Reklama

Kuba Badach: Zaucha wyznaczył wektor muzyczny, po którym kroczyłem [WYWIAD]

Kuba Badach kultywuje pamięć trasą "Tribute to Andrzej Zaucha. Obecny" /Piotr Matusewicz/East News /East News

Chyba żaden inny polski artysta nie może się pochwalić takim początkiem kariery. Kuba Badach jeszcze jako dziecko występował u boku m.in. Andrzeja Zauchy czy Ryszarda Rynkowskiego, a parę lat później śpiewał w przeboju "Małe szczęścia". 45-letni wokalista wystąpił podczas Top of The Top Sopot Festival i opowiedział Interii m.in. jak współpracuje mu się z żoną, Aleksandrą Kwaśniewską tworząc premierowe piosenki.

Mateusz Kamiński, Interia: Spotykamy się w Sopocie, w Operze Leśnej - który to już twój raz na tej scenie?

Kuba Badach: - Zacząłem robotę w tej branży w 1988 roku i teraz musiałbym szybko nauczyć się dodawać i odejmować, ale nigdy tego nie potrafiłem. Już parę lat kicam po scenie i nie jest to pierwszy raz w Operze Leśnej, ale choć nie lubię tego słowa, to jest to miejsce magiczne, bo faktycznie takich amfiteatrów nie za wiele spotkamy. 

Twoim muzycznym patronem można nazwać Andrzeja Zauchę, kultywujesz po nim pamięć. Jak to z nim było?

Reklama

- On pojawił się w moim życiu w 1988 roku, wtedy trafiłem pod skrzydła najlepszego big-bandu jazzowego w Polsce - był to zespół Wiesława Pieregorólki. Miałem wtedy 12 lat. Byłem małym dzieciakiem w okularach w czerwonej oprawie i sięgałem wzrostem do lamperii, gdy zacząłem pracować z największymi muzykami w tym kraju. Stawałem na scenie czasami tworząc kwartety wokalne z na przykład Andrzejem Zauchą, Ryśkiem Rynkowskim, Mietkiem Szcześniakiem i ja byłem tym czwartym. Początki działalności zawodowej miałem niebywałe. Dla dzieciaka to w sumie niewiele znaczyło, bo wrażliwość, zaawansowanie emocji i tak dalej były na zupełnie innym poziomie. 

Po latach widzę, że tamte spotkania i to zetknięcie się z muzykami tak wielkiej klasy - muzycznej i pozamuzycznej odcisnęło na całej mojej drodze muzycznej bardzo mocną pieczątkę. I tak naprawdę płyta jazzowa Andrzeja Zauchy z 1987 roku nagrana z big-bandem Pieregorólki wyznaczyła wektor muzyczny, po którym nieświadomie przez wiele lat kroczyłem, po którym kroczę do dzisiaj, ponieważ to było idealne połączenie muzyki popowej, ale bardzo mocno osadzonej w stylistyce jazzowej i która bardzo dużo czerpie z jazzu, czyli - improwizacja, świadomość harmonii i świadomość budowania melodii oraz znalezienie idealnego balansu pomiędzy muzyką popularną, a ambitną muzyką jazzową stało się dla mnie jakimś podświadomym głównym celem i staram się do tego dążyć cały czas.

Jak ci się wydaje - dlaczego ta muzyka wciąż żyje w odbiorcach, także tych młodych?

- Odpowiedź jest bardzo prosta - w 2009 roku nagraliśmy po prostu genialną płytę (śmiech) pod tytułem "Tribute to Andrzej Zaucha. Obecny" i ona w pewnym sensie okazała się takim wytrychem do młodego pokolenia, bo nasze wersje tych utworów - mówię nasze, bo płytę współtworzyłem od strony koncepcji muzycznej z Jackiem Piskorzem i ze wspaniałymi kolegami, którzy nam towarzyszyli -  sprowokowały tych młodych słuchaczy, którzy nie znali Andrzeja Zauchy do tego, żeby sięgnąć do jego twórczości. Po latach okazało się, że faktycznie te utwory w cudowny sposób wytrzymują próbę czasu, a dzieje się to dzięki temu, że są skonstruowane według bardzo prostej formuły. Mają świetne słowa i bardzo dobre melodie okraszone bardzo dobrą harmonią. To są po prostu świetnie skonstruowane piosenki posiadające ten idealny balans pomiędzy muzyką łatwo przyswajalną, a jednak ambitną. 

To nie są rzeczy zbudowane na czterech akordach i z melodyjką na jednym dźwięku, tylko posiadające jakiś rodzaj opowieści i okazuje się, że te opowieści cały czas trafiają do ludzi, wzruszają i pozwalają przeżywać tę historię na nowo i w nieskończoność. Wiele utworów, które Andrzej Zaucha miał w swoim repertuarze, w Stanach nazywano by evergreenami.

Czy myślałeś, żeby porzucić ten projekt związany z Zauchą i rozpocząć coś nowego skupionego na innym artyście, którego już z nami nie ma?

- Nie, bo bardziej się skupiłem na tym, żeby wrócić do komponowania i prezentowania publiczności swoich kawałków. To mi się udało przy płycie "Oldschool", która była dla mnie też pewnym nowym rozdziałem, bo autorską płytę solową udało mi się wydać w wieku 41 lat. I myślałem po "Oldschoolu", że będę szedł w tym kierunku, gdy okazało się, że cały czas jest tak wielkie zapotrzebowanie na projekt "Tribute to Andrzej Zaucha. Obecny". Rozstałem się z nim już dwu albo trzykrotnie, ale nie jesteśmy w stanie przestać tego grać, bo ludzie bardzo chcą słuchać tych utworów w naszej wersji, a my dzięki tej jazzowej formule znaleźliśmy też chyba jakiegoś Świętego Graala muzyki. Dzięki tym improwizacjom i możliwości wyginania tych utworów za każdym razem na każdym koncercie w nową stronę, możemy je odkrywać na nowo i one się po prostu nie starzeją.

Nad piosenkami pracujesz z pomocą żony, Aleksandry Kwaśniewskiej, która pisze teksty. Jak czujesz się dzieląc z nią nie tylko te codzienne, ale też zawodowe sprawy?

- Zawsze mi się wydawało, że połączenie rodziny i pracy zawodowej nie wychodzą, ale tutaj na tym poziomie twórczym wychodzi nam to w sposób tak znakomity i tak bezkonfliktowy, skuteczny, że planujemy to kontynuować. W czasie pandemii Ola napisała polską wersję do słów wielkiego standardu "Learning the Blues", który zaśpiewałem z Mattem Duskiem. Później dostaliśmy propozycję stworzenia utworu do animacji Pixara "Soul. Co w duszy gra". Filmu, który dostał dwa Oscary, a my stworzyliśmy utwór do polskiej wersji językowej i Ola napisała tekst-arcydzieło. To wyszło nam bardzo sprawnie, bardzo naturalnie, więc zachęceni tymi sukcesami chcemy to kontynuować, bo po prostu dobrze nam to wychodzi. Mam świetną tekściarkę pod jednym dachem! 

Czyli spodziewać się jakichś efektów w najbliższym czasie?

 - Nie ma daty premiery, ale pracujemy już nad nad nowymi rzeczami, także niedługo mam nadzieję jakieś owoce się pojawią. 

We wrześniu wystąpisz znów z Poluzjantami. To zapowiedź waszego powrotu, czy jednorazowa akcja?

- Poluzjanci to jest zespół, który ma niesamowitą historię i jedną cechę, która się przebija przez lata, mianowicie z tym zespołem nie wychodzi żadne planowanie. Jak tylko sobie coś zaplanujemy, to wszech świat pokazuje nam zupełnie inny kierunek i czasami jest to wesołe, a czasami to bardzo smutne i tragiczne, bo 6 lat temu odszedł nasz gitarzysta, współzałożyciel zespołu i cudowny człowiek, Przemek Maciołek. Od tamtej pory zagraliśmy tylko jeden koncert i nie przyniósł on nam radości. Bardzo brakowało Przemka i w naturalny sposób stwierdziliśmy, że po prostu na razie trzeba przestać grać. Teraz dajemy sobie szansę i wracamy - 16 września na Jazz Around Festival na Opolszczyźnie w okolicach pięknego pałacu w Mosznej. Będziemy tam grali po raz pierwszy po sześciu latach i później zobaczymy, co będzie dalej. Jeżeli ten koncert dojdzie do skutku i zagramy, to uznam to za wielki sukces i znak, że możemy dalej coś pokombinować, bo jesteśmy stęsknieni i głodni grania.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL