Reklama

Reklama

"Polska to bardzo interesujący kraj"

Piosenka "In The Shadow" to przebój, który zna chyba każdy. Utwór, pochodzący z przełomowej dla fińskiej grupy Rasmus płyty "Dead Letters" (2003), był do znudzenia grany przez wszystkie stacje radiowe i telewizyjne w Europie, co zaowocowało sprzedażą ponadmilionowego nakładu albumu. A Rasmus z zespołu szalenie popularnego w rodzimej Finlandii stał się gwiazdą europejskiego formatu. Dwa lata po premierze "Dead Letters", do sklepów trafiła płyta "Hide From The Sun" (2005), promowana przebojowym singlem "No Fear". Z okazji premiery nowego albumu oraz przyjazdu Rasmus do Polski na jedyny koncert, Artur Wróblewski rozmawiał z Eero Heinonenem, basistą formacji. Muzyk opowiedział o ciśnieniu związanym z nagraniem następcy kasowego "Dead Letters", jodze i medytacji, życiu w trasie i motylach, które ostatnio są w modzie wśród skandynawskich zespołów prezentujących bardziej przystępną odmianę gotyckiego metalu.

Wasz nowy album zatytułowany jest "Hide From The Sun" ("Ukryty przed słońcem"). Co kryje się za tym sformułowaniem?

Tytuł wymyślił Lauri [Ylönen - przyp. red.], nasz wokalista. To on pisze wszystkie słowa naszych piosenek. Wydaje mi się, że tytuł oznacza ukrywanie się przed ludzką ciekawością i presją, jaka ciąży na zespole. Odnosi się to przede wszystkim do Lauriego. To on jest twarzą zespołu.

Wspomniałeś o ciśnieniu, jakie ciąży na zespole. Czy było ono odczuwalne podczas nagrywania nowej płyty, następcy kasowego "Dead Letters"?

Reklama

Mieliśmy świadomość, że to dla nas bardzo ważna płyta. Ale podczas komponowania piosenek nie czuliśmy ciśnienia. Trochę nerwów było podczas nagrywania w studiu. Ale wrócę jeszcze do osoby Lauriego. To on jet frontmanem i chyba on najbardziej odczuwał stres związany z wydaniem "Hide From The Sun".

A jak fakt, że staliście się popularni, wpłynął na twoje życie? Czy podoba ci się sława i wszystkie sprawy z nią związane?

Oczywiście jest wiele pozytywnych aspektów bycia sławnym. Przyjemnie jest czasami zobaczyć się w telewizji czy przeczytać o sobie w prasie... Ale przecież nie z tego powodu zacząłem grać w zespole. To dla mnie tylko w pewnym sensie narzędzie. Za jego pomocą mogę zaprezentować moją muzykę jak największej ilości osób.

Na przykład teraz zagraliśmy trasę koncertową po Finlandii, która została wyprzedana. Na koncertach były tłumy. To bardzo przyjemne uczucie. Wydaje mi się, że to jest niezbędne dla zespołu, ale nie można się tym zachłysnąć.

Przeczytałem gdzieś, że jesteś wielkim orędownikiem medytacji i jogi. Czy to pomaga ci nie zachłysnąć się sławą?

Tak, rzeczywiście. Medytuję już od siedmiu lat. To naprawdę mi pomaga. Pozwala mi uspokoić się i zarazem zrozumieć innych ludzi. Ich oczekiwania. Moje własne pragnienia. Dzięki temu mogę unikać konfliktów z innymi. I unikać stresu.

Medytacja w pewnym sensie ma również wpływ na komponowanie przeze mnie muzyki. Wydaje mi się, że dzięki jodze nie jestem tak nerwowy. Nie ma we mnie złości, która kiedyś wpływała na moją grę na basie. Jestem bardziej zainteresowany pozytywnymi aspektami piosenek. To taki inny typ pozytywnych uczuć.

Mówisz o pozytywnych aspektach waszych piosenek. Ale przecież wasze utwory opowiadają o samotności, braku wiary we własne siły i śmierci...

Nasza grupa to wypadkowa naszych charakterów i zainteresowań. Za teksty odpowiada Laurie. Ja, jako basista, stoję raczej z tyłu. Nie oznacza to, że nie jesteśmy demokratycznym zespołem. Ale jak już powiedziałem, to Laurie pisze słowa piosenek. Musiałbyś zapytać jego o znaczenie naszych utworów.

Wspomniałeś, że graliście koncerty w Finlandii. Wkrótce wyruszacie na trasę po Europie. Jak podoba ci się życie w trasie?

Życie w trasie jest oczywiście zasadniczo różne od życia domowego, które jest bardzo stabilne i spokojne. Masz wokół siebie ludzi, których znasz i kochasz. Natomiast podczas tournee codziennie mieszkasz w innym hotelu, codziennie odwiedzasz nowe miejsca i poznajesz nowych ludzi. Z jednej strony nie ciąży na tobie aż taka odpowiedzialność, jak w domu. Z drugiej strony nie znajdujesz tyle bezpieczeństwa i spokoju...

Życie w trasie to także przebywanie z chłopakami przez cały czas. Ale ja to lubię. Wyskakujemy razem na obiady, do pubów i klubów. Łazimy po miastach, których wcześniej nie odwiedzaliśmy. No i przede wszystkim gramy koncerty. To bardzo interesujące.

Zdarzyło cię się coś nieprawdopodobnego podczas trasy koncertowej?

Przykro mi, ale niestety zawsze zapominam o takich rzeczach (śmiech). Dziwne i śmieszne wypadki zdarzają nam się bardzo często. Ale pamiętam, że kiedyś byliśmy w Kopenhadze. Siedzieliśmy sobie w jakimś barze i nagle podszedł do nas jakiś włóczęga. Wyglądał na bezdomnego. Podszedł do nas i swoim przepitym głosem zaczął nam śpiewać (tutaj Earo imituje "przepity" głos włóczęgi i nuci największy przebój Rasmus "In The Shadows") (śmiech). To było bardzo zabawne.

Na trasie zdarzają się pewnie również mniej przyjemne rzeczy. Jak wytrzymujecie razem zamknięci w tour-busie?

(śmiech) Nasz autobus, którym podróżujemy, jest jak łódź podwodna. Wiesz, siedzimy na bardzo małej przestrzeni. Ktoś ogląda film, ktoś inny czyta książkę lub słucha muzyki. I tak jest do momentu, kiedy nie dojedziemy do następnego miasta. Trzeba się po prostu do tego przyzwyczaić. Ale po pewnym czasie potrafię się do tego przystosować i nie mam z tym kłopotów.

Powiedz teraz kilka słów na temat waszej nowej piosenki "No Fear". Kiedy zadecydowaliście, że to będzie pierwszy singel?

Wydaje mi się, że od razu po nagraniu "No Fear" wiedzieliśmy, że to będzie singel promujący album. Kompozycja ma odpowiednią jakość. Jest chwytliwa, to po prostu bardzo dobry utwór popowy. Stwierdziliśmy, że może dobrze wprowadzać ludzi w klimat "Hide From The Sun". Łatwo ją zapamiętać.

Czytałem gdzieś, że to ostatni utwór, jaki nagraliście na "Hide From The Sun".

Może nie ostatni, ale na pewno jeden z ostatnich. Mieliśmy mnóstwo kompozycji i zastanawialiśmy się, które z nich trafią na album. I w jakiej kolejności poukładać je na płycie. A "No Fear" ćwiczyliśmy i opracowywaliśmy dosyć późno. Powstał dosyć prosty utwór, który łatwo wpada w ucho. Dlatego stał się pierwszym singlem.

Na płycie znajdują się również bardziej złożone kompozycje i różne style muzyczne...

Zawsze staraliśmy się, by nasza muzyka była bardzo różnorodna. Nie ograniczamy się do jednego stylu. Jednak zawsze nagrywamy w ten sposób, by nasze piosenki można było postawić w jednym szeregu. Nadajemy im wspólny motyw przewodni.

Stawiamy przede wszystkim na melodyjne linie wokalne i mocne riffy gitarowe. Chcemy je jednak urozmaicać, żeby nie zanudzić samych siebie i publiczności.

Pewnie nie jestem pierwszą osobą, która zadaje wam to pytanie... Na okładce "Hide From The Sun" widnieje motyl. Jak zareagowaliście, gdy usłyszeliście najnowszy singel HIM "Wings Of A Butterfly" ("Skrzydła motyla")?

(śmiech) To było dosyć zabawne! Postanowiliśmy, że motyl będzie motywem przewodnim naszej płyty i umieściliśmy go na okładce. I dokładnie tydzień po tym w radiu usłyszeliśmy nowy numer HIM. Przez moment nawet zastanawialiśmy się, czy nie powinniśmy zmienić okładki. Ale projekt już był gotowy i podobał nam się. Postanowiliśmy to zostawić. To naprawdę zbieg okoliczności. Dosyć zabawna sytuacja.

Jeszcze nie mieliśmy okazji pogadać z chłopakami z HIM na ten temat. Oni nagrywali płytę w Los Angeles, a my byliśmy Finlandii. Ale to nieważne. Postanowiliśmy to zostawić i nie przejmować się.

W listopadzie przyjeżdżacie do Polski. Czego powinni się spodziewać Polscy fani?

To będzie nasz pierwszy prawdziwy koncert w Polsce. Już nie mogę się doczekać. Polska to dla mnie bardzo interesujący kraj. Byliśmy już u was i daliśmy kilka wywiadów. Kiedy myślę o Polsce, to widzę kraj, który ma cechy państw środkowoeuropejskich i również państw bałtyckich. Poza tym macie nieprawdopodobną historię, z której możecie być dumni.

A na koncercie zagramy przede wszystkim piosenki z nowego albumu. Na występach prezentujemy prawie cały "Hide From The Sun". Nie zabraknie również naszych największych przebojów. Mogę zdradzić, że szykujemy również akustyczny set. Dla mnie to bardzo ciekawe grać piosenki w nowych, akustycznych aranżacjach. Zwłaszcza te stare kompozycje.

A jak widzisz dzisiaj swoje albumy, które nagraliście jeszcze jako nastolatkowie?

W pewnym sensie wciąż je lubię. Są pełne niewinności. To może zabrzmi komicznie, ale wtedy byliśmy bardzo pewni swoich umiejętności jako instrumentaliści i kompozytorzy. A tak naprawdę nie wiedzieliśmy zbyt wiele na temat muzyki. Dopiero zaczynaliśmy nagrywać i nie mieliśmy pojęcia o pracy w studiu.

Niemniej podchodzę do tamtych płyt z dużym sentymentem. Były niewinne, spontaniczne i wciąż je lubię.

Dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: kraje | koncert | przebój | śmiech | piosenki | the sun

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama