Reklama

Mam 30 lat i pojechałem na Off Festival sprawdzić czy festiwale są jeszcze dla mnie

Do ubiegłego piątku moje CV festiwalowe zawierało większość polskich, dużych festiwali na otwartym powietrzu. Mam na swoim koncie 4 Przystanki Woodstock (Pol'and'Rock), kilka Open'erów, 2 wizyty w Krakowie na Live Festivalu, a nawet czeską wersję gdyńskiego festiwalu - Colours of Ostrava. Jednak przez całe 15 lat jeżdżenia na duże imprezy muzyczne konsekwentnie omijałem OFF Festiwal. W ciągu ostatnich trzech lat zrobiłem sobie przerwę od wyjazdów na festiwale ze względu na pandemię, ale wreszcie wróciłem, cały na biało i wybrałem się na katowicki festiwal osobliwości pod batutą Artura Rojka.

Do ubiegłego piątku moje CV festiwalowe zawierało większość polskich, dużych festiwali na otwartym powietrzu. Mam na swoim koncie 4 Przystanki Woodstock (Pol'and'Rock), kilka Open'erów, 2 wizyty w Krakowie na Live Festivalu, a nawet czeską wersję gdyńskiego festiwalu - Colours of Ostrava. Jednak przez całe 15 lat jeżdżenia na duże imprezy muzyczne konsekwentnie omijałem OFF Festiwal. W ciągu ostatnich trzech lat zrobiłem sobie przerwę od wyjazdów na festiwale ze względu na pandemię, ale wreszcie wróciłem, cały na biało i wybrałem się na katowicki festiwal osobliwości pod batutą Artura Rojka.
Publiczność na OFF Festival 2023 dopisała /Eris Wójcik /INTERIA.PL

Nie będę relacjonował jak wypadli poszczególni artyści podczas festiwalu, bo to doskonale zrobili moi koledzy z redakcji (RELACJE ZNAJDZIECIE TUTAJ) To będzie pozamuzyczna relacja z tego jak to jest być u progu 4 dekady życia i po kilkuletniej pandemicznej przerwie ponownie pojechać na nowy festiwal.

Wyjazd na festiwal w wieku 30 lat jest kompletnie innym doświadczeniem niż jak się ma lat 18. Pierwsze Open'ery to była walka o przetrwanie. W dużej mierze finansowe przetrwanie. Spanie u znajomych, półtorej godziny dojazdu z 2 przesiadkami z Gdańska, piwo pite przed wejściem, a nie na terenie imprezy ("10 zł za piwo! Kogo na to stać?"), kanapki i batoniki przemycane na teren festiwalu. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć moje zakupy spożywcze w gastronomicznych strefach rozsianych po kossakowskim lotnisku. Przed każdym Open'erem miałem przesłuchane wszystkie setlisty, wiedziałem dokładnie na których utworach artystów musiałem być. Miałem przygotowany z zegarmistrzowską precyzją plan biegania od jednej do drugiej sceny, po to by wycisnąć każdą możliwą minutę z ulubionymi artystami, których tak uwielbiałem. 

Reklama

Pamiętam ogromne emocje i ekscytację, tym że mogę zobaczyć swoich muzycznych idoli na żywo. Kompletnie nie przeszkadzały mi duże odległości pomiędzy scenami, ogromne kolejki do toalet i ich opłakany stan, szalenie długi czas oczekiwania na napoje, niewielka ilość miejsc do siedzenia, okropnie droga i średniej jakości oferta gastronomiczna, ponad dwugodzinne powroty zatłoczonymi autobusami i SKM-kami. Najważniejsze było jedno - zobaczenie Foals, Coldplay, Crystal Castles, Justice, The Kills, The XX czy Pulp na żywo. Wszystko inne schodziło na dalszy plan.

Oprócz niesamowitych emocji związanych z koncertami, wizyty na Open'erze to zawsze były 4 dni szaleńczego biegu pomiędzy scenami, niewyspania związanego z chodzeniem spać o 4-5 nad ranem, chaotycznego szukania się ze znajomymi i ciągłego strachu o to czy zostaną mi pieniądze na powrót do domu. Niemniej jednak zawsze wracałem do rodzinnego Torunia z uśmiechem na ustach.

Na OFF-ie nie tylko muzyka jest ważna

Przenieśmy się teraz o 12 lat do przodu. Docieram w końcu na Off Festiwal i jest... inaczej. Dużą ulgą było już sama kontrola bezpieczeństwa, która odbywała się przed wejściem festiwal. Możliwość wniesienia własnej wody, brak policyjnego przeszukiwania, poklepywania po całym ciele przez pracowników ochrony, zaglądania do każdego zakamarka plecaków, nerek i kieszeni były miłym zaskoczeniem kontrastującym z Open'erową, obsesyjną wręcz kontrolą. Mieszkałem z przyjaciółmi w wygodnym mieszkaniu oddalonym o 15 minut samochodem od terenu festiwalu.

Nad Dolinę Trzech Stawów pierwszego dnia dojechaliśmy wprawdzie komunikacją zbiorową, ale wszystkie pozostałe podróże do i z terenu festiwalu odbywamy taksówkami. Przed koncertami drugiego dnia festiwalu wybraliśmy się na spacer po Katowicach śladem modernistycznych perełek architektonicznych — jest to coś na co absolutnie nie mielibyśmy ani czasu ani siły w Trójmieście kilkanaście lat temu. Niektórych wykonawców znałem dobrze, innych trochę, a niektórzy byli dla mnie kompletną niespodzianką - najczęściej jednak pozytywną. Bez dwóch zdań przed trzydziestką zmieniają się też trochę festiwalowe priorytety. Muzyka jest oczywiście ważna, ale OFF był dla mnie również wspaniałym wydarzeniem towarzyskim. Mnogość przestrzeni, w których można było usiąść, odpocząć i bez krzyczenia do siebie spokojnie porozmawiać o wrażeniach z dopiero co zakończonych koncertów ułatwiała socjalne interakcje. Z drugiej strony ten komfort był również nieco rozleniwiający, bo...

"Po co biec w tłum skoro z tego leżaka doskonale widzę i słyszę co się dzieje na głównej scenie?". Nie bez znaczenia jest też rozmiar katowickiego festiwalu. Przejście z Głównej Sceny pod drugą największą Scenę Namiotową zajmował nie więcej niż 5 minut. Znalezienie przyjaciół pod sceną w połowie koncertu? Też 5 minut. Na Open'erze, Pol'and'Rocku czy KLF jest rzeczą nie do pomyślenia, żeby szukać znajomych w połowie występu jednego z headlinerów. W Katowicach było to jak najbardziej wykonalne. Szalenie podobała mi się również atmosfera ogólnie przyjętej uprzejmości. Jeżeli ktoś na mnie wpadł przechodząc festiwalową alejką, bądź potrącił mnie wychodząc z toalety, sekundę później odwracał się się z przepraszającym uśmiechem. Drobiazg a cieszył.

Odnoszę wrażenie że OFF Festiwal jest festiwalem wręcz idealnym dla ludzi koło trzydziestki z wielu powodów. Po pierwsze, ciała festiwalowiczów (często pewnie mocno przyzwyczajone do siedzącego trybu życia) nie pozwalają na nieprzerwane kilkugodzinne stanie i tańczenie na koncertach. Na szczęście zadaszonych miejsc do odpoczynku jest naprawdę dużo.

Po drugie, oferta gastronomiczna była na naprawdę wysokim poziomie. Zarówno dania ze wszystkich stron świata, jak i mnogość opcji mięsnych, wegetariańskich i wegańskich pozwalały na usatysfakcjonowanie najbardziej wymagających podniebień. W wieku 30 lat nie dostaje się już zwykle kieszonkowego od rodziców i zwykle chodzi się do pracy i zarabia normalne pieniądze, dzięki czemu można sobie na więcej pozwolić.

Po trzecie, muzyka. Obecność artystów, z kompletnie różnych muzycznych światów gwarantuje prawdziwą, wielodaniową ucztę dla uszu. Lubisz rap? Proszę bardzo. Jest we wszystkich odcieniach: Homixide Gang, Pusha T, Belmondawg i Lancey Foux. Shoegaze’owy klasyk? Nie ma problemu: Slowdive. Bardziej etniczne brzmienia? Kokoroko i Son Rompe Pera.

Przed wyjazdem zastanawiałem się, czy nie wyrosłem już trochę z tego typu zabawy i czy będę miał siłę na tyle godzin zabawy, przez 3 dni z rzędu. Odpowiadając na pytanie z tytułu: pojechałem z niepewnością czy nadaję się jeszcze na festiwalowicza, a wróciłem z pewnością, że za rok początek sierpnia spędzę w tym samym miejscu co w tym roku - w Katowicach na OFF Festivalu.

Marcin Kurek

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy