Reklama

Marcin Meller: Red Hotów słuchałem na imprezach, a oni jadąc na wojnę [WYWIAD]

Marcin Meller opowiedział o swoich upodobaniach muzycznych /materiały prasowe

Przez wiele lat był redaktorem naczelnym polskiej odsłony "Playboya", dziś często można go zobaczyć w TVN24. Jeden z najpopularniejszych polskich dziennikarzy opowiedział nam o swoich muzycznych wyborach. Rozmawialiśmy więc o twórczości Kazika, pamiętnym koncercie The Rolling Stones czy o sukcesach Maty. Zaczęliśmy jednak od jego pracy w radiu...

Marcin Misztalski, Interia: Jak wspomina pan swoją audycję radiową "Mellina" w Radiu Roxy?

Marcin Meller: - Geneza tej audycji była bardzo prosta. Kiedy szefem Radia Roxy został Mikołaj Lizut - dzisiaj pan producent filmowy, a wówczas dziennikarz - zadzwonił do mnie i zaproponował prowadzenie audycji. Mikołaj chciał zrobić radio z ambitną muzyką, w stylu, powiedzmy, brzmień znanych wtedy z Open'era. Dodatkowo chciał, bym robił tam ciekawe wywiady. Miałem kompletną wolność w prezentowaniu muzyki i mogłem sobie zapraszać, kogo tylko chciałem. Korzystałem z tego. 

Reklama

Prezentowałem płyty z różnych klimatów, które kupowałem sobie na całym świecie. Wtedy, jeżdżąc nawet na wakacje, wydawałem pieniądze na płyty kompaktowe z charakterystyczną muzyką dla danych regionów. Z czasem do audycji zacząłem zapraszać mojego zastępcę w "Playboyu", super dziennikarza muzycznego Rafała Księżyka. Rafał ma w domu tysiące płyt. Przeróżne, niektóre wręcz przedziwne. Pamiętam, że miał na przykład taki album DJ-ów z Singapuru, którzy nagrywali w stacjach nasłuchowych orkiestrę północnokoreańskich piekarzy.

Audycja cieszyła się popularnością?

- Słuchalność nie była jakoś wybitna. Pewnie między innymi dlatego zaczęły się dziać zabawne rzeczy. Któregoś dnia kierownictwo stacji zakomunikowało nam, żebyśmy nie puszczali kawałków dłuższych niż cztery minuty, a najlepiej nie dłuższych niż trzy minuty. Księżyk miał mnóstwo numerów, które trwały osiem minut. No więc zaczęliśmy sobie robić jaja na antenie z tych wytycznych. Zapytałem go kiedyś, jakie ma najdłuższe utwory w swoich zbiorach. Powiedział, że posiada album, który składa się z dwóch kawałków - każdy po godzinie. No więc postanowiliśmy je zaprezentować. Padło na noworoczną audycję, którą nagraliśmy wcześniej w tajemnicy. Uznaliśmy, że wszyscy będą na kacu i nikt z szefostwa nie będzie akurat słuchał Roxy. Zrobiliśmy to. Lizzy, czyli Mikołaj nie zrobił mi jakiejś piekielnej awantury z tego powodu, bo pewnie już wcześniej podjął decyzję, że mnie musi zwolnić.

Dlaczego musiał pana zwolnić?

- Bo były cięcia. W radiu było coraz mniej kasy. Lizzy wyszedł z założenia, że ja to sobie dam radę, bo mam inne prace. Zresztą wtedy pracowałem chyba jeszcze w "Playboyu", więc robotę w radiu traktowałem hobbystycznie. W Roxy zarabiałem skromnie. Zresztą i tak całe pieniądze, które Mikołaj płacił mi w radiu, wydawałem na płyty. Pamiętam, że po tym naszym noworocznym graniu zaczepiały mnie na mieście różne freaki i gratulowały audycji.

Wcześniej wspominał pan, że w audycji przeprowadzał też wywiady. 

- Nie miałem klucza, którym kierowałem się przy zapraszaniu gości. Generalnie zapraszałem znajomych, a że znałem dużo fajnych osób... Raz na przykład zaprosiłem Artura Domosławskiego, który właśnie wydał biografię Ryszarda Kapuścińskiego. Trzeci w studiu był dziennikarz Paweł Bravo, z którym znaliśmy się jeszcze z czasów licealnych. W trójkę gadaliśmy sobie przez kilka godzin o Kapuścińskim, tej książce i aferze, która w związku z nią wybuchła. Zapraszałem też muzyków offowych - np. z kapeli Muzyka Końca Lata. Ale z drugiej strony, kiedyś wpadł również Kazik. Żona podsunęła mi zespół 19 Wiosen, no to zaprosiłem chłopaków. Nie ukrywam, że moja żona miała duży wpływ na to, kogo zapraszałem. Grała kiedyś w kapeli rockowej, więc znała te różne, dziwne, alternatywne zespoły.

Wspomniany tutaj wcześniej Rafał Księżyk, ma na koncie kilka książek z wywiadami. Która jest pana ulubioną?

- "Desperado" - wywiad rzeka z Tomaszem Stańko. I to pomimo że od zawsze było mi bliżej do muzyki Kazika, T.Love czy Brygady Kryzys niż do twórczości Tomasza Stańki. Ale "Desperado" jako książka sama w sobie, jest po prostu wspaniała. Pamiętam, jak spotkałem kiedyś Stańkę, przedstawiłem mu się i powiedziałem, że pracuję z Rafałem Księżykiem. Stańko zaczął się śmiać i powiedział, że redaktor Księżyk wie więcej o nim, niż on sam o sobie... No i tak trochę było. 

Teraz przypomniała mi się jeszcze anegdotka o książce, którą Rafał robił z Muńkiem Staszczykiem. Wcześniej pojawił się inny wywiad rzeka z Muńkiem. Mówię więc do Rafała, że przecież ukazała się już książka o Muńku. "Spoko, spoko" - odpowiedział. Księżyk w ogóle się tym nie przejmował. Wiedział, że sam zrobi sto razy lepszą rozmowę. Podziwiałem go. Pracowaliśmy razem przez dziewięć lat w "Playboyu", następnie jeszcze przez dwa-trzy lata w wydawnictwie książkowym. I on zawsze wykonywał swoją robotę na sto procent, a później miał jeszcze energię, by działać po godzinach. Nie mam pojęcia, kiedy on to wszystko robił.

Jeśli już rozmawiamy o książkach. Pan swoją "Czerwoną ziemię" promuje zdjęciem, na której ma pan założoną koszulkę Kultu. Domyślam się, że nie jest to przypadek.

- Nie ma w tym przypadku, ale... trochę jest. Kupiłem tę koszulkę w 2019 roku podczas ich "pomarańczowej" trasy koncertowej. Kiedy jechałem do Afryki, to ją wziąłem, bo... po prostu była nowa. Myślałem o niej bardziej pod kątem Instagrama - fajnie, jak sobie zrobię gdzieś w Afryce zdjęcie w koszulce Kultu. Chciałem chyba zrobić fotkę i wysłać ją Kazikowi. Szczerze mówiąc - to, że zdjęcie jest u mnie tak wyeksponowane na profilu, to trochę przypadek. Wysłałem działowi promocji kilka moich prywatnych zdjęć z Afryki i oni wybrali akurat to. Najbardziej im pasowało do tytułu książki.

Kazika poznał pan pewnie dużo wcześniej niż na "pomarańczowej" trasie.

- Poznałem go bardzo dawno temu. Chyba w 1992 roku. Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Szedłem ze znajomym, który w pewnym momencie powiedział: "O, tam siedzi Kazik. Chodź, przedstawię ci go. Poznacie się". Kazik siedział w takim, nieistniejącym już, klubie jazzowym Akwarium na ulicy Emilii Plater w Warszawie. Wtedy spotkałem go po raz pierwszy. Nigdy nie byliśmy bliskimi kumplami, ale nasze ścieżki raz na jakiś czas się przecinały. Najpierw raz na kilka lat, a potem - chyba dzięki Księżykowi, a może dzięki jego wizycie w moim programie "Drugie Śniadanie Mistrzów", już dokładnie nie pamiętam - częściej.


Pamiętam na przykład taką sytuację, która miała miejsce w 2013 roku, kiedy byłem z moim synem na placu zabaw, a Kazik był tam z wnuczkami. Już wtedy znałem go na tyle, że odbyliśmy sobie luźną, fajną rozmowę. Później zadzwonił do mnie, kiedy był akurat w moim Reszlu - miasteczku na Warmii i Mazurach. Podjechałem do niego z dziećmi i spędziliśmy z jego znajomymi miło czas.

Przeczytałem gdzieś, że Kult to pana ulubiony zespół.

- Kult i T.Love to zespoły mojej młodości. Okej... bardzo ważny był też Maanam czy Perfect, ale to Kult został ze mną do dzisiaj. Nie dalej niż wczoraj jechałem samochodem i słuchałem składanki Kultu, którą nagrałem dla moich dzieci. Uwielbiam ich piosenki. Kawałek "Do Ani" to jeden z moich ulubionych numerów o miłości. Ich dyskografia broni się do dzisiaj. Lubię też sposób, w jaki grają na scenie. Trzeba pamiętać, że to jedna z najlepszych kapel koncertowych. Byłem na ich kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu koncertach i za każdym razem było świetnie. Po raz pierwszy widziałem ich na żywo chyba w 1986 roku w hali Gwardii. Widziałem ich też sto lat temu w Jarocinie.

Słynny festiwal w Jarocinie.

- To była kompletna oaza wolności. Nawet nie wiem, jak to dzisiaj wytłumaczyć i zobrazować, bo przecież mamy w Polsce setki festiwali muzycznych, które różnią się, tak naprawdę, tylko line-up'em. Wtedy było zupełnie inaczej. Działo się tam wszystko. Można było usłyszeć muzykę, na którą nie było szans trafić gdzie indziej. Pamiętam wyjątkowy koncert Kultu, na którym po raz pierwszy grali "Arahję". To było naprawdę niesamowite wydarzenie. Przed nimi grał zespół, który strasznie smęcił. Pod sceną były tysiące osób, ale wiele spośród nich przysypiało już w śpiworach, niektórzy się pukali, a inni jarali trawę. Kiedy wyszedł Kult to wszyscy oszaleli z radości. Zombie nagle ożyli. Koncert miał trwać godzinę, a trwał chyba ze trzy. W międzyczasie na scenę miał wejść inny zespół, ale cała publika zgodnie skandowała: "Wyp***dalać, wyp***dalać". Zrobiła się mała afera, jakiś artysta się obraził. Organizatorzy zostali postawieni pod ścianą, ale wiedzieli, że jeśli na scenę znów nie wyjdzie Kult, to publiczność rozniesie ten festiwal.

Kazik w pewnym momencie stał się dla władzy niewygodnym artystą? 

- Kazik chodzi własnymi ścieżkami. Ma swoje odjazdy. Był Świadkiem Jehowy, był fanem Korwina, jest ultra liberałem gospodarczym. Nie chce nic od państwa, ale niech państwo się też od niego odp***doli. Nigdy nikomu nie wchodził w tyłek, nikogo o nic nie prosił. Tak, jak w tym kawałku "Idę prosto, nie biorę jeńców żadnych". Oczywiście często się z nim nie zgadzam - na przykład nie podoba mi się jego podejście do ograniczeń pandemicznych. On był przeciwny. Była przecież ta akcja, że na koncertach Kultu nie będzie segregacji sanitarnych. Samo nazywanie tego segregacją sanitarną jest nieporozumieniem... nieważne. Każdy człowiek się myli. Ja też się przecież nieraz pomyliłem. Powiem tak: bardzo go szanuję.

Chciałem jeszcze porozmawiać o koncertach, bo to forma rozrywki, którą pan lubi.

- Tak, ale przyznaję, że muszę nadrobić zaległości koncertowe. Byłem niedawno na koncercie sanah. Poszedłem tam głównie dla mojej córki, która ją po prostu kocha. Z wiadomych powodów to pierwszy koncert, na który wybrałem się od dawna. Wcześniej z dziećmi zaliczyłem w celach edukacyjnych na przykład Dawida Podsiadło na Torwarze czy Darię Zawiałow w Stodole. 

Czasami wybieram takie kapele, których nawet na co dzień nie słucham, ale idę zobaczyć ich na żywo, bo wiem, że świetnie radzą sobie na scenie. Idę tam, by zobaczyć show. Podam przykład. Nie słucham Maty, słucha go mój syn - on w ogóle lubi hip-hop, ale gdybym miał bilety na jego koncert na Bemowie, to oczywiście bym tam poszedł. Miałem bilety na Podsiadłę i Taco Hemingwaya na Stadionie Narodowym, ale finalnie nie mogłem się tam wybrać z powodów osobistych. Taki koncert, który został mi w pamięci do dzisiaj, to na pewno The Rolling Stones w Pradze w 1995 roku. Na stadionie było 120 tysięcy ludzi, a Polaków było z 40 tysięcy, w związku z czym Praga tego dnia była biało-czerwona. Widziałem też Petera Gabriela w Rotterdamie. No i koncert totalny, czyli Red Hot Chili Peppers w Paryżu w 1999 roku.

Mata, o którym pan wspomina, to artysta, który czasami pojawia się w pana wypowiedziach.

- Pamiętam, kiedy wrzucił do sieci "Patointeligencję". Sprawdziłem ten numer kilka godzin po jego premierze. Nawet nie wiedziałem, że to syn tego Matczaka. Nic o nim nie wiedziałem. Po odsłuchu wiedziałem natomiast, że chłopak ma nieprawdopodobny talent do składania słów i że jego muzyka jest świetna. Później, gdy dowiedziałem się, że to gość z liceum Batorego i że ten klip robiły po części dzieci znajomych znajomych, to pomyślałem, że to będzie taka warszawkowata sprawa. A tu proszę, zrobił się hit pokoleniowy. Odpowiedź na pytanie dlaczego tak się stało może być ciekawym zagadnieniem dla socjologów. Zresztą, nie chodzi mi tylko o ten numer, ale o jego cały repertuar.

A jaki repertuar kojarzy się panu z wojną? Są takie utwory? Nieraz widział ją pan przecież z bliska.

- "Blood Sugar Sex Magik" Red Hotów to album, który kojarzy mi się z wojną. Gdy byłem w dawnej Jugosławii, to akurat spędzałem czas z Serbami, kiedy grzali silniki czołgów przed wyruszeniem na linię frontu. Chłopaki siedzieli na czołgach i puszczali sobie z boomboxa ten krążek. Dla mnie było to surrealistycznym doświadczeniem, bo ja Red Hotów słuchałem w Warszawie na imprezach, a oni jadąc na wojnę. Teraz to oczywiście kojarzy mi się wiele ukraińskich kawałków czy utwór Pink Floyd na bazie wokalu Andrija Chływniuka - "Hey Hey Rise Up".

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy