Reklama

Igor Herbut: Na nowo uczymy się wdzięczności [WYWIAD]

Igor Herbut prezentuje solowy debiut /Jacek Poremba /materiały prasowe

- Wiedziałem, że komercyjne radio raczej nie pochyli się nad tą muzyką - mówi o swojej pierwszej solowej płycie Igor Herbut. "Chrust" to intymny i osobisty zapis stawania się ojcem, bo jak przyznaje, największą inspiracją tego albumu jest właśnie jego syn. Lider zespołu LemOn opowiedział nam m.in. o pracy nad debiutem, o swojej nowej życiowej roli oraz o tym, za czym najbardziej tęsknił w czasie społecznej izolacji.

Reklama

Justyna Grochal, Interia: Odnosząc się do sytuacji związanej z radiową Trójką, napisałeś o swojej drodze od chłopaka sprzedającego dekodery po muzyka odnoszącego sukcesy. Czy jesteś zadowolony z tego, jak potoczyła się twoja kariera muzyczna?

Igor Herbut: - Nagrałem płytę i wierzę, że jest wspaniała. Dla mnie to dziwne, kiedy ktoś nie jest zadowolony ze swojej pracy, z czegoś, co stworzył. Nie chodzi o jakiś brak skromności, bo ja mam w sobie dużo pokory i jestem skromnym człowiekiem. Faktycznie z LemOn robiliśmy różne rzeczy, często skrajne. Ale i tak mamy wielki kredyt zaufania.

Reklama

Stworzyłem płytę solową, w pełni samodzielnie, bez żadnego producenta. To jest Igor Herbut, moje imię i nazwisko, i nikt poza mną się tam nie kryje. Jestem zadowolony z tego, jaka ta płyta jest, pod wieloma względami. Jest szczera, intymna i prawdziwa przede wszystkim dzięki mojemu synowi, który jest największą inspiracją tego albumu.

Prawdziwość historii i pokonanie kilku poprzeczek, które sobie sam postawiłem jako wokalista, muzyk, człowiek i tekściarz sprawiają, że jestem bardzo dumny. To chyba pierwsza płyta, na której wszystkie utwory mi się podobają (śmiech). Myślę, że nie ma nic złego w tym, aby chwalić się tym, co stworzyło się nie ot tak, a jednak przy dużym nakładzie pracy i z dużym trudem. To wymagało wiele umiejętności i niegłupich myśli. I będę bronił tego mojego muzycznego dziecka. A skoro dowiaduję się, że to pomaga i trafia w serca i głowy słuchaczy, to oznacza, że taka muzyka jest potrzebna. W ogóle muzyka jest lekiem i cieszę się, że moja też trafia do ludzi.

Z pewnych źródeł wiem, że fascynuje cię muzyka islandzka. I to można odczuć na "Chruście", da się usłyszeć te północne wpływy. Mimo to, ma wrażenie, że to jedyny rodzaj chłodu, jaki odnajdziemy na twojej płycie, która jest bardzo jasna, ciepła i kipiąca emocjami.

- Dziękuję ci, to bardzo ciekawe i miłe. Dla niektórych na tej płycie jest za dużo emocji. To może być dość przytłaczające i trudne w odbiorze - zdaję sobie z tego sprawę. Ale taki jestem i muszę z tym nadmiarem emocji żyć na co dzień (śmiech). Chciałem po prostu pokazać siebie. To jestem ja. Faktycznie jest na niej dużo przestrzeni. Nigdy nie byłem na Islandii, marzę, żeby się tam wybrać. Jest to ciekawa muzyka i piękna przestrzeń. Myślę, że to są takie podświadome inspiracje. Uwielbiam Bjork, uwielbiam Sigur Rós. Jonsi ze swoim Sigur Rósem zagrali jeden z najlepszych koncertów, na których w życiu byłem. Bardzo wyjątkowy.

Gdzie to było?

- W Warszawie, w Parku Sowińskiego. Deszcz i tak niesamowity klimat. Jonsiego nie było widać, tylko jego kontur. Dla mnie ten ambient i ten bardzo inspirujący kolor, który oni tworzą, sprawiają, że ich muzyka jest bardzo metafizyczna i uduchowiona. To trochę pomaga mi tworzyć moją muzykę, która jest zdecydowanie prawdziwa. Jest inna niż LemOn, bo jednak LemOn to zbiór gości, wrażliwości, technicznie innych sytuacji. A na "Chruście" jestem ja i można mnie odczytać z tego albumu bardzo dosłownie. Ale jest też kilka interpretacyjnych rzeczy do oszukania. A poza tym ta płyta jest miła i jest w niej, jak powiedziałaś, dużo ciepła.

Ktoś w jednej z recenzji napisał, że na "Chruście" cisza jest jakby dodatkowym instrumentem. Celowo sterowałeś tym elementem podczas pracy nad płytą?

- Ja bardzo długo myślałem, że ten album będzie instrumentalny, bez mojego wokalu. Co dla niektórych pewnie byłoby plusem (śmiech). Ja bardzo lubię muzykę ilustracyjną. Po tym, jak dowiedziałem się, że zostanę ojcem, zacząłem pisać "jaśniej". I jak już nim zostałem, to palce zaczęły się po prostu inaczej układać, moja myśl i słuch trochę narodziły się na nowo.

Dla mnie muzyka, którą tworzyłem na "Chrust", miała treść mimo braku tekstu. Długo myślałem, że tak zostanie, ale postanowiłem, że jednak dopiszę teksty. Uważam, że dobrze zrobiłem. To może być łatwiejsze interpretacyjnie, ale  jednocześnie pozwoliłem sobie na kierunki instrumentalne, które mogą wprowadzić słuchacza w krainę, do której chciałem go zabrać. Zdania, w które to ująłem, można interpretować czasem bardzo prosto, takie, jakimi one są, ale czasami bardzo szeroko i po swojemu. A poza tym chciałem też trochę moje wściekłe ego połechtać i zaspokoić tym, że potrafię jeszcze napisać teksty (śmiech). To była dla mnie taka poprzeczka do pokonania.

Po przesłuchaniu twojej płyty nasunęła mi się myśl, że to album dość bezkompromisowy. Utwory na "Chruście" nie są radiowe, trwają nawet ponad 8 minut.

- Zgadza się. Tak czułem po prostu. Nie naginałem się, nie było potrzeby tworzenia radiowych wersji. Wiedziałem, że komercyjne radio raczej nie pochyli się nad tą muzyką. Aczkolwiek jest tam jeden utwór, który jest najbardziej piosenkowy i dziwi mnie, że żadne radio się nim bardziej nie zainteresowało. Mówię o "Wdzięczności", która jest teraz często udostępniana, cytowana w różnych miejscach.

Piosenkę "Wdzięczność" i jej przesłanie można odnieść do tego, co dzieje się obecnie w związku z pandemią.

- Tak, jest kilka zdań, które można poprzez tę nową, wyjątkową sytuację interpretować zupełnie inaczej. To jest bardzo ciekawe i inspirujące. Dla mnie jako twórcy tego albumu i po prostu człowieka jest to naprawdę fantastyczne. Ja bym oczywiście chciał, żeby ktoś mógł posłuchać tej płyty, zobaczyć, jak jest wydana, postawić sobie na półce. Żeby była takim symbolem czy wspomnieniem czegoś, co się teraz dzieje, czegoś dobrego, czegoś, o czym być może zapomnieliśmy, a teraz mamy możliwość docenienia tego z powrotem. Uczymy się na nowo wdzięczności.

Wiele też sobie uświadamiamy.

- Uświadamiamy sobie to, co - w tym naszym biegu - zostawiliśmy gdzieś po drodze. I wydawać by się mogło, że to, co było nam dane, było czymś naturalnym. Tak jak chrust - suche, liche, leżące w lesie naszych emocji, naszego życia. Uśmiech, miłość, przyjaźń, wolność, swoboda, myśl, emocja. Te elementy, ten chrust, najlepiej rozpala ogień i daje ciepło. I to jest właśnie potrzebne w naszym ognisku, czyli w nas, w naszym świecie.

Wynotowałam sobie z utworu "Wdzięczność" fragment: "To wątpliwości niszczą więcej naszych marzeń niż małe wielkie katastrofy". Jestem ciekawa, czego ty się bałeś i jakie obawy powstrzymywały ciebie przed działaniem?

- Muzycznie nie za wiele, pewnie stąd te moje skoki i próbowanie. Ale cieszę się, że próbowałem i sięgnąłem różnych elementów muzyki, bo dzięki temu znalazłem swoją drogę. Niektórzy nie mają możliwości popełniania błędów, a to one nas uczą i dzięki nim jesteśmy tutaj, gdzie jesteśmy. Jestem raczej wycofanym gościem, chociaż wychodząc na scenę, jestem ekspresyjny, dzielę się emocjami i otwieram.

Teraz inspiruję się jeszcze bardziej pięknem, uśmiechem, miłością. Jestem w zupełnie nowym świecie - jako ojciec. Na to, że zrobiłem swoją solową płytę, pracowało kilka elementów - chociażby moja trasa solowa. To dało mi dużo odwagi. Zagrałem w kilkunastu pięknych teatrach, od najmniejszych po takie, jak Teatr Roma. Poczułem, że to, co robię, jest istotne dla ludzi i dla mnie. Te ponaddwugodzinne koncerty, podczas których byłem sam na scenie, grając na pianinie, wytwarzały niesamowite emocje. To mi dało dużo siły do tego, żeby stworzyć ten album, opowiedzieć swoją historię i wpuścić słuchacza trochę bliżej.

Miniony rok przyniósł ci wiele nowości, w tym tę największą - ojcostwo. Maj to dla was pierwszy Dzień Matki, w czerwcu ty po raz pierwszy będziesz świętował Dzień Ojca.

- Ciekawe jest to, że Małgosia [partnerka Igora - przyp. aut.] bardzo lubi "Chrust". Lubi go słuchać w różnych miejscach, nawet trenując! To jest dla mnie nie tyle niekomfortowe, co zastanawiające, bo ona naprawdę często słucha tego albumu. Nigdy wcześniej tak często nie słuchała moich płyt. Więc może ten album jest dobrym prezentem na Dzień Matki. Serdecznie go państwu polecam (śmiech).

Czyli peszy cię słuchanie własnych piosenek?

- O! To jest właśnie to słowo! Trochę mnie peszy to takie wspólne słuchanie. Ale, tak jak mówiłem, lubię ten album. Ostatnio nawet włączyłem go sobie, podpisując płyty dla tych, którzy je zamówili. Dobrze mi się do niego wraca. To ja jestem pierwszym recenzentem i słuchaczem tego, co zrobię. Mnie się to musi podobać. A myślę, że słucham dobrej muzyki - prawdziwej, szczerej. Jestem oczywiście mocno krytyczny, ale to dobrze, bo dzięki temu jest to album przemyślany. Oczywiście nie dla wszystkich - mam tego świadomość - ale jednak znajdują się ci, do których trafia.

Nikt nie jest w stanie zadowolić wszystkich.

- Jasne, że tak. Oczywiście chciałoby się, żeby ta muzyka docierała do wszystkich, podobała się i żeby ją zrozumiano. Jest we mnie jakaś łapczywość, choć oczywiście uczę się bycia wdzięcznym za wszystko, co mam i za to, gdzie jestem. Staram się inspirować ludźmi oraz tym, co się dzieje wokół, żeby tworzyć lepiej i się rozwijać. I myślę, że ten mój rozwój jest odczuwalny.

Wiem, że masz obecnie ograniczone możliwości, by to zweryfikować, ale czy zauważasz, że wraz z wydaniem solowego debiutu zmienił się, czy poszerzył, krąg twoich odbiorców?

- Tak, jest inny. LemOn i Igor Herbut mają innych słuchaczy. To jest bardzo ciekawe i inspirujące. Pojawiają się opinie od "wolałam żywsze, radiowe piosenki" po "jest to zdecydowanie bardziej przemyślane, poetyckie". Ludzie często pytają mnie o tę warstwę ilustracyjną, zauważają, że jest jej więcej. Myślę, że takim mostem dla tych dwóch "wysp" jest to, że nie będę musiał niczego sobie udowadniać, robiąc piątą płytę LemOn - przyjemną, piosenkową, ładną, radiową. Bo się - nie ukrywam - stęskniłem za radiem komercyjnym.

Sferę, w której pewnie masz wiele do udowodnienia sobie i nie tylko, jest wspomniane już ojcostwo. Myślałeś o tym, jakim ojcem nie chciałbyś być?

- Mam odpowiedź na to pytanie, ale nie mogę ci jej zdradzić (śmiech). Ja po prostu chciałbym, żeby Kai był szczęśliwy. I chciałbym go "nie zepsuć". To jest najwspanialsza "karta" do zapisania. Jest oceanem miłości. To on mi pokazuje, jaki jest świat i uczy, czym jest uśmiech całym sobą. Myślę, że wielu dorosłych o tym zapomina - jak śmiać się całym sobą. Chyba tylko dzieci to potrafią. Wydawać by się mogło, że to taki prosty element. Jest mnóstwo rzeczy, które zauważam dzięki niemu.

Był Igor, a teraz jest jeszcze tata Igor, który się narodził razem z synem.

- Tak, człowiek rodzi się na nowo. Chciałbym, żeby ten mój piękny chłopak szedł swoją drogą. A gdy będzie potrzebował pomocy, to ja zawsze będę, tak jak to mówię w utworze "Jasny". I chyba tyle.

A czy te pierwsze kroki, których - dzięki społecznej izolacji - masz szansę być świadkiem, już zostały postawione?

- Jeszcze nie, ale cieszę się, że je zobaczę. Bo tego się najbardziej bałem - że mnie to ominie, bo będę w trasie. To miał być najpiękniejszy rok, ale też najtrudniejszy sytuacyjnie, wiele się miało dziać.

To pokazuje, że wszystko ma dwie strony. Obie mają swoją wartość, ale trzeba umieć to dostrzec.

- Tak. I trzeba umieć wybierać. To jest element dorosłości. Trzeba wybrać i liczyć się z konsekwencjami, ale też ich profitami. To też jest rzecz, której się teraz uczę - świadomych wyborów. Oczywiście wielu rzeczy się boję, ale takie właśnie jest życie.

Słuchałam, jak ostatnio w wywiadzie mówiłeś o swoim 100-letnim pianinie od Włodka Markowicza. Przypomniała mi się piosenka Samphy "No One Knows Me (Like the Piano)".

- Genialne to jest! Wspaniałe! Szkoda, że ja tego nie napisałem (śmiech).

To 100-letnie pianino jest takim twoim powiernikiem? Terapeutą?

- Na pewno. Ale taką terapią dla muzyków jest też scena. Dlatego teraz człowiek czuje się trochę jak na jakimś odwyku. To jest bardzo ciekawe, bo jest to zarówno terapia, jak i narkotyk. Ten paradoks zawarty w jednej kapsułce jest czymś, czemu jako muzycy, artyści oddajemy życie.

I jak sobie na tym odwyku radzisz?

- Na szczęście jestem otoczony miłością i rodzinnym ciepłem. To pomaga. Oczywiście tęsknię za sceną i za ludźmi, tak fizycznie też. Emocje zazwyczaj wylewają się na scenie, teraz czasami wylewam je w postach - może to nie za dobrze (śmiech). Ale raczej staram się przekuwać je w miłość i śmiech. Mam nadzieję, że dzięki temu powstanie jakaś nowa muzyka.

Kiedy pisałem tekst do mojego #hot16challenge2, pozwoliłem sobie na taki strumień myśli. Byłem ciekawy, co powstanie. Czasami lubię tak na siebie popatrzeć z boku. Przeczytać to, co napisałem i zobaczyć, co mam w głowie. Zazwyczaj nie wyrzucam tego do śmieci, bo jest to zapis jakiegoś momentu mnie w życiu. Czytam teraz książkę "Mag". Jest tam bohater, który pisze listy i podchodzi do tego trzykrotnie. Dla mnie to jakaś nowość. Nigdy mi się nie zdarzyło, by coś, co napisałem, podrzeć i wyrzucić. Nie wiem, czy to dobrze (śmiech)

Jesteś zaskoczonym tym, ile osób obejrzało twoje #hot16challenge2?

- Tak, ale i przerażony. Ponad 600 tysięcy odsłon - to więcej niż moje klipy "Tańczmy" i "Ro" razem wzięte. To jest trochę smutne, ale ciężko rywalizować z tym gatunkiem muzyki. Dla mnie to kilka nowych myśli, inspiracji i spostrzeżeń.

Rap jest niezwykle popularny w naszym kraju, ale tu chyba jest to kwestia fenomenu czy popularności zjawiska. Tego, jak szerokie kręgi zatoczył ten łańcuszek.

- Co jest i pokrzepiające, i nie. Idziemy z falą, trudniej jest wtedy zobaczyć to, co jest z boku i odkrywać. To pokazuje że można albo wykorzystać to, co się teraz niesie, albo robić swoje i mieć nadzieję, że będzie to miało moc dotarcia do słuchacza. Tak jak u mnie, bo jestem jednak dość staroświecki. Ja lubię mieć płytę fizycznie na półce. Lubię rytuał gramofonu. Internet potrafi mnie czasami przytłoczyć, ale szukam pozytywów. Tak, jak napisałem - "byłem, będę dobrej myśli". 

***Zobacz także***

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Igor Herbut | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje