Reklama

Reklama

"Black Funeral - w magicznym kręgu Mercyful Fate" [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Już w środę, 16 września, światło dzienne ujrzy polska edycja książki "Black Funeral - w magicznym kręgu Mercyful Fate". Tylko na stronach naszego serwisu możecie zapoznać się z jej obszernym fragmentem.

Z jakimi problemami borykał się w latach 80. słynny zespół z Kopenhagi podczas nagrywania drugiej płyty; skąd wzięła się jej bijąca po oczach okładka; dlaczego pewien duński ksiądz poległ z kretesem w radiowej konfrontacji z Mercyful Fate i czy "niebezpieczne spotkania" z duchami faktycznie mogą wyrządzić ci krzywdę - o tym wszystkim dowiecie się czytając fragment książki Martina Popoffa poświęcony albumowi "Don't Break The Oath".

---

"Don't Break The Oath"

W historii zespołu pojawił się jeszcze jeden klasyczny album Mercyful Fate. Niedługo potem zespół się rozpadł, w dużej mierze z powodu różnic muzycznych między głównymi kompozytorami - Kingiem DiamondemHankiem Shermannem. "Don't Break The Oath" jest w każdym calu płytą z klasą, pełną artyzmu i zła, podobnie jak "Melissa". Ugruntowała ona pozycję Mercyful Fate jako zespołu-zagadki, który trudno jest w jakikolwiek sposób zaszufladkować. Z pewnością jest on ikoną progresywnego i power metalu, ale jednocześnie jego członkowie są definitywnie ojcami black metalu, chociaż jakość muzyki tego zespołu już nie mogła się bardziej różnić od tej, jaką ponad dziesięć lat po zaprezentowaniu się światu przez Kinga Diamonda pokazali palący kościoły Norwegowie.

Reklama

"Dobra wiadomość jest taka, że płyta 'Melissa' spowodowała wzrost zainteresowania naszym zespołem", powiedział Michael w wywiadzie z Jimmym Kayem. "Rozbudowała nam się baza fanów i rosła z każdym koncertem. Ruszyliśmy w trasę po Europie, Niemczech, Holandii i Belgii, i innych. Okazało się, że faktycznie mamy fanów. Potem zaś, już w USA, znaleźliśmy się na liście Filthy Fifteen, mówiono o nas w Kongresie czy coś w tym stylu. Umieszczenie nas na tej liście spowodowało zaś nagły wzrost zainteresowania naszym zespołem, tak więc chcieliśmy pojechać tam z koncertami. Następnie nagraliśmy 'Don't Break The Oath' i byliśmy pewni, że ten album zrobi furorę. Oczywiście, mieliśmy takie nadzieje już przy 'Melissie', ale tym razem mieliśmy już w sobie takie przeświadczenie, że to właśnie ta płyta sprawi, że wejdziemy do najwyższej ligi i staniemy się jednym z najważniejszych zespołów metalowych".

Posłuchaj utworu "Black Funeral" Mercyful Fate z debiutanckiego albumu "Melissa" w wersji na żywo z 1983 roku:

Ale w zespole zaczęły pojawiać się rysy. King miał wrażenie, że robi zbyt wiele jeśli chodzi o występy na żywo, a mimo to chciał mieć więcej swojego wkładu w proces komponowania utworów. Jak do tej pory to raczej Hank zapewniał muzykę, komponując z niewielką pomocą Michaela; Kim i Timi nie komponowali nic.

"Wiesz, Michael zazwyczaj komponował utwory samodzielnie", opowiada King. "Kilka piosenek zrobił z Hankiem, jeszcze inne ze mną, tak myślę, ale na 'Don't Break The Oath' nie stworzył nic. Owszem, miał w tej płycie trochę swojego wkładu, jakiś riff tu czy tam. Dopiero na albumie King Diamond 'Abigail' jakoś bardziej się rozkręcił. Tak samo na 'Fatal Portrait', gdzie znajdują się niektóre piosenki również jego współautorstwa. Nigdy jednak nie stworzył żadnego utworu samodzielnie. Ja zaś pisałem wszystko sam, czasem też z nim współpracowałem, szczególnie kiedy miał fajne pomysły. Nigdy zaś nie były to całe utwory".

Wchodząc do studia w dniu 30 kwietnia 1984 roku, zespół wiedział, że musi uwinąć się z nagraniami dość szybko, ale nie czuł na sobie oddechu wytwórni. Tym razem nie dał też aż tak dużej władzy producentowi Henrikowi Lundowi.

"Kiedy przyszło do nagrania 'Don't Break The Oath', mieliśmy już o wiele lepszy budżet i około 18 dni na nagrania w studiu", tłumaczy King. "Na 'Melissę' dano nam tylko osiem dni. Myślę, że na tym albumie słychać, że poświęciliśmy mu o wiele więcej uwagi. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że jest to o wiele lepszy album niż poprzednik, jeśli chodzi o sposób komponowania i tworzenia piosenek. Da się na nim zauważyć postęp, aczkolwiek utrzymany w duchu Mercyful Fate. Wykorzystaliśmy tu różne instrumenty, za pomocą których stworzyliśmy ostrzejsze klimaty, a i mój głos dość fajnie się wtedy rozwinął. Byliśmy w stanie bardziej zagłębić się w ten materiał, dodać do niego nieco ekstra rzeczy i nagrać go w studiu najlepiej jak tylko mogliśmy".

"Na 'Don't Break The Oath' znalazły się dwie piosenki, które były... może nie zabawne, ale inne", wspomina Hank. "Ale obydwie są mi bardzo bliskie, ponieważ kiedy zaczynaliśmy razem grać, byliśmy wszyscy jeszcze bardzo młodzi, zaraz po dwudziestce. Jeśli zaś chodzi o sesje nagraniowe, na 'Melissę' mieliśmy w sumie dwa tygodnie - na miksy i wszystkie inne sprawy. Kiedy przyszło do nagrań na 'Don't Break The Oath', na nagrania i miksy mieliśmy trzy tygodnie.

Różnica między tymi płytami była taka, że na drugiej pan Diamond pokazał również swoje kompozytorskie oblicze, to znaczy skomponował na nią dwa, trzy czy też cztery kawałki; nie pamiętam już dokładnie ile. To nieco zmieniło kierunek zespołu. Potem, już na nowszych wydawnictwach, zazwyczaj dzieliliśmy się kompozycjami, w proporcji mniej więcej 50 procent na każdego z nas, co robiło dużą różnicę, bo on ma zupełnie odmienny styl ode mnie, co również przyczyniło się do tego, że płyty z lat 80. tak bardzo różnią się od tych z lat 90.".

To właśnie podczas miksów nowej płyty chłopaki wreszcie wyłożyli Lundowi kawę na ławę. "Tak samo jak poprzednio, również teraz on chciał nas podczas miksów wyrzucić ze studia", tłumaczy King. "Wiesz, mieliśmy siedzieć na zewnątrz i czekać na naszą kolej. Rozumiem, że mógł podejść do tego w ten sposób: oto w studiu była z nim grupa złożona z młodych chłopaków, którzy nie do końca znali się na tych rzeczach. On po prostu nie chciał mieć takich doradców nad głową podczas swojej pracy - to jestem w stanie zrozumieć. Z drugiej strony właśnie, to przez jego podejście nie byliśmy w stanie niczego się nauczyć".

"Proces miksowania zaczął się więc identycznie jak wcześniej, ale po jakimś czasie już nie wytrzymałem i powiedziałem: 'Mam dość. Nie będziemy tego gówna więcej tolerować. Nie będziemy też tu siedzieć jak debile'. Byłoby fajnie móc od razu mu sugerować: 'Słuchaj, a mógłbyś trochę podciągnąć gitary rytmiczne'. 'O tak, teraz super'. I tak zrobiliśmy. Zaczęliśmy się bardziej angażować. Kiedy Mercy już przestało grać i zaczęliśmy działać z Diamond, byliśmy już w pełni zaangażowani w proces miksowania zarówno 'Fatal Portrait', jak i 'Abigail'".

"To było to samo beznadziejne uczucie, jakie towarzyszyło nam podczas miksów 'Melissy'. Siedzieliśmy na zewnątrz, kiedy mogliśmy przecież być w środku i dawać swoje sugestie typu: 'Daj tu więcej gitar, tu w środku'. Zamiast tego mieliśmy polecenie: 'Dobra, teraz wyjdźcie, a ja zrobię ten miks sam', a potem: 'Dobra, teraz możecie wejść'. Podczas pracy nad 'Don't Break The Oath' powiedziałem: 'Wiesz co? Mam to, ku***, gdzieś. Zostanę w reżyserce bez względu na to, czy ci się to podoba, czy nie. Chcę na bieżąco słyszeć materiał, który będziesz miksował. Chcę od razu słyszeć efekt wprowadzonych zmian. Takie siedzenie na zewnątrz, wchodzenie i wychodzenie, to marnowanie czasu, bo nadal nie słyszę w miksie tego, co bym chciał usłyszeć. Mam zamiar siedzieć tu przez cały proces, ty będziesz podkręcał poziomy, a my będziemy komentować: Tak, to brzmi świetnie. Może tego spróbujemy?'.

Lund się nie zgodził: 'Nie ma opcji, nie będziecie nade mną siedzieć'. 'Ależ owszem, będziemy, nie ruszymy się z reżyserki'. 'No dobra, niech wam będzie'. Dzięki temu wreszcie mieliśmy okazję zrozumieć, o co chodzi w procesie miksowania. Druga sprawa jest taka, że trudno nam było usłyszeć klawisze. Na płycie zagrał z nami taki sesyjny klawiszowiec, który przyszedł i zagrał nam swoją partię. Siedzieliśmy z nim w studiu i dyrygowaliśmy: 'Słuchaj, a mógłbyś to zagrać nieco mroczniej? To musi brzmieć mroczniej' i takie tam. Jakby nie patrzeć, z powodu naszego zaangażowania, także na innych poziomach nagrywanie 'Don't Break The Oath' znacznie różniło się od sesji do 'Melissy'".

Michael nie jest jednak pewien, czy wszystkie problemy zostały wtedy zażegnane, i dodaje: "Jedyną rzeczą, którą zrobiliśmy przez pomyłkę podczas nagrań 'Don't Break The Oath' jest to, że pracowaliśmy nad nią z tym facetem, który zazwyczaj nagrywał muzykę pop i w tym czasie był w Danii bardzo znany. Niestety, nasza współpraca nie potoczyła się tak, jak byśmy tego oczekiwali. Ale nawet do dziś, nawet mimo słabego brzmienia gitary na nich oraz całego tego gówna, nadal są to mocne, świetne płyty. Muzyka zawarta na nich broni się sama. Na drugiej płycie jednak na gitarę jest nałożone nieco za dużo efektów. To brzmienie momentami jest za słabe. Dobrze byłoby zrobić jakiś remiks tej płyty, aby dać więcej mocy brzmieniu gitary rytmicznej i usunąć niektóre efekty, które są już nieco przestarzałe. Z drugiej strony jednak, jak już to wcześniej wspomniałem, te płyty nadal mają power. Dlatego też pozostanę przy tym, co jest i będę zadowolony z tego, co udało nam się wtedy stworzyć, nie koncentrując się zbytnio na obecnych tu i ówdzie, drobnych błędach".

Nie było żadnych problemów podczas samego procesu nagrywania, prawda? "Nie, my od razu wiedzieliśmy, czego chcemy", tłumaczy Diamond. "On tylko miał dopilnować, aby to, co nagrywamy, brzmiało dobrze. I że nie gramy akurat czegoś, co brzmi naprawdę fatalnie. 'Och, nie trafiasz'. 'Co masz na myśli?' 'No wiesz, fałszujesz, nie trafiasz w dźwięki'. 'Ojej, dobra, już próbuję to poprawić'. Czasem śpiewa się naprawdę trudno, szczególnie kiedy dźwięk ze słuchawek wali ci po uszach. Albo gdy masz akurat partię z pojedynczymi harmoniami. Wtedy trudno jest zrobić wszystko dokładnie punkt w punkt, szczególnie w tamtych czasach, kiedy nie mieliśmy jeszcze wystarczającego doświadczenia. Dziś już wszystko przychodzi mi naturalnie i takie problemy się nie zdarzają".

"Zauważyłem pewną rzecz, kiedy graliśmy parę koncertów z Metalliką. Pewnego wieczoru, podczas występu we Włoszech, oni zagrali medley złożone z kawałków Mercyful Fate, które potem nagrali na płycie 'Garage Inc.'. To było całe medley. Kilka razy ćwiczyliśmy je z nimi, to znaczy Hank i ja, za kulisami, po to, żeby móc je potem z nimi wykonać na scenie. Wtedy zauważyłem, że Metallika zmieniła nieco tonację - obniżyła ją, co mnie nieco przeraziło, i pomyślałem sobie: 'Mój Boże, jak ja mam teraz to zaśpiewać? To przecież nie w mojej tonacji?' Kiedy jednak przyszło co do czego, okazało się, że nie mam się czego bać - zaśpiewałem to zupełnie naturalnie i bez spiny. Szczerze mówiąc, te partie śpiewało mi się o wiele lepiej niż wcześniej, ponieważ nie musiałem używać aż tak wysokiego głosu (śmiech)".

Dźwiękowy patchwork "Mercyful Fate" w wykonaniu Metalliki:

"Takie rzeczy przychodzą mi totalnie naturalnie. Po prostu od razu dostosowuję się do muzyki. W tamtych czasach nie zdawałem sobie jednak sprawy z tego, że dysponuję takimi umiejętnościami. Między innymi z tego powodu chcieliśmy być obecni w reżyserce podczas procesu miksowania. Nie chcieliśmy siedzieć na zewnątrz i oddawać cały proces w ręce producenta, który po czasie wychodził do nas, wołał nas do środka i pytał: 'I co, słychać je teraz głośniej?', choć często nas w tym zakresie oszukiwał. 'Nie, nie słychać, tak tego nie zostawimy'. My wychodziliśmy, a on podkręcał gitary o pół decybela, i robił tak za każdym razem. Jakim więc cudem mieliśmy usłyszeć różnicę? To marnowanie czasu. Powinniśmy siedzieć z nim w studiu i być częścią tej pracy. Kiedy wreszcie udało nam się postawić na swoim, mieliśmy możliwość zobaczenia jak się to wszystko robi".

Jak już płyta była skończona, ale jeszcze przed jej pojawieniem się w sklepach, zespół zagrał na festiwalu Heavy Sounds w Belgii. Koncert miał miejsce 10 lipca 1984 roku, a wśród wykonawców znajdowali się tacy artyści jak Lita Ford, Baron Rojo, Faithful Breath, H-Bomb, Metallica, Twisted Sister i Motörhead. Jak widać, zestaw wykonawców był dość międzynarodowy, tym bardziej ciekawe, że znaleźli się wśród nich nasi ambasadorzy z Danii.

Demówkowy "Walking Back To Hell", czyli jedna z wczesnych odsłon utworu "A Dangerous Meeting" Mercyful Fate (wersja koncertowa z 1981 roku):

Wydana 7 września 1984 roku płyta "Don't Break The Oath" przybyła do sklepów opakowana w jaskrawożółtą, bijącą po oczach okładkę, oczywiście diabelską, ale tak wściekle żółtą, że można było przy niej oślepnąć.

Spytany o to, gdzie znajduje się oryginalny obraz wykorzystany na tej okładce (ponownie, autorstwa Thomasa Holma), King stwierdza: "Nie jestem pewien. Żadnego z nich nie mam na swoich ścianach. W przypadku takich obrazów to raczej artysta jest właścicielem oryginału, a my tylko kupujemy licencję na jego wykorzystanie, albo raczej wytwórnia ją kupuje. Myślę, że tak to właśnie działa. W dzisiejszych czasach niewielu artystów wykorzystuje aerograf. Wiele grafik robione jest na komputerze, prawda? Używa się specjalnych programów do rysowania, w których można różne rzeczy dodawać, wklejać. W tamtych czasach jednak, wiesz, pracowało się z oryginałami.

Ja widziałem oryginalny obraz, który potem został wykorzystany na naszej okładce. Prawdziwy obraz, namalowany farbami olejnymi, tak myślę. Taki właśnie obraz nam przyniósł. Nie tylko ten zresztą - ten szwedzki malarz miał ze sobą pełno tych obrazów, ze 20 czy 25. Pokazał nam je i powiedział: 'Proszę bardzo, wybierajcie' i takie tam. Tak było przy wyborze okładki na płytę 'Melissa'. Okładkę na 'Don't Break The Oath' zrobił na nasze zamówienie. Jednak, kiedy wybieraliśmy szatę graficzną dla 'Melissy', wybraliśmy ją spośród innych propozycji, jakie nam przedstawił. Te obrazy istnieją naprawdę. Ale nie wiem, gdzie się teraz znajdują. Może ten obraz został sprzedany, kto wie? A jeśli ten artysta go nie sprzedał, może nadal ma gdzieś ten oryginał?".

W rozmowie z Davidem Perrim, King przedstawił nieco inny punkt widzenia: "Ten obraz jest tak doskonały! Całe uznanie należy się jego autorowi. Wiedzieliśmy, jakiej okładki potrzebujemy, ponieważ miała mieć ona związek z historią, którą opowiadamy na tym albumie. Ten autor ponownie przyjechał do Kopenhagi i pokazał nam kilka nowych rzeczy, które stworzył. Jednym z obrazów był właśnie ten z naszej okładki. Kiedy go zobaczyliśmy, stwierdziliśmy: 'Bierzemy ten! Jest idealny!' Okładka przypomina nieco taki plakat z czasów II wojny światowej, na którym Wujek Sam mówi: 'I want you!' Ten obraz dociera do odbiorcy w naprawdę unikatowy sposób (śmiech). Jest jednym z moich ulubionych; myślę, że robi wrażenie".

Zostawiając już temat okładki - drugi album Mercyful Fate otwiera utwór "Dangerous Meeting", który od razu udowadnia, że chłopaki ciągle trzymają poziom, zarówno pod względem lirycznym, jak i muzycznym, a także fakt, iż pod względem komponowania w zespole zaszły pewne zmiany. Riffy utrzymane są na poziomie minimum, a większość z nich da się w łatwy sposób zapamiętać, w przeciwieństwie do tych z "Melissy", które były o wiele trudniejsze pod tym względem.

Tak to tłumaczy King: "Był taki zespół Brats, z którego powstał Mercyful Fate, a kilka piosenek z jego repertuaru zostało wykorzystane i przerobione w pokoju prób. 'A Dangerous Meeting' nosiło kiedyś tytuł 'Walking Back To Hell' i zawierało kilka riffów, które brzmiały nieco inaczej. Tak samo było w przypadku kilku innych kawałków, które też nosiły zupełnie inne tytuły".

Mercyful Fate i "A Dangerous Meeting":

Diamond demonstruje tu cały swój arsenał, włączając w to śpiewanie w harmonii z samym sobą. "Kiedy robię chórki - tłumaczy King - nagrywam kilka partii wokalnych tak, aby stworzyć z nich pełen drugi głos, a nawet więcej. Momentami śpiewam też nuty zupełnie inne, odmienne od głównej linii melodycznej, które wprowadzam w vibrato. Potem śpiewam kolejną linię melodyczną, która musi pasować do tej pierwszej. To wszystko przychodzi mi naturalnie, nie muszę się jakoś specjalnie zastanawiać nad tym, jak mam to zrobić. W ten sposób nagrałem pięć szybkich numerów i potem przeszedłem do tych powolnych, trzy razy. Po prostu, kiedy przychodzi mi nagrać moje partie, robię swoje i okazuje się, że wszystko wychodzi tak, jak trzeba.

Śpiewanie przychodzi mi naturalnie i nie mam problemów z powtórzeniem swoich partii innym głosem. Raz tylko zdarzyło mi się, że dwie linie melodyczne mojego wokalu usunąłem. Zaśpiewałem pełną linijkę, potem dołożyłem do tego pierwszą linię chórku i zrobiłem to samo z kolejnym utworem; w momencie, kiedy to wszystko odtworzyliśmy, okazało się, że muszę wszystko powtórzyć - linie wokalne były identyczne, nie osiągnąłem wymaganego efektu. Takie coś zdarzyło mi się tylko raz. Musieliśmy nagrać raz jeszcze najlepsze podejście tak, żeby usłyszeć jego elementy składowe".

Skala głosu Kinga w szczegółach:

Jeśli chodzi o temat "niebezpiecznych spotkań", King wspomina sprawę tego nowojorskiego księdza, który do niego napisał. "Często myślę sobie, że im być może chodzi o jakiś rozgłos, o to, żeby o nich było głośno; to się chyba do tego sprowadza. Oni chcą choć przez moment zabłysnąć w świetle reflektorów; chcą stać się ludźmi rozpoznawalnymi. Również w Danii był taki ksiądz, tuż po tym, jak zaczęliśmy naszą karierę i nagraliśmy taśmy demo. Duńskie radio chciało te demówki puszczać i była to dla nas świetna okazja. Nagle okazało się, że chcą o nas napisać w ogólnokrajowej gazecie, że chcą nas zbojkotować, co oczywiście bardzo nas rozzłościło. Z tego powodu okładka naszego minilongplaya przedstawia zakonnicę płonącą na krzyżu - jakby w opozycji do tego, co działo się podczas Wielkiej Inkwizycji".

"Oczywiście, ten ksiądz powiedział: okej, możemy o tym podyskutować. Poszliśmy więc do radia, aby tam z nim o tym porozmawiać, ale w połowie rozmowy on wstał i opuścił studio. Stało się to tuż po tym, jak stwierdziliśmy: 'Dobrze, porozmawiajmy o Inkwizycji. Ten obrazek przedstawia dokładnie to, co wy zrobiliście, a raczej może to, w co wy wierzycie i co wtłaczacie do głów wielu tysiącom osób. Jak ksiądz śmie tu przychodzić i zarzucać nam takie rzeczy!'. Na te słowa wstał i wyszedł, ponieważ zabrakło mu argumentów, którymi mógłby się w jakikolwiek sposób obronić".

"W dodatku, jako przykład przywołał 'A Dangerous Meeting'. Spytałem więc: 'Czy naprawdę chce ksiądz wiedzieć, o czym jest ta piosenka?' Ona opowiada o niebezpiecznym spotkaniu młodych ludzi, którzy spotykają się po to, by razem zrobić seans spirytystyczny z użyciem tablicy Ouija'. Ja w tamtych czasach miałem hopla na tym punkcie. Powiedziałem, że takie spotkania mogą być niebezpieczne, bo ta tablica naprawdę działa. Takie seanse i spotkania się zdarzają. Niektóre z tych dzieciaków mogą po czymś takim oszaleć, ponieważ kiedy siedzą przy tej tablicy i zadają pytania, zjawia się byt, który ma moc i jeśli poczuje, że obecni mają do niej brak szacunku, może dać kilka dobrych odpowiedzi, a potem zaczyna się z nimi bawić. 'Umrzesz zanim skończysz 20 lat'.

Wcześniej byt ci potwierdził inne rzeczy, więc wierzysz, że to jest realne. Teraz zaś słyszysz coś takiego. Jesteś więc prawie pewien, że to najprawdziwsza prawda, kiedy tak naprawdę te słowa są żartem, wypowiedzianym przez ten byt dla zabawy".

"To są niebezpieczne rzeczy, z którymi nie wolno zadzierać, tym bardziej zaś robić to dla zabawy. Ta piosenka zaś miała być ostrzeżeniem przeciwko takim zabawom. Oczywiście, ten ksiądz zupełnie jej przesłania nie zrozumiał. Muszę też przyznać, że część winy z pewnością leży po mojej stronie, gdyż na samym początku niezbyt dobrze mówiłem po angielsku. Cholera, tak samo w niektórych naszych piosenkach, szczególnie tych, które opowiadały o tych samych tematach - dziś napisałbym do nich teksty o wiele lepsze, mądrzejsze i sprytniejsze; lepiej dobierałbym słowa i całą resztę. Dziś widzę, jakie tam rażące błędy popełniłem, właśnie z powodu słabej znajomości angielskiego. Można przecież napisać tekst w o wiele lepszy sposób i wpleść w niego o wiele więcej informacji, które powinny tam być od początku. Moje teksty zaś były bardzo proste; to było takie czarno na białym, choć powinno być zupełnie coś innego".

W wywiadzie z Jimmym Kayem tak o piosence "A Dangerous Meeting" wypowiada się Hank: "Musieliśmy zdecydować, które piosenki umieścić na stronie A, a które na B, ale odbyło się to w sposób bardzo demokratyczny. Każdy z nas napisał swoje typy na karteczkach, a potem wspólnie przejrzeliśmy nasze propozycje i wybraliśmy te, które dostały najwięcej głosów. Wiem, że King strasznie chciał, aby stronę A rozpoczynał 'The Oath', ale reszta zespołu postanowiła umieścić tam 'A Dangerous Meeting'. King był niepocieszony, ale - ponieważ w naszym zespole panowała demokracja - musiał odpuścić i pozwolić, aby to większość zadecydowała (śmiech)".

Tej "Przysięgi" łamać nie kazano:

Utwór ten skomponował Shermann, który - jak sam mówi - kiedy ma już gotowy kawałek, przekazuje go reszcie zespołu po to, by ta ostrożnie się nim zajęła. "Ja sam, jako główny kompozytor naszego materiału i jako gitarzysta, oraz reszta chłopaków bardzo mocno skupiliśmy się na tym, aby ten utwór jak najlepiej wykonać, bo chcieliśmy, aby ten nasz muzyczny fundament brzmiał jak najlepiej".

Istnieje też wczesna wersja tej piosenki pod tytułem "Death Kiss". Chłopaki sugerują, że jest to w ogóle pierwszy utwór, jaki kiedykolwiek razem nagrali. Można go znaleźć na kompilacji z 1992 roku "Return Of The Vampire", a także na reedycji "Don't Break The Oath" z 1997 roku. Główną różnicą między tymi wersjami jest wokal Kinga i zmieniony tekst. Na tych wczesnych nagraniach King śpiewa w sposób bardziej konwencjonalny, brzmiąc bardziej jak Glenn Danzig w wersji z "Return Of The Vampire" i bardziej punkrockowo-nowofalowo na wersji będącej utworem bonusowym na "Don't Break The Oath". Warto też docenić fakt, iż od początku zespół gra bardzo rasowo i że nawet w tych wczesnych wersjach znajdziemy wszystkie niezbędne partie - to wszystko od początku było zawsze perfekcyjnie wykonane.

Składając "Pocałunek śmierci":

W przypadku "Death Kiss" zabawne może być to, jak w tym utworze wymiata Kim Ruzz. "Wiesz, Kim tam grał jak szalony", śmieje się Michael. "Czasem musieliśmy go nieco kontrolować i mówić: 'Hej, nie przesadzaj z tymi swoimi partiami', bo on grał z taką pasją, mocą i energią, że musiało to gdzieś znaleźć ujście. On był jak mustang, wiesz, taki dziki koń (śmiech). Grał genialnie, naprawdę. Do dziś, kiedy słucham tych nagrań, myślę sobie: 'Ja cię, ale on był genialnym perkusistą'.

Kim miał bardzo mocne uderzenie; strasznie mocno walił w te swoje bębny. Jego styl był bardzo zróżnicowany. Potrafił zacząć grać tango do bardzo ostrego riffu. Robił to, co akurat czuł, że się sprawdzi, i zawsze miał rację. Był bardzo inteligentnym i utalentowanym perkusistą, a jego gra stanowiła bardzo ważny element stylu Mercyful Fate, ważniejszy niż ludzie sobie z tego zdają sprawę. Większość osób bowiem zazwyczaj skupiała się na sposobie śpiewania przez Kinga, co było oczywiste, satanistycznych tekstach i tego typu pierdołach, ale przecież brzmienie naszych instrumentów - mojej i Hanka gitary, bardzo charakterystyczne zresztą, nasze podwójne gitary oraz perkusja Kima Ruzza na tych albumach - to wszystko jest tak bardzo istotne. To dzięki nim nasze klasyczne albumy brzmiały właśnie w taki, a nie inny sposób".

Falsetowo-ciężki, a może raczej falsetowo-lekki utwór "Nightmare" udowadnia, jak świetnie zespół potrafi bujać pomimo licznych zmian tempa. King komentuje: "To był świetny moment na to, aby zacząć robić więcej takich typowo technicznych zagrywek; takich jakie pokazaliśmy w 'Nightmare' - fade i feedback, i całe to szaleństwo. Wykorzystaliśmy takie dobrodziejstwa technologiczne, o których nigdy wcześniej nawet nie marzyliśmy. Jeśli więc chodzi o produkcję, definitywnie można powiedzieć, że dokonaliśmy niezłego postępu od czasów 'Melissy'".

Rozbujany "Nightmare" Mercyful Fate:

---

Fragment książki "Black Funeral - w magicznym kręgu Mercyful Fate" dzięki uprzejmości wydawnictwa KAGRA.


INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Mercyful Fate

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje