Reklama

Reklama

"Zawsze mierzę wysoko"

Chcemy bluesa pokazywać jako muzykę dla ludzi - mówi Ireneusz Dudek, wokalista i pomysłodawca Rawy Blues przed jubileuszową, 30. edycją tego festiwalu tradycyjnie odbywającego się w katowickim Spodku. 9 października w stolicy Śląska zjawią się wykonawcy, których występy w poprzednich edycjach zyskały największe uznanie.

Wśród gwiazd imprezy zobaczymy m.in. projekt Jamesa Blooda Ulmera z Vernonem Reidem, Norę Jean Russo i oczywiście Irka Dudka, tym razem z płytą "Dudek Bluesy".

Niezmordowany propagator bluesa znalazł kilka chwil, by odpowiedzieć na pytania Michała Boronia i powspominać poprzednie edycje Rawy Blues.

Jak do tego doszło, że zostałeś pomysłodawcą bluesowego festiwalu w Katowicach? Przypomnijmy, była wiosna 1981 roku, w kraju wrzała solidarnościowa rewolucja. Jaka była ta pierwsza edycja od strony organizacyjnej?

- Zaczęło się po części od tego, że drugi raz odmówiono mi wizy do USA i przekornie chciałem tutaj u nas zrobić Amerykę (śmiech). Oczywiście na początku to było pokazywanie polskiej sceny bluesowej, bo w tamtych czasach panowała blokada, organizacyjna i finansowa, aby robić festiwal międzynarodowy. Środowisko bluesowe, zwłaszcza w Katowicach, było wówczas silne, ale bardzo niedoceniane, i to chcieliśmy zmienić.

Reklama

Rok później to już czas stanu wojennego. Trudna sytuacja, bo pewnie miałeś momenty zawahania i myśli, czy ta inicjatywa nie zostanie zduszona w zarodku?

- Szczęśliwie nie spotkały nas żadne poważne ograniczenia, czy represje ze strony władz. Z tego, co pamiętam druga edycja festiwalu odbywała się już w czasie, gdy zbliżało się zawieszenie stanu wojennego. Ponadto, charakter tego festiwalu był objazdowy - jeździliśmy z tymi artystami do największych wówczas dostępnych sal koncertowych - w Katowicach, Sosnowcu, Tychach, Będzinie, Zbrosławicach. To była jedyna edycja, która wyszła poza Katowice.

Pewnie ze względu na silną śląską scenę bluesową to właśnie w Katowicach powstała Rawa? Koledzy z innych zespołów od razu podchwycili ten pomysł, czy raczej musiałeś ich przekonywać, namawiać?

- Prawdę mówiąc, nie musiałem nikogo przekonywać, to była naturalna kolej rzeczy. Miałem piwnicę bluesową Irka Dudka, ona działała już wcześniej. To tam tworzyło się środowisko, do którego przyjeżdżali ludzie z Wrocławia, Krakowa i innych miast, aby grać w Katowicach bluesowe jam sessions. Całe środowisko bluesowe w tym mieście było bardzo silne, więc taki festiwal jak Rawa Blues powstał i zaczął być organizowany właśnie w Katowicach.

Już od pierwszej edycji obok występów gwiazd funkcjonował konkurs dla młodych wykonawców. Przypomnij, jakie najważniejsze zespoły zostały tam odkryte?

- Nie chciałbym nikogo specjalnie wyróżniać, a tym bardziej kogoś pominąć. Tak na prawdę po dziś dzień na kolejnych edycjach festiwalu debiutują nowe zespoły, które słusznie mają szansę realizować swoje bluesowe aspiracje. W tym kontekście przytoczę tylko liczby - odkąd zagrała pierwsza Rawa, w Polsce powstało około 70 festiwali bluesowych i ponad 200 zespołów. To nie tylko moje zdanie, ale Rawa Blues Festival odegrała w kreowaniu polskiej sceny bluesowej kluczową rolę. I 30. Rawa to właśnie świętowanie również całego tego dorobku.

Czy jubileuszowe edycje - 5., 10., 20. czy 25. były jakoś wyjątkowe? Czy mogąc się pochwalić już tak długą tradycją potrafisz wyróżnić którąś z edycji?

- Chyba nieco świętowaliśmy podczas 20. edycji. Pamiętam, że zrobiliśmy pamiątkowe, unikalne, skórzane kamizelki dla występujących wówczas gwiazd. Natomiast generalnie nie traktowaliśmy dotychczas tych okrągłych edycji jakoś szczególnie.

Irek Dudek Big Band na Rawie Blues 2005:

W takim razie względem innego kryterium - które edycje festiwalu były szczególne i wyjątkowe, skoro nie te jubileuszowe?

- Oczywiście, chyba najbardziej wyjątkowa była edycja w 1992. Do 11. edycji Rawa to był festiwal ogólnopolski, ale niestety zaczynało to wyglądać tak, że zawsze jako główni artyści grali Dżem, Nalepa i Dudek a potem inni. Niektórzy zaczynali zauważać konieczność zmiany. Mieszkając w Amsterdamie, postanowiłem działać na rzecz tych zmian. Zarejestrowałem oficjalnie Rawę jako własną markę. Wcześniej, w czasach socjalizmu, nie mogłem tego zrobić, nawet będąc pomysłodawcą Rawy.

- W 1992 zapytałem środowiska studentów, śląskiego Jazz Clubu oraz Estrady, z którymi organizowałem poprzednie edycje, czy chcą nadal brać udział w organizacji Rawy. Spotkałem się ze sceptycyzmem, usłyszałem, że to nie ma prawa się udać, że umiędzynarodowienie to zły pomysł itp. Oczywiście ich udział musiałby się też wiązać z zainwestowaniem ich środków. Trochę w tych środowiskach zawrzało pomimo tego, że postawiłem sprawę bardzo jasno.

- Ostatecznie organizowałem tą 12. edycję na własną rękę, ryzykując oczywiście własne pieniądze, które nota bene wcześniej planowałem przeznaczyć na budowę domu. Na szczęście się udało i od tamtego czasu festiwal stał się międzynarodowy. Od tego czasu na Rawie zaczęli grać w Spodku wielcy światowego bluesa. Ta edycja otwarła nowy rozdział w historii festiwalu. A już w ciągu ostatnich kilku lat zauważamy również, że jest to impreza bardzo rozpoznawalna w USA.

W 1992 roku na Rawie po raz pierwszy pojawili się wykonawcy z zagranicy. Powiedz, jak do tego doszło, bo przecież w tamtym czasie rzadkością były koncerty zagranicznych gwiazd w naszym kraju. Skąd miałeś kontakty, by ich ściągnąć do Spodka?

- Wtedy mieszkałem w Amsterdamie. Byłem częstym bywalcem tamtejszych klubów bluesowych, byłem na Amsterdam Blues festival, widziałem wielu znanych wykonawców i doszedłem do wniosku, że zorganizuję bezpośrednio przejazd kilku zespołów z Amsterdamu, z Harrym Muskee i innymi do Katowic. Kluczowe było to, że mieszkając tam byłem w stanie przekonać menedżerów zachodnich gwiazd do tego żeby jechać tak daleko na wschód, do Polski.

Kiedy niedawno rozmawiałem z Jurkiem Owsiakiem przed XVI Przystankiem Woodstock, to powiedział mi, że nie ma wielkiej różnicy między 14. a 15. edycją, ale jak się spojrzy na pierwszy i ostatni Przystanek, to wówczas widać, jak ogromną drogą przeszedł ten festiwal. Masz podobne odczucia przy Rawie?

- Oczywiście! Pierwsza Rawa odbywała się w klubie w Akancie dla 500 osób, a 30. Rawa to gwiazdy światowego bluesa grające dla kilku tysięcy osób, które co więcej, przyjeżdżają nie tylko z całej Polski, ale Europy. Dla przykładu, mamy wielu fanów przyjeżdżających z Francji czy Włoch, którzy przyjeżdżają posłuchać projektów gwiazd z USA na koncert jedyny nie tylko w Polsce, ale i Europie. Podkreślam projektów, bo np. koncert Jamesa Blooda Ulmera z Vernonem Reidem i wiele innych mających miejsce w trakcie Rawy to jednorazowe wspólne koncerty tych wykonawców!

- Inny wymiar tej różnicy to również to, że w pierwszych latach musiałem przekonywać menedżmenty wykonawców do gry na Rawie. Musiałem tłumaczyć co to za festiwal, w jakich warunkach się odbywa. Teraz wystarczy powiedzieć, że chcemy żeby ktoś przyjechał na Rawa Blues Festival i dla menedżerów wszystko jest jasne. Gwiazdy z USA cenią sobie również to, że dostają z festiwalu doskonale zrealizowany materiał koncertowy, który może im służyć jako idealny środek promocji. W tym kontekście nawet między 20. a 30. edycją różnica jest na prawdę diametralna.

W 1992 padł też niepobity do tej pory rekord frekwencyjny - ponad 10 tysięcy fanów bluesa. Uważasz, że ten wynik jesteś w stanie wyrównać lub pobić? Co się stało z ludźmi, którzy wówczas jeździli na Rawę, jak widzisz potencjał wśród młodych słuchaczy?

- Słusznie zauważone - rekord frekwencji padł podczas pierwszej międzynarodowej edycji, co miało również swój kontekst względem tych środowisk które przestały współorganizować festiwal, twierdzących że jest to nieodpowiednia droga. Okazało się, że tamta edycja to był duży sukces, również finansowy. Tym śladem, żeby organizować w Spodku duże koncerty poszli również inni organizatorzy, ludzie mieli coraz większy wybór koncertów, nastał i na tym polu wolny rynek.

- Z perspektywy czasu uważam, że pewnym błędem było podzielenie festiwalu na dwa dni już rok później. Pomimo tego że zaproponowałem zamieszkanie w wielkim namiocie i bezpłatne poczęstunki na imprezie było po 4 tysiące na te oba dni. Z czasem również zainteresowanie bluesem zaczęło w Polsce systematycznie spadać, a i w środowisku bluesowym pojawiła się konkurencja, gwiazdy bluesowe zaczęły być częściej sprowadzane do Polski, zwłaszcza do Warszawy. A my, organizując Rawę mieliśmy naczelną zasadę, że zespoły zagraniczne grają u nas po raz pierwszy w Polsce. Z tego powodu musieliśmy kilkakrotnie odmówić wykonawcom, którzy chcieli u nas zagrać. Oczywiście w tym roku w związku z jubileuszem jednorazowo łamiemy tą tradycję, a to ze względu na ten retrospektywny charakter. Od kilku lat z kolei, przynajmniej na Rawie, obserwujemy pewien renesans bluesa i festiwalu, czego wyznacznikiem jest również na powrót wzrastająca frekwencja.

Tak jak mówisz, tegoroczna edycja ma charakter retrospektywny - od początku tak planowałeś, żeby zrobić takie "best of Rawa Blues"?

- Zaczęło się od sugestii mojej żony. Wspominaliśmy razem występy gwiazd i doszliśmy do wniosku że było kilka takich wyjątkowych występów gdy fani naprawdę szaleli z zachwytu. Wraz z osobami ściśle związanymi z branżą przystąpiliśmy do wyboru, który przyznam nie był łatwy. Po pierwsze wiele było takich występów, które spotkały się z bardzo pozytywnymi opiniami. Po drugie, kilka tych największych gwiazd które zagrały na Rawie już nie żyje. Wymienię tutaj przede wszystkim Juniora Wellsa, Koko Taylor, Carey Bella i Luthera Allisona. Co ważne, te największe gwiazdy zagrały na Rawie swoje najlepiej zrealizowane koncerty! To dzięki nagraniu z Rawy Luther Allison mógł pod koniec swojego życia wrócić z Paryża na chicagowską scenę bluesową i zdobyć jeszcze wszelkie możliwe amerykańskie nagrody bluesowe - tamtejsza branża dzięki temu koncertowi sobie o nim przypomniała.

- Marka Rawa Blues Festival ma również tę cechę, że koncerty są tutaj realizowane na naprawdę najwyższym poziomie, mocno przekraczającym to, co uznaje się za standard podczas koncertów bluesowych. Na tym polu nie tylko żaden koncert bluesowy w Polsce, ale i w Europie nie może się równać. W tym roku jeszcze bardziej zainwestowaliśmy pod tym względem - będzie zarówno nowe światło, jak i nowe nagłośnienie, a dodatkowo sprowadzamy specjalnie akustyka z Londynu, specjalistę od naprawdę trudnych rockowych koncertów, aby wydobyć z występów jeszcze więcej.

Od 30 lat dowodzisz Rawą jako jej organizator, niepokorny duch, twarz i głos festiwalu. Ale też od początku występujesz na scenie, w różnych konfiguracjach zresztą. Nie miałeś nigdy przez te 30 lat konfliktu pomiędzy Dudkiem-organizatorem a Dudkiem-gwiazdą Rawy?

- Kiedyś tak sobie założyłem, że dopóki będę miał coś do powiedzenia w bluesie to na Rawie będę występować. Nie raz musiałem odpowiadać na zarzuty, dlaczego co roku gram na Rawie. Przyznam, że temat jest dość trudny, ale odpowiadam na te zarzuty prosto - polecam samemu stworzyć takie warunki organizacyjne i techniczne, z taką aparaturą, światłem, dźwiękiem i potem gwarantuję że będziesz chciał samemu co roku grać! Jest tu jeszcze jedna ważna kwestia - to, czego wymagamy od innych artystów, aby materiał, który przygotowują na Rawę był wyjątkowy i w jakimś sensie premierowy, tak i również tego samego wymagam od siebie. To oznacza czasami zagranie nowej płyty, a czasami wystąpienia w nowym image'u.

W 2001 roku nie było cię w programie festiwalu, dlaczego? Czy faktycznie zabrakło cię wówczas na scenie?

- Tak to prawda, byłem po śmierci mojej córki, Dorotki...

Oglądając nagrania archiwalne i widząc poprzednie twoje występy i przede wszystkim reakcje publiczności chyba trudno byłoby sobie wyobrazić kolejny występ na Rawie bez Irka Dudka?

- Dziękuję za komplement, rzeczywiście po niektórych edycjach słyszę zdania w stylu "Irek byłeś najlepszy". To chyba wynika z umiejętności nawiązywania kontaktu z publicznością. Muszę powiedzieć, że na naszej scenie zagrało również wielu wybitnych muzyków, którzy są bardzo doceniani, ale których muzyka czasami nie trafiała do wszystkich słuchaczy w czasie koncertu. Reakcja publiczności to ważna rzecz, ale nie jedyny wymiar świadczący o danym artyście.

Dla niektórych to może dziwnie zabrzmieć, ale w tym roku Irek Dudek na Rawie Blues zagra... bluesa! Płyta "Dudek Bluesy", którą będzie promował w Spodku to przecież raptem trzecia bluesowa pozycja w twojej bogatej dyskografii...

- Tak, to dopiero trzecia stricte bluesowa płyta Dudka, a wynika to z mojego szacunku dla bluesa. Wiadomo że blues zrodził się nie w Katowicach, ale w Ameryce. I dlatego uważam, że nagrywanie płyty dla mnie powinno wiązać się z pokazaniem czegoś nowego w tym gatunku, gdy mam coś do powiedzenia w kategoriach międzynarodowych.

- Mój pierwszy bluesowy album to było nagranie Irek Dudek Big Band. Niestety w tamtych czasach nie był aż tak zauważony, pomimo swojej wyjątkowości. I to wyjątkowości zarówno artystycznej, bo był to Big Band nie grający z nut a improwizujący, jak i wyjątkowości organizacyjnej - bo nikt inny nie pozwolił sobie na prywatny 16-osobowy big band w czasach PRL. Druga płyta która powstała nieco przez przypadek, to Symphonic Blues. W 1993 z Lutherem Allisonem przyjechał jego europejski menedżer, Thomas Ruf. Ruf po koncercie Irek Dudek Symphonic Blues powiedział mi: "Muszę to wyprodukować na Zachodzie!". Namówił mnie na koncerty w Holandii i Niemczech. Zagrałem m.in. koncert w amsterdamskim Subway'u nagrywany przez niemiecką telewizję WDR. Ruf stwierdził że ten koncert nadaje się do wydania koncertowego albumu i tak też się stało. Jeszcze do niedawna WDR emitował to nagranie. Irek Dudek Symphonic Blues był już zatem sukcesem międzynarodowym.

Irek Dudek Symphonic Blues na Rawa Blues 1994:

- Teraz z "Dudek Bluesy" również mierzę wysoko. Mówiąc krótko - ja gram bluesa, a moi przyjaciele, z którymi nagrałem ten album i z którymi wystąpię na Rawie, na co dzień grają jazz. I na scenie Rawy zagramy razem, chcę przybliżyć blues do jazzu. Ponadto, widząc, że wszyscy polscy wykonawcy teraz koniecznie śpiewają po angielsku, ja pod prąd zdecydowałem się nagrać album po polsku.

- Tak więc dopóki mam pomysły dopóty na Rawie gram, ale kiedy stwierdzę że zabraknie mi pomysłu, to nie będę blokować sceny przed innymi wykonawcami. Póki co mam jeszcze sporo wyobraźni muzycznej.

Dziękuję za rozmowę.

- Ja również dziękuję i myślę, że dotrze on do wielu ludzi. Cieszę się, że dzięki takim niezależnym firmom jak Interia można również propagować bluesa. Polecam też zapytać innych, może niezależnych dziennikarzy i krytyków bluesowych, co sądzą o gwiazdach pojawiających się na Rawie i jak wg nich prezentuje się ten festiwal. My chcemy bluesa pokazywać jako muzykę dla ludzi, jako alternatywę w świecie ciągłego odgrywania tych samych "przebojów" przez gwiazdy i gwiazdeczki. A cytując wyniki badań, w Polsce do słuchania bluesa przyznaje się 20% osób. Nie możemy tej grupy lekceważyć.

Za pomoc w realizacji wywiadu dziękuję Remigiuszowi Orłowskiemu (RawaBlues.com).

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje