Reklama

Reklama

10 lat bez Chucka Schuldinera

Dokładnie 10 lat temu, 13 grudnia 2001 roku, zmarł Chuck Schuldiner, ikona death metalu i niezwykle utalentowany gitarzysta. W 10. rocznicę śmierci lidera legendarnej amerykańskiej grupy Death, przypominamy początki kariery jednego z największych wizjonerów w historii muzyki metalowej.

"Zamknij oczy i wyobraź sobie, że nie ma tego wszystkiego, co bierzemy za pewnik za każdym razem, gdy je otwieramy" - Chuck Schuldiner.

Wszystko zaczęło się w roku 1983, kiedy to niespełna 16-letni Chuck Schuldiner powołał do życia Mantas, do czego na jednej z imprez walnie przyczynili się gitarzysta Frederick DeLillo i perkusista Kam Lee (wówczas główny wokalista), późniejsi muzycy Massacre.

Zapożyczając nazwę od scenicznego pseudonimu gitarzysty Venom, młodzi muzycy, idąc śladami Jeffa Dunna, również zmienili swoje imiona. DeLillo stał się Rickem Rozzem, Lee przemianował się w Kama Lee, z kolei Schuldiner przybrał postać Evil Chucka. A wszystko to na długo zanim stali się mistrzami w swoim fachu.

Reklama

"Kiedy zakładaliśmy ten zespół, grałem na gitarze nie dłużej niż sześć czy siedem miesięcy. Nie potrafiłem nawet zagrać solówki" - mówił Schuldiner w wywiadzie dla "Guitar School".

W strugach krwi

Swoje warsztatowe niedostatki grupa rekompensowała udoskonalając agresywny, teatralny wizerunek Mantas, występując nawet na pierwszym i jedynym oficjalnym koncercie w strugach sztucznej krwi. Mimo tego, dla Schuldinera prawdziwy cel tych wszystkich działań pozostawał jasny.

"Moim głównym celem było wymiatanie najbardziej brutalnych riffów z możliwie najbardziej brutalnym brzmieniem gitar, jakie tylko byłem sobie w stanie wyobrazić" - powiedział Schuldiner w tej samej rozmowie.

Wizja ta pomogła umocnić rosnącą w Schuldinerze obsesję związaną z wymienianiem się taśmami. Uzbrojony zarówno w egzemplarze debiutanckiego demo Mantas "Death By Metal" (nagranego latem 1984 roku w garażu rodziców), jak i "właściwą" demówkę "Reign Of Terror", powstałą w październiku 84., Schuldiner rozpoczął poszukiwania najszybszego i najcięższego zespołu na ziemi.

"Pamiętam, że było to zaraz po tym, jak do kin weszło 'Martwe zło' ('Evil Dead'). Chodziliśmy na ten film bez przerwy" - wspomina Lee.

"Po pewnym czasie od premiery 'Martwego zła', zaczęli je grać na nocnych seansach w każdy weekend. No i każdego weekendu stawialiśmy się w kinie. Pamiętam też, jak staliśmy w kolejce po bilety, a Chuck powiedział: Czemu nie mielibyśmy zmienić nazwy z Mantas na Death? Odrzekliśmy chóralnie: To idealny szyld".

Teraz, zgodnie z twierdzeniem Lee w znacznie bardziej zdefiniowanej postaci, dzierżąc sztandar ociekającego krwią "Corpse-grinding Death Metalu", grupa dostała pierwszą szansę zagrania pod nazwą Death, poprzedzając występ florydzkich thrashowców z Nasty Savage.

Sylwestrowy koncert z 1984 roku w "Ruby's Pub" w Brandon zarejestrowano wówczas na taśmę, cieszącą się sporym zainteresowaniem wśród amatorów podziemnego tape-tradingu. Niestety, zaledwie kilka tygodni po pierwszym scenicznym sukcesie stało się aż nadto widoczne, że współpraca zespołu z gitarzystą Rickiem Rozzem popsuła się do tego stopnia, że nic nie można już było w tej sprawie naprawić, doprowadzając ostatecznie do usunięcia go ze składu. Wkrótce z formacją rozstał się również Kam Lee. Od tamtej pory obrotowe drzwi składu Death miały być w ciągłym ruchu.

Zdjęcia zdechłych szczurów

W szeregach Death terminowali tak uznani muzycy, jak choćby James Murphy, Gene Hoglan, Steve DiGiorgio, Paul Masvidal, Chris Reifert, Richard Christy czy Ralph Santolla. Jednymi z pierwszych na tej liście byli basista Scott Carlson i gitarzysta Matt Olivo, współtworzący Genocide / Repulsion - nazwy, na które do dziś powołują się rzesze muzyków spod znaku brutalnego death metalu i grindu. Rzecz działa się wiosną 1985 roku.

"Pierwszy list do Chucka napisałem praktycznie tylko dlatego, że nazwa Death wydała mi się swojska. Pomyślałem, że pewnie znajdziemy w nich bratnie dusze" - mówi Carlson.

"Chuck był tak nakręcony Genocide, a my Death, że w jego listach roiło się od potwornych błędów ortograficznych. Wysyłał nam zdjęcia, dajmy na to, zdechłych szczurów i innych rzeczy, a my mogliśmy bez końca gadać o tym, jak bardzo chcemy, żeby nasze zespoły były największym plugastwem na świecie" - wspomina Olivo.

"Następnego dnia byliśmy już rozłożeni w garażu, grając pierwszą wspólną próbę. Chuck pracował wtedy w Del Taco. Bardzo szybko stało się jasne, że Chuck chciał, aby to brzmiało bardziej technicznie i gitarowo, a nam chodziło raczej o maksymalną młóckę" - dodaje Carlson.

Potrzebując do realizacji swojego planu perkusisty o gwałtowności bliskiej karabinowi maszynowemu, we wrześniu tego samego roku Schuldiner przeprowadził się do San Francisco, gdzie połączył swe siły z Erikiem Brechtem, eks-bębniarzem D.R.I. Po zarejestrowaniu zaledwie jednego materiału z próby z Brechtem za zestawem, Chuck szybko poczuł się znużony pozbawioną większej finezji brutalnością ich wspólnego przedsięwzięcia, w konsekwencji czego, w grudniu 1985 r., wrócił na Florydę z nadzieją skompletowania bardziej dynamiczne grającej ekipy.

Nie dłużej jednak niż miesiąc po swoim powrocie na Florydę, Schuldiner nawiązał kontakt z gitarzystą kanadyjskiego, thrashowego Slaughter, Dave'em Hewsonem, który przekonał młodego frontmana Death do kolejnej przeprowadzki i dołączenia do jego zespołu w charakterze gitarzysty rytmicznego.

"Po jego przylocie wypożyczyliśmy mu jakiś sprzęt i graliśmy próby przez około 10 dni" - relacjonuje Hewson.

"Niektóre taśmy, jakie wtedy powstały, były zajebiście ciężkie. Niestety, nie daliśmy rady skombinować mu przyzwoitego lokum i Chuck musiał mieszkać w suterenie w domu rodziców Terry'ego, co nie nastrajało go optymistycznie. Dało się też wyczuć, że Chuck nie był gotowy do rezygnacji z Death, a nam czteroosobowy skład nie do końca pasował. Po nagraniu (naszego albumu) 'Strappado', niespełna kilka tygodni później postanowiliśmy, że nasze drogi się rozejdą" - dodaje Kanadyjczyk.

"Kiedy (Chuck) po dwóch tygodniach zadzwonił, mówiąc nam o zmianie swoich planów, przelaliśmy mu pieniądze na samolot do domu" - wspomina matka Schuldinera, Jane.

"Ja i jego ojciec szanowaliśmy wszelkie jego decyzje i zapewnialiśmy mu finansowe wsparcie, tak aby mógł udać się wszędzie tam, gdzie widział szansę realizacji swojej muzycznej kariery" - dodaje.

Ulżyć odruchom wymiotnym

W 1987 roku na rynku pojawił się pierwszy album Death, dziś pomnikowy "Scream Bloody Gore", w którym na perkusji zagrał Chris Reifert, późniejszy założyciel Autopsy. Obok "Seven Churches" Possessed i "Altars Of Madness" Morbid Angel, debiut Death (w barwach Combat Records) stał się kamieniem milowych w historii amerykańskiego death metalu.

Posłuchaj utworu "Evil Dead" z albumu "Scream Bloody Gore" Death:


Opinię tę podzielała również redakcja poczytnego "Metal Forces", opisując "Scream Bloody Gore" jako "death metal w swej najbardziej ekstremalnej, brutalnej, surowej i skrajnie agresywnej formule, która wyróżnia prawdziwych deathmetalowców spośród niezliczonej rzeszy podążających za modą mięczaków. Już po jednym przesłuchaniu będziesz albo tłukł wszystko w pokoju jak wariat, albo biegł do najbliższej toalety ulżyć odruchom wymiotnym. Jeśli dobrze pójdzie, ta płyta bez wątpienia powinna uświadomić wszystkim, że mamy tu do czynienia z jednym z najcięższych tworów na ziemi".

Po "Scream Bloody Gore" przyszła pora na kolejne sukcesy, nie mniej dziś kultowe albumy "Leprosy" (1988 r.), "Spiritual Healing" (1990 r.), "Human" (1991 r.), na których coraz wyraźniej słychać było zamiłowanie Chucka nie tylko do estetyki Slayera i Possessed, ale i metalu i rocka progresywnego w stylu Queensryche oraz jazzu i muzyki klasycznej. Pierwszy z nich czytelnicy niemieckiego magazynu "Rock Hard" uznali najlepszym z 25 najważniejszych deathmetalowych albumów wszech czasów.

Teledysk "Lack Of Comprehension" z przełomowego dla Death albumu "Human", możecie sprawdzić poniżej:


"Human", który do 2008 roku sprzedał się w półmilionowym nakładzie, wyznaczył też nową drogę rozwoju stylu Death, zapoczątkowaną już na "Spiritual Healing", na którym zespół wyraźnie odszedł od dotychczasowej estetyki gore w guście horrorów George'a Romero w stronę tekstów o bardziej uniwersalnym, nierzadko społecznym przesłaniu, co podkreślała również bardziej złożona technicznie muzyka rozwinięta na kolejnych albumach "Individual Thought Patterns" (1993 r.) i "Symbolic" (1995 r.).

Kultowy wideoklip "The Philospher" z płyty "Individual Thought Patterns" Death możecie zobaczyć poniżej:


Schuldiner nigdy nie krył, iż od zawsze był też fanem klasycznego heavy metalu spod znaku takich formacji, jak Iron Maiden, Mercyful Fate czy Judas Priest, co mocno dało o sobie znać na wydanym w 1998 roku "The Sound Of Perseverance", ostatnim albumie Death, który wieńczy doskonała przeróbka "Painkiller" Judas Priest.

Przykładem genialnych możliwości wokalnych Schuldinera była jego wersja "Painkiller" Judasów:


"To album, na którym melodia i agresja stanowią jedność. Oczywiście znajdziemy tu pierwiastki ekstremalnego metalu typowe dla Death, aczkolwiek pewne partie tego materiału są żywym dowodem na to, że Death jest zespołem o heavymetalowych korzeniach, który jednak zawsze zmierza do pokazania czegoś nowego i odkrywczego" - mówił Schuldiner o "The Sound Of Perseverance".

Po zakończeniu w 1999 roku serii tras promujących "Perseverance", Schuldiner przerzucił uwagę na swoją drugą grupę Control Denied, progresywno-powermetalową załogę, której działalność rozpoczął w roku 1995. Krótko po sfinalizowaniu nagrań debiutanckiej płyty Control Denied w maju 1999 r., Schuldiner zaczął odczuwać ból w górnej części szyjnego odcinka kręgosłupa, co początkowo przypisywał naciągniętemu mięśniowi lub uciskowi na nerw. Lekarze polecili przeprowadzenie rezonansu magnetycznego, który ostatecznie ujawnił u Schuldinera guz nowotworowy pnia mózgu.

Powstały niedawno - na potrzeby reedycji - teledysk "Breaking The Broken" Control Denied możecie zobaczyć poniżej:


"Pamiętam jak pod koniec 1999 r. przeprowadzałem wywiad z Chuckiem w związku z ukazaniem się albumu 'Control Denied', kiedy już zdiagnozowano u niego nowotwór" - wspomina Nick Terry, były redaktor naczelny magazynu "Terrorizer".

"Uderzyły mnie jego spokój i łagodność, co było sporym przeciwieństwem dawnego Evil Chucka, który w wywiadach bez przerwy wydawał się narzekać i gnoić ludzi za problemy związane ze składem Death czy kierowaniem interesami zespołu, czymkolwiek. W okresie największych osiągnięć Death współpraca z nim nie była raczej łatwa, ale to się w widoczny sposób zmieniło. Usłyszeć 18 miesięcy później, że przegrał walkę z rakiem było okropnym przeżyciem, które znaczyło nie tylko koniec jednej, ale od razu dwóch grup" - kontynuuje.

"Myślę, że zabolało mnie to tym mocniej, że pierwszą deathmetalową płytą, którą kupiłem była 'Leprosy' Death, i dlatego, że ten ktoś nie umierał idiotyczną śmiercią rock'n'rollowca, ale w wyniku jednego z tych zrządzeń losu, które może dotknąć każdego z nas" - podsumowuje Terry.

Zaangażowany na 1000 procent

Gdy Schuldiner rozpoczynał agresywną radioterapię, "The Fragile Art Of Existence" Control Denied trafiał właśnie na rynek, spotykając się z przytłaczająco pozytywnym odbiorem. Przez większą część procesu leczenia Schuldiner koncentrował się na pisaniu materiału na drugi album Control Denied.

"Działania zostały zawieszone na czas nieokreślony. Nie chcę zajmować się dwoma zespołami jednocześnie. Gdy już w coś wchodzę, poświęcam się temu w tysiącu procentach. Widzę ludzi, którzy próbują żonglować dwiema grupami w tym samym czasie i nie sądzę, żeby było to szczere" - mówił o Death w wywiadzie dla "Metal Edge" z lutego 2000 roku.

Niestety, Schuldiner nie zdążył już reaktywować Death ani dokończyć kolejnej płyty Control Denied. W 2001 r. stan jego zdrowia nadal się pogarszał. Fundusze na jego leczenie zbierali m.in. Dave Grohl (Nirvana, Foo Fighters), Ozzy Osbourne, muzycy Napalm Death i Anthrax. Rak upomniał się o życie Schuldinera w grudniu tego samego roku. Miał zaledwie 34 lata.

"Chuck Schuldiner był jedną z najbardziej znaczących postaci w dziejach muzyki metalowej" - pisał po jego śmierci brytyjski magazyn "Kerrang!". Sam Schuldiner, określany niekiedy mianem "ojca death metalu", którego uznany autor i biograf Joel McIver umieścił w pierwszej dziesiątce najwspanialszych gitarzystów metalu, był jednak bardzo skromny, jeśli chodzi o rolę, jaką w nim odegrał.

"Jestem tylko kolesiem z zespołu" - mawiał.

Bartosz Donarski

(Większość tekstu oraz cytaty pochodzą z przełożonej przeze mnie na język polski książki "Wybierając śmierć"; wydawnictwo KAGRA, 2007).

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje