Reklama

Reklama

Melodia twój wróg!

To był wieczór kontrastów: od ambientu, nieśmiało pulsującego na granicy ciszy, po elektroniczny i gitarowy łomot. We Wrocławiu ruszyła druga edycja Asymmetry Festival.

Festiwal inaugurowała formacja The Mount Fuji Doomjazz Corporation, koncertem, który publiczność kontemplowała, siedząc na podłodze klubu. No bo jak tu skakać czy tupać, kiedy na ekranie widzimy rozdzierająco smutne losy Lynchowego "Człowieka-Słonia", a ilustrujące je dźwięki to albo ciemne chmury ambientu, albo wiercące dziury w brzuchu drony? Świetny pomysł na otwarcie festiwalu - jeśli zabłądził na ten występ ktoś przypadkowy, będzie miał koszmary do później starości. Wszyscy pozostali natomiast mogli się przy The Mount Fuji wyciszyć i przygotować na mocniejsze wrażenia.

Reklama

A te nadeszły już po półgodzinnej przerwie, wraz z pojawieniem się na scenie włoskiego tria Zu. Sekcja rytmiczna o brzmieniu pracującego na pełnych obrotach buldożera i saksofon, który ryczy jak z bólu ranny łoś - pierwszy kontakt z muzyką Zu na żywo grozi nokautem. To wciąż jest jazz, nawet niezbyt wyszukany, ale za to grany jak death metal. Ze złością, z całej siły, bez oglądania się na dynamiczne niuanse. Zresztą, czego innego można się spodziewać po muzykach, którzy noszą koszulki z napisem "Tom Araya to nasz Elvis?" Autorom znakomitej płyty "Carboniferous" nie udało się co prawda utrzymać poziomu intensywności z pierwszego kwadransa przez cały koncert, ale zdaniem niżej podpisanego to właśnie był najciekawszy moment pierwszego dnia Asymmetry.

Muzyk, który po nich objął scenę w posiadanie, był natomiast najbardziej kontrowersyjnym punktem programu. Drumcorps, czyli Aaron Spectre, to z jednej strony breakcore'owe połamańce i strzępy ekstremalnego metalu miksowane w opętańczym tempie. Chwilami brzmiało to jak najlepsze chwile Atari Teenage Riot, więc nic dziwnego, że pod sceną się zakotłowało. Niestety, czar pryskał, kiedy Aaron sięgał po gitarę i wyciskał z niej równie groźne, co nudne, metalowe riffy. A taki był w to zabawnie zaangażowany, tak bezgranicznie tym swoim artystycznie nieuzasadnionym popisom oddany, że przypominał mi groteskową The Great Kat...

Ostatnim wykonawcą tego wieczoru był holenderski DJ i producent Bong-Ra, który robił mniej więcej to samo, co Drumcorps (minus gitara), ale w odróżnieniu od sympatycznego Amerykanina, robił to zawodowo. Jazgotliwy drum'n'bass płynnie przechodził w napuchnięte hałasem, ale spokoje, triphopowe bity, by za chwilę znów się rozpędzić do hardcore'owego karabinu maszynowego - a wszystko to brzmiało znakomicie. Ciężko, intensywnie, ale na tyle energicznie, by porwać ludzi do tańca. No właśnie, poza wszystkimi innymi powodami - takimi jak muzyka, atmosfera, towarzystwo - warto się wybrać na Asymmetry Festival, by zobaczyć, przy czym ludzie potrafią tańczyć. Zdziwilibyście się...

Jarek Szubrycht, Wrocław

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy