przez Łukasza Zadrzyńskiego (który wcześniej zrobił też clipy do "Wychowania" i "Prawdziwych Kochanków") teledysk do "Chłopaków" to właśnie casting do boysbandu, tyle że w konwencji lat siedemdziesiątych, zgodnej z glamową aranżacją. Napisy prezentujące członków zespołu oraz wymyślane hobbies stylizowane były na poetykę pism młodzieżowych typu "Bravo" czy "Popcorn". Wydawało się, że jawną prowokację artystyczną zrozumieją wszyscy. Nic z tych rzeczy.

- Wtedy naprawdę pierwszy raz poczułem kompletną rozbieżność między moją intencją a tym, jak to ludzie odbierali - twierdzi Muniek. - Przecież ta okładka wszystko wyjaśniała. Wydawało się, że nie trzeba być megainteligentem, żeby się zorientować, że to jest żart. Nas przynajmniej strasznie to bawiło. Ja dziś nie lubię grać tego utworu, choć uwielbiam go za to, jak został nagrany, za brzmienie. A teledysk do tej pory wydaje mi się zabawny.

- To był punkt zwrotny pod względem finansowym i pod względem popularności zespołu - uważa Polak. - Muniek trochę się zdołował tą sytuacją. Z jednej strony na pewno mu się te dochody podobały, ale z drugiej zdołował się tym, że takie dzieci przychodzą na koncerty i myślą, że ten T.Love to jest naprawdę boysband. No bo po tym teledysku jakieś dwunasto­‑, trzynastolatki zaczęły przychodzić. Najwyraźniej nie odczytały tego pastiszu.

- Pojechaliśmy w trasę, no i wtedy się okazało, że nie wszyscy załapali, że to jest pastisz i naśmiewanie się z tych boysbandów - wspomina Celiński. - Naprawdę na tych koncertach pojawili się ludzie, którzy myśleli, że właśnie powstał nowy boysband T.Love.

- Ludzie potraktowali te białe stroje i te peruki na serio - mówi Nazimek. - Dla małych dziewczynek to naprawdę był kolejny boysband, lekko podstarzały, ale zabawny, taki, że tańczą, śpiewają. I te małe dziewczynki z mamami przychodziły do nas do garderoby po autografy...

Długa trasa koncertowa promująca płytę uświadomiła im w dodatku, że prócz małych dziewczynek są i inni ludzie, dla których historia T.Love zaczyna się w momencie wejścia do radia piosenki "Chłopaki nie płaczą".

Mówisz życie jak cukierek
Gorzkie jest czasami
Mówisz panna zostawiła
Kumple dawno cię olali
Ale nie bój nic - minie jakiś czas
Poczuj chłodny świt, wszystko przejdzie ci

"Chłopaki nie płaczą", T.Love (muz. M. Majchrzak - sł. Z. Staszczyk)

Ten optymistyczny przekaz przyciągnął do nich całkiem nową publiczność. Nie zawsze taką, o jakiej marzyli. "Na koncertach zaczęli się pojawiać osobnicy z zupełnie innego podwórka. Czasami patrzyłem na tych ludzi i klnąc pod nosem, kręciłem z niedowierzaniem głową. Oni przyszli tutaj na jeden kawałek, może połowa z nich nie wie w ogóle, że wcześniej nagraliśmy jakąś płytę (...). Czułem się dość dziwnie" - opowiadał Muniek w wywiadzie udzielonym magazynowi "XL".

- Graliśmy koncert dla czterech tysięcy ludzi w pięciotysięcznym mieście - przypomina sobie Nazimek. - To było niewiarygodne. Organizatorzy powiedzieli nam: "Słuchajcie, było tu przed wami Ich Troje, ale nie było aż tyle ludzi". Nie bardzo wiedziałem, co to w ogóle jest Ich Troje wtedy. Na tych koncertach widać było, że ludzie się dobrze bawią, ale to było przecież jakieś masowe nieporozumienie, bo uważano nas za kogoś, kim w ogóle nie byliśmy. Wskoczyliśmy w taki mundurek i dla wielu zostało tak do dzisiaj - T.Love to ten zespół, co miał jeden przebój. Po tym klipie to nawet moi dawni sąsiedzi z Chrzanowa zaczęli kojarzyć ten zespół. Każdy - stary czy młody, ze wsi czy z miasta - wiedział, że jest taka grupa T.Love i piosenka "Chłopaki nie płaczą". To było bardzo odczuwalne - nawet na ulicy zaczęli nas rozpoznawać.

Glamowo­‑boysbandowa estetyka "Chłopaki nie płaczą" zrobiła swoje. W powszechnej świadomości T.Love stał się zespołem grającym wesołą muzykę do tańca. Niezdrowa fascynacja i kpina z krainy popkultury została wzięta za ideową deklarację. Cóż... w "Popularnym" Muniek śpiewał: "Oddałbym dziś wszystko, by zostać królem popu, listy przebojów nęcą mnie jak nigdy dotąd".

Opatrzność nie wykazała poczucia humoru - wypowiedziane z przekąsem życzenie po prostu się spełniło. Trudno się dziwić, że to radosne królestwo popu, w którym się razem znaleźli, dość szybko zaczęło ich męczyć.

- To było zupełnie nie do zniesienia. Gramy kolejny koncert, a tu ludzie znowu stoją, dopóki tego nie zagramy - wspomina Nazimek. - Tylko: "Chłopaki...", "Chłopaki..." i "Chłopaki..." Ten kawałek dostał w końcu ksywkę "dupowłaz", z racji tego, że przyniósł nam taką beznadziejną popularność. W sumie to "bycie królem popu" jest męczące bardzo. Nie rozumiem, jak ktoś przez całe życie może chcieć być kimś takim.

Perkoz [Jacek "Perkoz" Perkowski, gitarzysta T.Love w latach 1992-2006] ma na ten temat inne zdanie:

- Ja uważam, że "Chłopaki..." to jest jedna z lepszych płyt T.Love. Sądzę, że Muniek się po prostu wstydzi niektórych tekstów. A ja na przykład nie lubię wielu jego tekstów, które on sam uważa za ambitne. On wstydził się na przykład piosenki "Chłopaki nie płaczą". Według mnie to idiotyzm, że z tego powodu nie graliśmy potem tego numeru. Ten tekst jest zgrabny i prosty... Może nie jest za mądry i Muńkowi pewnie o to chodziło. Problem polegał w dużej mierze na tym, że Muniek czuł, że ma jakiś dług wdzięczności wobec swoich starych fanów. A to są ludzie, którzy ciągle by chcieli starych kawałków. Te stare kawałki T.Love’u rzeczywiście są popularne. No ale ludzie zawsze chcą, żeby wszystko było tak jak dawniej. Ja osobiście nie cierpię, kiedy jakiś zespół gra tylko stare numery i stara się naśladować to, co robił dwadzieścia lat wcześniej. No już nie mówię o tym, że chłopaki z tego starego T.Love ciągle mówili, że my jesteśmy beznadziejni, a oni to byli super. Teraz może tak już nie mówią, ale był taki moment. Nie wiem, czy tego nie nakręcał [Andrzej] Zeńczewski [gitarzysta T.Love w latach 1984-89], który... ma bardzo trudny charakter. Ale te pretensje, jakie mieli, powinni byli kierować do Zygmunta, nie do nas.

- Raczej chodziło mi o to, że ten singel przyćmił wszystko - prostuje Muniek. - W sumie w tym sukcesie nie było nic złego, zespół miał przeboje, miał pozycję, miał popowy czas - przynajmniej tak to było odbierane, w zasadzie trochę niesłusznie, bo na płycie "Chłopaki nie płaczą" była też na przykład "Komercja". Wtedy i trochę wcześniej miałem tę swoją jazdę, można powiedzieć, że lekko gwiazdorską, chociaż chyba nie byłem obcesowy w stosunku do ludzi, ale może ktoś mógł mnie tak wtedy odbierać. To było po Szwagrze - totalna ilość i pieniędzy, i koncertów. Mnie wtedy interesowało, żeby pójść do fajnej knajpy i napierdolić się. Potem to zweryfikowałem. Dotarły do mnie inne rzeczy. Ale wtedy? Jakie społeczne rzeczy? Co mnie to obchodzi?! Jakieś lamenty, co mnie to obchodzi?! Ja jestem rock’n’roll! I wtedy Paweł [Dunin-Wąsowicz, dziennikarz, publicysta, redaktor naczelny miesięcznika "Lampa", założyciel wydawnictwa Lampa i Iskra Boża] zwrócił mi uwagę, że tracę kontakt z rzeczywistością - nie piszę o tych społecznych rzeczach, o których pisałem kiedyś. Powiedział mi: "Ty nie możesz już tekstów dobrych pisać, bo nie jeździsz tramwajem". Nie jeździłem, a ta socjologia naprawdę gdzieś mi wtedy uciekła. Odpłynąłem od tej rzeczywistości, o tym napisałem w "Komercji".

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: T. Love

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje