Reklama

Guns N' Roses w Warszawie: Witajcie w dżungli [RELACJA]

Axl Rose nieprzerwanie stoi na czele Guns N' Roses /BACKGRID / Backgrid USA /Agencja FORUM

A może lepiej: Witajcie w piekle, dźwiękowym piekle, dla niepoznaki nazwanym PGE Narodowym. Miejmy to z głowy, to miejsce nie nadaje się na koncerty, choć Warszawa nie może się pochwalić innym równie dużym obiektem, który pomieści kilkadziesiąt tysięcy fanów. To tam imponujący (choć nie wolny od różnych zastrzeżeń) 3,5-godzinny koncert dała legendarna grupa Guns N' Roses.

Przypomnijmy, że pierwotnie amerykańska grupa miała wystąpić w Warszawie 17 czerwca 2020 r., ale trasa z powodu pandemii koronawirusa została przełożona w sumie o dwa lata. To zarazem pierwszy stadionowy koncert w stolicy od czasów przedcovidowych, a w najbliższym czasie PGE Narodowy gościć będzie m.in. Coldplay, Rammstein, Iron Maiden, Stinga, Andreę Bocelliego i Eda Sheerana.

Poprzednią trasę - "Not in This Lifetime... Tour" - Guns N' Roses zakończyli na początku listopada 2019 roku. Amerykanie zagrali w tym czasie 175 koncertów, w tym dwa w Polsce - w Gdańsku (czerwiec 2017 r.) i Chorzowie (lipiec 2018 r.).

Reklama

Seria występów zakończyła się komercyjnym sukcesem przynosząc ponad 560 mln dolarów, co dało jej trzecie miejsce na liście najbardziej dochodowych tras wszech czasów. Żadnym zaskoczeniem nie jest jej kontynuacja, nie zarzyna się kury znoszącej złote jaja.

Od poprzedniej wizyty w stolicy minęło 16 lat, ale wtedy zespół zaprezentował się na stadionie Legii. Od tego czasu zmieniło się całkiem sporo, choćby w samym zespole (tamten występ pamiętać mogą wokalista Axl Rose, klawiszowiec Dizzy Reed i gitarzysta Richard Fortus). Fani doczekali się premierowego materiału (zbierająca skrajnie różne opinie płyta "Chinese Democracy z 2008 r.), do grupy - pod nieco przesadzonym hasłem "reunion" - powrócili gitarzysta Slash i basista Duff McKagan, czyli muzycy współodpowiedzialni za największe sukcesy.

U ich boku występują także grająca na instrumentach klawiszowych Melissa Reese (odpowiedzialna również za chórki) i perkusista Frank Ferrer, od połowy maja mąż Magdy Dziun, polskiej modelki i wokalistki znanej ze współpracy z m.in. Indios Bravos i Piotrem Banachem (była jego partnerką życiową), Pudelsami i DJ-em 600V. Prywatnie była związana także z raperem Jackiem "Tede" Granieckim i Tomaszem Karolakiem (ciekawostka, ze swoim zespołem Pączki w Tłuszczu (sprawdź!) był jednym z supportów Guns N' Roses w Rybniku w 2012 r.).

Obecnie Gunsy na scenie w niewielkim stopniu przypominają rockowych dzikusów, którzy w połowie lat 80. siali zniszczenie na Sunset Strip w Los Angeles. W niepamięć odeszły alkoholowo-narkotykowe ekscesy czy notoryczne opóźnienia wywoływane przez Axla (osławiony kilkugodzinny poślizg w Rybniku). Amerykanie to chyba obecnie ostatni wielcy rockmani wypełniający stadiony (choć płyta momentami świeciła pustkami, a i na trybunach nie było problemów z miejscami), którzy na żywo mogą pozwolić sobie na wszystko.

Pokażcie mi inny zespół, który przez 3,5 godziny wypuszcza ponad 30 kawałków. Pokażcie mi inny zespół, który niespecjalnie przy tym przejmuje się faktem, że głos frontmana wcale nie tak rzadko odmawia mu posłuszeństwa (to na szczęście nie jest jeszcze przypadek Jona Bon Jovi). Pokażcie mi inny zespół, który przez 37 lat działalności dorobił się raptem sześciu płyt i wciąż ma taką rzeszę oddanych fanów. Pokażcie mi wreszcie inną grupę, która ostatni album cieszący się powszechnym uznaniem wydała ponad trzy dekady temu (obie części "Use Your Illusion").

Nazwijcie ich cover bandem, ale wtedy dodajcie "najlepszym na świecie". Bo Axl i spółka talent do cudzesów mają całkiem spory - to oczywiście "Knockin' on a Heaven's Door" Boba Dylana, to "Live and Let Die" Paula McCartneya i jego Wingsów, ale na żywo takich wstawek jest znacznie więcej. W Warszawie poza repertuarem Gunsów mieliśmy także m.in. nagrania Velvet Revolver ("Slither" nie jest niespodzianką, kiedy przypomnimy sobie, że w tym zespole odnaleźli się przecież Slash i Duff, a także inny były muzyk Gunsów - perkusista Matt Sorum), AC/DC (owacyjnie przyjęty "Back in Black"; w tej formacji z kolei na koncertach w zastępstwie za Briana Johnsona śpiewał Axl Rose), Iggy'ego Popa i The Stooges (swoje punkowe korzenie przypomniał śpiewający w tym numerze Duff McKagan) oraz Soundgarden (niespodziewanie odegrany wśród bisów przebój "Black Hole Sun", który pojawił się w setliście po raz pierwszy na tej trasie). Do tego muzyczne cytaty z The Beatles (akustyczna wprawka "Blackbird") czy Jimiego Hendrixa...

Działo się naprawdę sporo, szkoda że spora część tych atrakcji ginęła w muzycznej magmie, w którą zlewały się dźwięki wydobywane przez muzyków. Sytuacja była o tyle frustrująca, że mocno zastanawiałem się, czy ludzie niemal masowo opuszczający płytę stadionu po prostu całkowicie rezygnują z wątpliwej przyjemności wyłapywania pojedynczych słów wyśpiewywanych przez Axla.

Szczególnie w pierwszej części koncertu w zasadzie mogłem się skupić na przebierankach frontmana (raz kapelusz, raz bandana) czy zmianie gitar Slasha (na początku grał na instrumencie pomalowanym w kolorach ukraińskiej flagi - niebieskim i żółtym), gdyż monotonne dudnienie na trybunach w zasadzie odbierało wszelkie niuanse. Niby Axl nastukał kilometrów biegając od jednej krawędzi sceny do drugiej, niby Slash gitarą chciał rozgonić chmury, które przyniosły ulewę nad stadion, ale wydawało się, że najlepszym finiszem będzie przychylenie się do tytułu utworu "Live and Let Die" - "Żyj i pozwól umrzeć". Jeden 80-letni Paul McCartney potrafi wycisnąć więcej energii.

Jednak okazało się, że wieczór nie jest całkiem stracony, a sygnał do walki dał epicki "Civil War" wsparty antywojennym przekazem. Gunsi dali jednoznacznie znać, że wiedzą o toczącej się za naszą wschodnią granicą wojnie - po obu stronach sceny wisiały ukraińskie flagi, o jednej z gitar Slasha już wspomniałem, niebiesko-żółtą koszulkę założył też Axl, a na tylnym telebimie również pojawiły się barwy Ukrainy od niemal czterech miesięcy broniącej swojej niepodległości przed agresją Rosji.

Dźwiękowe piekło zostało nieco okiełznane, a końcówka przyniosła najgoręcej przyjęte hity: "Sweet Child O' Mine", "November Rain" (charakterystyczne solo Slasha), "Knocking on a Heaven's Door", "Nightrain", ballady "Patience" i "Don't Cry" czy zagrane jako ostatni "Paradise City".

W roli supportów zagrali grupa Dirty Honey (kalifornijski hard rock podlany blues rockiem; w krótkiej karierze zdążyli poprzedzać już m.in. Kiss, Rival Sons, The Black Crowes, The Who czy Alter Bridge) oraz Gary Clark Jr., amerykański wokalista i gitarzysta (posłuchaj!), laureat czterech nagród Grammy (trzy statuetki przyniosła mu ostatnia płyta "This Land" z 2020 r. i tytułowy utwór). Musieli się zmierzyć z tym samym nierównym przeciwnikiem co gwiazda wieczoru, czyli Studnią Narodową, w dodatku wypełnioną zdecydowanie mniejszą liczbą ludzi.

Guns N' Roses - setlista koncertu w Warszawie (20 czerwca 2022 r.):

1. "It's So Easy"
2. "Mr. Brownstone"
3. "Chinese Democracy"
4. "Slither"
5. "Madagascar"
6. "Welcome to the Jungle"
7. "Back In Black"
8. "Better"
9. "Estranged"
10. "Hard Skool"
11. "Double Talkin' Jive"
12. "Live and Let Die"
13. "Reckless Life"
14. "Rocket Queen"
15. "You Could Be Mine"
16. "I Wanna Be Your Dog"
17. "Absurd"
18. "Shadow of Your Love"
19. "Civil War"
20. "Sweet Child O' Mine"
21. "Wichita Lineman"
22. "November Rain"
23. "You're Crazy"
24. "Knockin' on a Heaven's Door"
25. "Nightrain"
bis:
26. "Street of Dreams"
27. "Coma"
28. "Patience"
29. "Black Hole Sun"
30. "Don't Cry"
31. "Paradise City".

Michał Boroń, Warszawa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy