Reklama

"Rzeźpospolita": Od fana dla fanów (fragment książki)

Peter (Vader) w otoczeniu fanów w 2007 r. /Michał Tuliński /Agencja FORUM

Do księgarń trafiła "Rzeźpospolita", niecierpliwie oczekiwana książka Piotra Dorosińskigo o polskiej scenie metalowej lat 90. Z jej obszernym fragmentem możecie zapoznać się na stronach Interii.

Opasła, licząca ponad 700 stron "Rzeźpospolita" ukazała się w twardej oprawie dzięki zasłużonemu na krajowym rynku wydawnictwu In Rock.

"'Rzeźpospolita' to zapis opowieści ludzi tworzących polską scenę metalową w latach dziewięćdziesiątych minionego stulecia. Ich losy, nawet za cenę upiększeń, przez lata tworzyły nową legendę. Ostatnia dekada poprzedniego stulecia to czas niekończących się zmian i rozwoju muzycznego w Polsce. Jest to okres szczególnie ważny dla sceny metalowej w naszym kraju, bo okres pionierski - to właśnie w tamtych latach zaczął rodzić się rynek sensu stricto z pierwszymi profesjonalnymi studiami nagrań, wytwórniami, oficjalną dystrybucją, raczkującymi trasami koncertowymi, czyli wszystkim tym, co oczywiste dla innych gatunków muzycznych, a dotąd nieistniejące w naszym metalu. O tym i wielu innych sprawach rozmawiałem z bohaterami tamtej epoki. To nie jest publikacja wyłącznie dla tych, który ocaleli z rzezi muzycznej zafundowanej przez wtedy młodych gniewnych, a dzisiaj ludzi około pięćdziesiątki. To lektura napisana przez fana dla fanów" - podkreśla Piotr Dorosiński, autor "Rzeźpospolitej", a na co dzień redaktor naczelny poczytnego "Musick Magazine".

Reklama

Poniżej znajdziecie obszerny fragment "Rzeźpospolitej" będący niebywale barwną, a zarazem pouczającą rozmową autora z Tomaszem Krajewskim, pionierem, propagatorem i autentycznym pasjonatem polskiego metalowego undergroundu, niezmordowanym szefem prawdziwie legendarnej Pagan Record ze Świecia i - a może przede wszystkim - nestorem krajowej sceny metalowej, którego wiedza, pasja oraz rzadka intuicyjna zdolność wyławiania talentów pozostają niewyczerpanym źródłem inspiracji dla kolejnych pokoleń muzyków, fanów i podziemnych wydawców.

---
Cześć 1: Poznajmy się jeszcze raz (rozmowy)

Fragment rozmowy z Tomaszem Krajewskim / Pagan Records / zin "Holocaust"

Wykrywacz metalu

Myślisz, że znasz się na polskim metalu sprzed epoki internetowej? Może i tak jest. Rzecz w tym, że wtedy wchodzi Tomasz Krajewski, pseudonim "Kreator", i z miejsca weryfikuje to przekonanie. Tomasz to jeden z niewielu autorytetów w tym środowisku. Tylko o nim samym i jego doświadczeniach można by napisać opasłą książkę. Obdarzony nieprzeciętnym gustem oraz zacięciem odkrywcy, dał światu szansę poznać kilka niezapomnianych zespołów. Jego kompasem jest własne wyczucie smaku, stąd jako wydawca czy popularyzator metalu od wielu lat świetnie odnajduje się w różnych stylistykach. Słuchać jego wspomnień to czysta przyjemność, choć nie zawsze mówi o miłych sprawach. To świetny rozmówca, nie gryzący się w język, a jednocześnie nie mający kabotyńskich ciągotek, więc dajcie się oblać gęstym i gorzkim sosem lat dziewięćdziesiątych.

Prowadzenie takiej wytwórni jak twoja daje szansę na sprawdzenie się w różnych dziedzinach. Jest okazja popracować umysłowo i fizycznie, można wyrobić sobie zdolności logistyczne, przejść praktyczny kurs księgowości, poczuć się jak mecenas sztuki. Praca w Pagan Records to ekscytujące momenty czy raczej szara, żmudna rzeczywistość?

- Każdy, kto kiedykolwiek spróbował działania na własny rachunek, wie, że jest to robota na trzy zmiany, przez siedem dni w tygodniu, dwanaście miesięcy w roku - na stanowisku od zastępcy pomocnika sprzątaczki aż do prezesa zarządu. Ja startowałem raczej w ciężkich czasach (końcówka lat osiemdziesiątych). O dostępie do tak prozaicznych dzisiaj rzeczy jak komputer, drukarka, ksero czy nawet zwykły stacjonarny telefon można było pomarzyć, za to trudności piętrzyły się jak flaszki w śmietniku po sylwestrze. Więcej było żmudnych obowiązków i uporczywej dłubaniny, ale te ekscytujące momenty zdarzają się cały czas. Krótkie (niekiedy zbyt krótkie) chwile euforii i satysfakcji, które odganiają codzienną szarość gdzieś głęboko w kąt i sprawiają, że dalej ci się chce i uważasz, że nie ma na świecie lepszego zajęcia. Jak stare dobre małżeństwo, jestem z tym już na dobre i na złe. Do końca.

Lata dziewięćdziesiąte to czas wielu świetnych, przełomowych płyt, powstawania różnych trendów, zarówno w muzyce, jak i otoczce jej towarzyszącej. Nudno nie było. Ale czy było lepiej?

- Zwykł mawiać Szwejk: "Jak tam było, tak tam było, zawsze jakoś było. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było". Mówi się, że lata dziewięćdziesiąte w muzyce rockowej były beznadziejne, przychylam się do tej opinii, z jednym "ale". Były, ale nie dla metalu. Zresztą ten gatunek nie miał jak dotąd chudych lat. Jedźmy od początku: lata sześćdziesiąte: eksplozja hard rocka, początek wszystkiego. Lata siedemdziesiąte: rewolucja NWOBHM, potem narodziny i eksplozja heavy metalu. Lata osiemdziesiąte - narodziny brutalniejszych odmian tej muzyki: speed, thrash, a pod koniec dekady death metal. Lata dziewięćdziesiąte - na początku deathmetalowa dominacja, a potem blackmetalowy wulkan. I tak dalej... To cały czas żywa i rozwijająca się muzyka. Miałem to szczęście, że moje zainteresowanie metalem zaczęło się na samym początku lat osiemdziesiątych, które dla tego gatunku były chyba najbardziej dynamicznym i najowocniejszym okresem. Obserwowałem tę epokę i rozwijałem się razem z nią. A było na co patrzeć, sam przyznasz. Nie było tygodnia bez premiery płyty, która dzisiaj ma kultowy status i uznawana jest za absolutny klasyk albo kamień milowy.

Podczas spotkań z kumplami każdy wyciągał kasety z nowymi, najczęściej z wielkim trudem zdobywanymi nagraniami. Trafiało się na Metallikę, Slayera, Exodus, Mercyful Fate, Bathory, Kreatora, Voivod, Helloween, Celtic Frost, Running Wild i to wszystko były zupełnie nowe nazwy z nieznaną, absolutnie fantastyczną muzyką. Doba była za krótka, żeby to całe dobrodziejstwo ogarnąć i przyswoić. Grzebało się łapami w wiadrze pełnym diamentów, wyciągając na początku te największe i najbardziej błyszczące odłamki. Mnie to nie nasyciło i zacząłem gmerać głębiej, w pyle... To właśnie metal lat osiemdziesiątych mnie wychował, wyrobił i ukształtował mój gust. Dlatego w kolejną dekadę wszedłem już zahartowany, dojrzały i nazwijmy to "estetycznie uformowany" oraz starszy, dlatego to dziesięciolecie nie wywarło na mnie tak kolosalnego wrażenia - pod względem artystycznym, bo wszystko inne zmieniło się diametralnie. Głównym powodem była zmiana systemu, pożegnaliśmy socjalizm realny i zanurkowaliśmy w realia wolnego rynku, które chociaż na początku dzikie i drapieżne, otworzyły nieskończone mnóstwo niedostępnych wcześniej możliwości, nawet dla tak z pozoru "nierynkowej" - jak się nam wtedy naiwnym fantastom i idealistom wydawało - sceny metalowej.

Jakie to były możliwości?  

- Otworzyły się granice, można było bez problemów wyjechać na Zachód i coraz więcej towarów stamtąd do nas trafiało. Na przykład sprzętu, zarówno do grania muzyki, jak i jej odtwarzania. Kto z nas nie posiadał wtedy dwukasetowego jamnika? Zaczął rozwijać się prywatny biznes, powstawały pierwsze niezależne studia, kluby, wydawnictwa. Po raz pierwszy można było zrobić coś od początku do końca niezależnie, bez potrzeby działania pod egidą państwowej instytucji w rodzaju ośrodków kultury czy zakładów pracy. No i ksero - wreszcie można było legalnie powielać to, co się chciało, bez potrzeby uzyskiwania pieczątki cenzury. Wynalazek ksero dla sceny podziemnej był czymś na miarę odkrycia druku przez Gutenberga. Bez ksero scena nie istniała. Żeby odbić zina, jeździłem do Warszawy, gdzie na zapleczu pralni przy Krakowskim Przedmieściu facet miał, chyba niezupełnie oficjalnie, maszynę ksero i odbijał wszystko jak leci. Jakość nie była może najlepsza, ale przynajmniej nie wnikał w to, co powiela.

Przez pewien okres miałem fajną metę dzięki panu Jasiowi z oddziału ZUS, w którym obsługiwał kserokopiarkę i przy okazji dorabiał nieoficjalnie na boku. Potem PeterVadera powiedział mi o pewnym punkcie w Olsztynie, który ma dwa nowe canony z zajebistym zaczernieniem i właściciele odbijają wszystko, co im dasz (poza pornografią), co brzmiało równie nieprawdopodobnie, co cudownie. Byłem tam częstym gościem, zresztą nie tylko ja, bo spotykałem tam ludzi przyjeżdżających z daleka i odbijających okładki do demówek, flyersy itd. Tam kopiowane były okładki do "Necrolust" Vadera, pierwszego demo Slashing Death i wiele innych. Poznałem tam sporo ludzi, np. ManianaUnbornDocenta, który jeszcze nie grał w Vaderze. Dodatkową atrakcją takich wyjazdów była okazja do poimprezowania i wypicia ze znajomymi, zwłaszcza z Peterem, Docentem, Manianem i Dżunglą (RIP)... Potem powrót do domu z plecakiem ciężkim jak cholera od kilkudziesięciu sztuk zinów i kopy flyersów i kolejna, identyczna wyprawa za 2-3 tygodnie.

Demówki "Necrolust" olsztyńskiego Vadera z 1989 roku możecie posłuchać poniżej:

Na ówczesnym rynku metalowym monopolistą był Metal Mind, a bardzo duży kawał tortu kroili między siebie przeróżnej maści nielegalni producenci kaset.

- Genesis polskiej sceny metalowej powinna zaczynać się od słów: "Na początku był Metal... Mind..." (śmiech). Tomasz Dziubiński zaczynał jeszcze w mrokach poprzedniego ustroju, umiejętnie zadowalając stare układy, brylując pomiędzy tymi wszystkimi Estradami, Pagartem, państwowymi firmami fonograficznymi i przemycając gdzie się da zarodki wolnego rynku i swojej wizji. Dużo można by o nim mówić, lepiej lub gorzej. Zarzucano mu, poniekąd słusznie, że na grunt nowych już czasów przeniósł PRL-owską mentalność: chęć centralizacji, skupienia wszystkiego w jednym (własnym) ręku. Dziuba był prawdziwym mistrzem kompromisu, szczwanym lisem, ale jednocześnie człowiekiem z pasją do metalu i jego wkładu w rozwój tego gatunku w Polsce nie da się zignorować.

Na początku była olbrzymia przepaść pomiędzy zespołami skupionymi w MMP a całą resztą. Z jednej strony byli ci, którzy mieli dostęp do wszystkiego (naturalnie według ówczesnych realiów): nagrań, dużych koncertów, płyt, wywiadów w gazetach itd. Z drugiej strony było totalne podziemie, które mogło co najwyżej pomarzyć o koncercie przy okazji przeglądu w domu kultury czy o nagraniu dema w piwnicy, gdzie mieściło się amatorskie studio z czterośladem. Później trzeba było takie demo powielać w chałupniczych warunkach. Gdzieś pośrodku był jeszcze Kris Brankowski, lansujący MagnusOpen Fire, z którymi bezskutecznie usiłował przebić się na szczyt. Nic dziwnego, że taka sytuacja budziła antagonizmy i zespoły z Metal Mind nie miały w podziemiu dobrej prasy - poza Katem. Z perspektywy czasu uważam, że było to niesprawiedliwe. Miałem okazję poznać wielu muzyków związanych z Dziubą i byli to najzwyklejsi, często bardzo fajni kolesie, którzy mieli w swoim hobby troszeczkę więcej szczęścia od innych.

"Scarlet Slaughterer", pierwszy album wrocławskiej grupy Magnus z 1989 roku, możecie sobie przypomnieć poniżej:

Wiatr przemian dał szansę ludziom, którzy chcieli wyjść z podziemia, a dotąd nie mieli takich możliwości. Pierwsze lata dziesiątej dekady dwudziestego wieku to czas, kiedy powstało Carnage i chwilę później Baron Records, a Morbid Noizz stał się na rynku kaset ważną alternatywą dla pirackich producentów. Zaczęła się konkurencja między tymi firmami, na czym korzystali fani.

- Metal Mind Records wypuścił pierwsze w pełni legalne licencjonowane wydawnictwo - kasetę Death "Human". Carnage wydało kilka miesięcy wcześniej "Morbid Reich" Vadera, ale nie był to tytuł "obcy", alternatywny dla zalewającego nas morza pirackich kaset tłuczonych niczym zapiekanki w przydworcowych barach przez MG, Takt i wielu innych. Pamiętam, jak zobaczyłem po raz pierwszy taśmę "Human" w sklepie Alf w Hali Mirowskiej w Warszawie. Na glebę rzuciła mnie jakość wydania, piękna rozkładana wkładka... i zaraz potem cena. Niemniej czuło się, że epoka "piratów" odchodzi w zapomnienie, że coś się właśnie skończyło i już nigdy nie będzie jak dawniej.

Jeżeli się nie mylę, Morbid Noizz rozpoczął działalność już po dziewięćdziesiątym pierwszym roku, kiedy zmieniła się sytuacja prawna i wydawanie piratów było już rzeczywiście "piraceniem". Baron działał wcześniej niż Carnage, a jako Baron Music od osiemdziesiątego szóstego wydawali "nieoficjalne kasety", zresztą Carnage przemianowało się z Alfa, który też miał niechlubny epizod z wydawnictwami legalnymi inaczej. Ironią był fakt, że ten proceder, chociaż kpiący w żywe oczy z międzynarodowego prawa i własności intelektualnej, a także organizacji zajmujących się ich ochroną (takimi jak np. STEMRA, z którą polski ZAiKS przecież współpracował!), w świetle ówczesnego polskiego prawa był rzeczą całkowicie legalną i akceptowalną.

Zmiany dla fanów oznaczały z jednej strony większą ilość gotówki, którą trzeba było wytrzepać z kieszeni, z drugiej staranne wydania z dobrym brzmieniem (chociaż tutaj zdarzały się niestety wpadki) i awans do cywilizacyjnej ekstraligi. Ale najważniejsze w tym wszystkim było zainteresowanie rodzimymi zespołami. Nagle okazało się, że ci wszyscy grający po piwnicach mogą oficjalnie wydać swoją muzykę i sprzedawać ją w sklepach.

"Morbid Reich" Vadera z 1990 roku, jedną z najlepiej sprzedających się demówek w historii muzyki metalowej (ponad 10 tysięcy nabytych egzemplarzy!) możecie sobie przypomnieć poniżej:

W niemal hurtowej ilości zaczęły się ukazywać profesjonalnie wydane i często coraz lepiej zrealizowane kasety polskich kapel. Ilość szła w parze z jakością?

- Standardem jest, że na określoną liczbę rzeczy dobrych i wartościowych przypada przynajmniej kilkakrotnie ją przewyższający odsetek przeciętniactwa, by nie powiedzieć miernoty. Zawsze tak było, jest i zawsze już będzie. Akurat u nas ten odsetek "dobrości" był zawsze dość wysoki, bo zwyczajnie i wtedy, i teraz scenę mieliśmy na bardzo wysokim, wręcz światowym poziomie. Ale śmieszy mnie, że obecnie wszystkie wydawane reedycje starych materiałów z lat dziewięćdziesiątych niejako z automatu uzyskują status "kultu", "legendy" i "arcydzieła". A prawda jest taka, że muzyka to nie wino, czas nie działa na jej korzyść. Jeżeli coś wtedy było żenujące, jest żenujące i teraz.

Były i są zespoły, które tworzą płyty wyprzedzające swoje czasy, takie, które można docenić dopiero teraz, ale to zawsze jest ułamek, garstka. Polska scena początku lat dziewięćdziesiątych, którą w większości tworzył death metal z przyległościami, była według mnie jedną z najsilniejszych i najlepszych na świecie, a już na pewno jedną z najbardziej różnorodnych. Wprawdzie nie wytworzyliśmy czegoś w rodzaju własnego brzmienia, jak miało to miejsce w Szwecji, Finlandii czy USA, ale naszym atutem był właśnie ponadprzeciętny kwalitet. Strach pomyśleć, co byłoby, gdyby zespoły, takie jak Imperator, Violent Dirge, Egzekuthor, Merciless Death, Hektor, Slashing Death, Betrayer, Armagedon, Pandemonium (i można by jeszcze tak trochę powymieniać), miały dostęp do takiego sprzętu jak ich koledzy z Florydy czy Sztokholmu, do tych wszystkich gibsonów, marshalli, peaveyów, jacksonów, studiów i producentów klasy Morrisound albo Sunlight. Możesz to sobie wyobrazić? To byłaby hegemonia w najczystszej postaci!

Nie zgodzę się z tłumaczeniem losów niektórych zespołów wyłącznie polską rzeczywistością, brakiem sprzętu itd. Hazael, Armagedon, Betrayer czy Dragon próbowali na Zachodzie - już byli w ogródku, już się witali z gąską i... dupa blada. A losy Imperator to już modelowy przykład pięknej katastrofy. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych zrobili bardzo dużo, żeby wjechać na autostradę do kariery, wydawało się, że muszą jeszcze tylko opłacić bramkę i wio, w szeroki świat. 

- W przypadku Imperator faktycznie wyglądało, że są na pasie startowym do międzynarodowego sukcesu. Wyrobili sobie świetną markę w Polsce. Byli na szczycie i osiągnęli sukces na własnych warunkach. Całkowicie niezależnie, nie idąc do Dziuby. Bez pomocy jakichkolwiek menedżerów i wytwórni zostali najbardziej rozpoznawalnym zespołem końcówki lat osiemdziesiątych. Osiągnęli to wszystko sami - ciężką pracą, pasją, ambicją i z pewnością jakimiś wyrzeczeniami. Niestety w momencie, kiedy otworzyły się nam granice, nie trafili ze swoją muzyką w boom na death metal. Oni grali w tym stylu dużo wcześniej, i ich najlepsze czasy przypadają wcześniej niż deathmetalowa koniunktura. Na Zachodzie także wyrobili sobie markę w podziemiu. Byli obecni w tamtejszych zinach i chyba jako jedyny zespół z naszego kraju, nie mieli etykietki "polskości", czyli nie traktowano ich jako swoistej ciekawostki zza żelaznej kurtyny. W erze demówek prezentowali poziom światowych liderów - pomijając sprawy techniczne - bo demówki z Westu brzmiały lepiej. Zwłaszcza jeśli pamięta się ich koncerty z końca lat osiemdziesiątych - to było coś niesamowitego.

W 1996 roku płocki Hazael wydał EP-kę "When The Sun Is Dead...", którą trzy lata wcześniej nagrano w niemieckim studiu Woodhouse pod okiem Waldemara Sorychty, nadwornego producenta m.in. szwajcarskiego Samaela i byłego muzyka Grip Inc.

- Kiedy byli na szczycie, zorientowali się, że jeśli chce się wyjść w świat, to trzeba przejść jeszcze raz tę samą trasę co w Polsce. Zauważ, że droga Vadera zaczynała się właściwie w tym samym czasie. Vader musiał wykonać mrówczą robotę od "Morbid Reich" przez "The Ultimate Incantation", żeby dojść do pozycji, którą w końcu osiągnął. Sprostał wyrzeczeniom, zamiast zająć się spijaniem lokalnie wyrabianej śmietanki.

Natomiast Imperator nie znalazł wystarczającej motywacji do podjęcia jeszcze raz tego samego wyzwania. Dużo rzeczy zaczęło się psuć, Bariel zrobił się wyraźnie mniej komunikatywny, przestał odpisywać na wywiady, sprawiał wrażenie wypalonego. Wyczuwałem u nich zmęczenie. W Imperatorze dużą rolę odgrywał alkohol, który lał się tam strumieniami - to także jeden z powodów wygaśnięcia. Można sobie wyobrazić, że zespół tkwił w przekonaniu, że skoro w Polsce są gwiazdami numer jeden, mają dużą bazę wręcz fanatycznych fanów, to na Zachodzie powinno z automatu dziać się to samo. Pojawiła się postawa roszczeniowa, a wkrótce pytania, dlaczego po nas ten upragniony Zachód nie przyszedł?! To było diametralnie inne podejście do tego, jakie reprezentował Vader, gdzie Peter zakasał rękawy i mimo tego, że miał to samo w Polsce co Imperator, zasuwał jak krasy wół.

Byłeś blisko Imperatora, przygotowałeś layout "The Time Before Time" - ich debiutanckiej i jedynej płyty, której kompaktową reedycję wydałeś w dziewięćdziesiątym siódmym. Dzisiaj można spotkać się z opiniami, że ten krążek przepadł w dużej mierze przez słabe brzmienie. Zgadzasz się?

- Nie byłem autorem layoutu do wersji winylowej, tylko do kompaktowej reedycji z 1997 roku. Nie byłem też szczególnie blisko zespołu, choć niezbyt daleko (śmiech). Odwiedziłem ich w studiu podczas sesji nagraniowej i uczestniczyłem w paru dzikich imprezach alkoholowych w domu wydawcy i przy okazji koncertów, ale trudno to nazwać szczególną zażyłością. Nie ukrywam jednak, że Imperator był zawsze bliski memu sercu. Tym bardziej przykro mi przyznać ci rację - płyta przepadła. I bynajmniej nie ze względu na brzmienie. "The Time Before Time" wciąż broni się pod każdym względem. Powody widzę w całkowitym braku promocji. Nagranie i wydanie krążka sfinansował w całości mój kumpel z rodzinnego Ciechanowa, Tomek Grabowski. Fajny gość, miał kasę i zmysł do interesów, ale niestety zerowe pojęcie o scenie i kompletny brak wyczucia tematu. Po wydaniu płyty nie zrobił absolutnie nic, album nie trafił do żadnej dystrybucji, tylko pomału obrastał kurzem w jego garażu. Sytuację próbowaliśmy ratować jakoś z Krzyśkiem Andrzejewskim (S'thrash'ydło, "Megattomic Deathruction 'zine"), ale nie mogliśmy przebić się przez mur niezrozumienia, mimo tłumaczeń, że jeśli władowało się naprawdę, jak na owe czasy, duże pieniądze w produkcję płyty, to trzeba wysupłać z kieszeni jeszcze trochę na jej promocję.

Po jakimś czasie przejąłem resztę nakładu i w amatorski sposób upychałem go, gdzie tylko się dało. Miejska legenda głosi, że pozostałe resztki ześrutowały myszy, które zagnieździły się u Tomka w garażu (śmiech). Gwoli sprawiedliwości należałoby wspomnieć, że w momencie ukazania się The Time Before Time trwała już zaawansowana agonia płyt winylowych i naprawdę ciężko było sprzedać ten nośnik. Wobec braku kompaktu czy nawet kasety - katastrofa była nieunikniona.

Łódzki Imperator i ich jedyny, pomnikowy album "Time Before Time" z 1991 roku:

Sztuka to nie sport, jak mówią, ale w sztuce, tak jak w sporcie, talent musi być poparty ciężkimi treningami, samodyscypliną i walką o swoją przyszłość. Ciężka praca - nie widzę tego w naszych zespołach z tamtych lat.

- W ten sposób odpowiadamy na pytanie, co poszło nie tak w przypadku Hazael i innych. Na Zachodzie płyty wydali też Kat, Alastor, Wilczy Pająk (aka Wolf Spider), Betrayer czy dziś zapomniany Monastyr (dystrybutorem ich krążka był Nuclear Blast). Są sportowcy, którzy osiągają sukces, i są inni, teoretycznie tak samo dobrzy, a nawet lepsi, jednak sukcesów nie odnoszą. Nie będziesz dobrym piłkarzem, jeśli będziesz bał się włożyć głowę tam, gdzie inni wkładają nogę. Tak zachowywały się niektóre zespoły. Swoje dołożył poprzedni ustrój i dziwaczne relacje panujące w tamtym czasie między Dziubińskim (menedżer), artystami i agencjami koncertowymi typu Pagart. Wszystko było madmaxowe, bez jakichkolwiek rzeczywistych relacji człowieka z człowiekiem. Ci ludzie przyzwyczaili muzyków do modelu: wszystko za was załatwimy. Zespół więc siedział spokojnie i przyjmował postawę roszczeniową. I tak sobie czekał, aż samo przyjdzie. Wydajemy płytę na Zachodzie i nic już nie musimy robić. Wytwórnia załatwi za nas wszystko, a my po prostu czekamy, aż spłyną do nas sława i profity. Ale do diaska, to tak nie jest, to tak nie gra!

W 1994 roku światło dzienne ujrzała "Never Dreaming", jedyna jak dotąd płyta  deathmetalowej formacji Monastyr rodem z Wałcza, której możecie posłuchać poniżej:

- Dlaczego tylko Vaderowi, a później Behemothowi, udało się osiągnąć prawdziwy sukces? Bo NergalPeter zachrzaniali jak dzikie konie. Znam dosyć dobrze jednego i drugiego i wiem, ile musieli poświęcić. Właściwie wszystko. Dziś nie mają swojego życia poza graniem. W tej historii są również muzycy, którzy także zagrali va banque i niestety przegrali, tak jak CezarChrist Agony. W jego przypadku też można było przypuszczać, że wjechał na autostradę do kariery. Christ Agony także wydało w tamtych latach płytę na Zachodzie - w dodatku świetną. I nic z tego nie wyszło. Przypadek Cezara jest inny od tych, o których dotąd rozmawialiśmy. Jest postacią tragiczną, włożył w zespół mnóstwo pracy i poświęcenia, ale jego historia nie ma happy endu.

Blackmetalowy Christ Agony i ich "Daemoonseth - Act II" (1994 r.):

Ale lenistwo chyba nie wyczerpuje tematu...

- Większość grup z tamtych lat nie miała na siebie pomysłu. Grali fajną muzykę, dobrze im to wychodziło, natomiast brakowało szerszej wizji. To się objawiało w pierdołach typu: nie możesz zagrać koncertu w klapkach i skarpetkach. Raziło mnie to nieprzykładanie się do detali, bo tak naprawdę pomysł na siebie tkwi w tej masie drobiazgów. Nie bez powodu powiada się, że diabeł tkwi w szczegółach. Vader potrafił zawsze wyglądać dobrze na scenie, stroili się w pieszczochy itd., albo Magnus - pamięta się ich pozytywnie w dużej mierze dzięki image'owi Roba Bandita. Oczywiście była to wypadkowa wpływów z zagranicy, ale ten, kto mógł do tego dorzucić coś swojego, miał szansę powodzenia.

Dla dużej części tych zespołów furtka na Zachód była zamknięta bądź odrobinę tylko uchylona z prozaicznego powodu - nieznajomości języka, co skutkowało brakiem kontaktów. Niemniej, żeby nie było tak prosto i pięknie, potrzebny był jeszcze łut szczęścia. Do tego dochodził brak orientacji w realiach. Ludzie, którzy w tamtych latach robili ziny, mieli dużo większe pojęcie o funkcjonowaniu podziemia niż sami muzycy. Ci skupiali się głównie na tworzeniu, natomiast wąsko uchylona furtka była pilnowana przez Mariusza Kmiołka i Dziubę. Mariusz pilnował tej mniejszej bramki, i uchylał ją mniej lub bardziej, w zależności od własnych interesów. To samo robił Dziuba. Oni w dużej mierze kontrolowali ten przepływ. Mariusz w sferze undergroundowej, Dziuba w mainstreamowej. Obaj otworzyli drzwi do międzynarodowych sukcesów, po czym schowali klucze do kieszeni. Mieliśmy dwóch strażników, którzy z jednej strony zrobili bardzo dużo, a z drugiej strony są to dwie osoby, które tej muzyce w pewnym momencie najbardziej zaszkodziły.

Zwłaszcza w pierwszej pięciolatce lat dziewięćdziesiątych wytwórni było stosunkowo niewiele, a zespołów sporo. Teoretycznie kapele miały wybór między wydawcami, ale w praktyce istniejące wówczas wytwórnie były niemal monopolistami. To była taka "nieliberalna demokracja", w której wyłącznie wydawcy dyktowali warunki?

- Scena, którą w tamtych latach ulepiły Carnage razem z Metal Top 20 i Dziubińskim (taka wspólnota niepodległych wydawców - skojarzenia z wytworem republik wschodnich jest tu jak najbardziej na miejscu) przypominała dziwaczny twór, który z jednej strony tkwił jeszcze głęboko w komunie, a jednocześnie próbował robić coś na wzór zachodni. Z dzisiejszej perspektywy działania tej trójki wyglądają śmiesznie, ale wtedy to nie był żart - tworzyli przez długi czas obraz polskiej sceny podporządkowany ich potrzebom. Natomiast ja próbowałem robić wytwórnię po swojemu, inaczej. Odrzucała mnie oficjalna otoczka, którą reprezentowali wspomniani ludzie. Nawet Krzysiek Brankowski miał lekkie zacięcie takiego właśnie PRL-owskiego biurokraty - tam wszystko musiało być poukładane, musiała być pieczątka, list (oficjalna forma), nie było w tym luzu, to sprawiało wrażenie, jakby chcieli naśladować któryś z państwowych zakładów produkcyjnych. A ja chciałem rock and rolla, luzu, zabawy. Nie czuję się jak prekursor, który wynalazł nową formę na prowadzenie wytwórni u nas, bynajmniej. Po prostu chciałem robić to po swojemu, i do dzisiaj trzymam się tego założenia.

---

Fragment książki "Rzeźpospolita" dzięki uprzejmości Piotra Dorosińskiego i wydawnictwa In Rock.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje