Reklama

Hammerfall przed koncertami w Polsce: Witaj w centrum piekła

W połowie sierpnia do sprzedaży trafił nowy album Hammerfall - "Dominion". Z końcem stycznia 2020 roku zespół wyruszy w europejską trasę koncertową, promującą to wydawnictwo. W jej ramach grupa wystąpi w Polsce na dwóch koncertach.

Joacim Cans (Hammerfall) w akcji

Jeszcze przed premierą "Dominion" wokalista Hammerfall Joacin Cans opowiedział nam m.in. o kulisach nagrywania płyty, szwedzkiej scenie metalowej lat 90., polskiej publice i współczesnej polityce.

Reklama

Kamil Downarowicz, Interia: Czego możemy spodziewać się po jedenastym albumie Hammerfall "Dominion"?

Joacin Cans (Hammerfall): - Będzie to z pewnością Hammerfall w takim wydaniu, za jakim tęsknią nasi fani z całego świata. Muzyka, która trafiła na naszą najnowszą płytę, została wykuta ze szlachetnych kruszców i jest owocem ciężkiej i zaangażowanej pracy wszystkich członków zespołu. Weszliśmy do studia ze świeżymi głowami i chęcią nagrania czegoś wyjątkowego. Według mojej osobistej opinii będzie to też najbardziej brutalny album w całej naszej dyskografii. Mówiąc prostym językiem, "Dominion" skopie wam tyłki, lepiej przygotujcie się na to już teraz! (śmiech). Nie będzie to też z pewnością wydawnictwo koncepcyjne, to dwanaście osobnych utworów, opowiadających różne historie.

Widziałem już okładkę płyty, której autorem jest Samwise Didier. Grafika przedstawia potężnego demonicznego rycerza w otoczeniu ognia i skał.

- Tak, jesteśmy w końcu zespołem heavy metalowym i uwielbiamy takie klimaty. Okładka "Dominion" mówi wprost - witaj w samym centrum piekła... i baw się dobrze. Owy rycerz symbolizuje także siłę i agresję, czyli elementy, na których opiera się tworzona przez nas muzyka.

Ponownie zaprosiliście do współpracy producentów Fredrika Nordströma i Jamesa Mitchela. Stawiacie na ten duet od lat. Traktujecie ich już jako członków zespołu? Co prawda nie występują oni z wami na koncertach, ale mają olbrzymi wpływ na brzmienie Hammerfall.

- Czy traktujemy ich jako część naszego składu? Nie ująłbym tego w ten sposób. Są to po prostu osoby, którym w stu procentach ufamy, i które znają nas od dawna i jeszcze nigdy nas nie zawiodły. Ci goście wiedzą, czego od nich oczekujemy, co lubimy, a czego nie znosimy. Zawsze dostarczają nam rozwiązania i pomysły najwyżej jakości.

Jeśli coś działa tak dobrze, czemu mielibyśmy zmieniać tę sytuację? Fredrik Nordström założył jeszcze w latach 90. własne studio, które ma niezwykłą renomę. Jest inżynierem dźwięku, muzykiem i wokalistą. Zna się znakomicie na swojej robocie. Mamy prawdziwe szczęście, że możemy z nim współpracować. Tak samo, jak z Jamesem. Jesteśmy zgraną drużyną, która odnosi sukcesy. Żadne "transfery" nie są więc nam potrzebne.

Płytę będzie promować trasa koncertowa i seria specjalnych koncertów. Jestem pod wrażeniem, odwiedzicie USA, Kanadę, Kolumbię i Europę, zaliczycie mnóstwo występów. Czy na koncertach, które odbędą się przed premierą "Dominion", będzie można usłyszeć wasze nowe kawałki?

- Na razie gramy tylko jeden premierowy utwór. Mowa o "(We Make) Sweden Rock". Resztę zaczniemy grać dopiero po 16 sierpnia. Wiesz, musimy jeszcze przećwiczyć wykonywanie nowych kompozycji na żywo. Do tego trzeba usiąść na spokojnie zastanowić się nad setlistą. Wbrew pozorom to nie jest taka łatwa sprawa. Wydaliśmy już jedenaście albumów, to naprawdę cała masa utworów, wśród których możemy szperać. Zdajemy sobie też doskonale sprawę, że nasi fani mają swoje ukochane kawałki, które chcą usłyszeć. Musimy w nie wpleść te nowe i jakoś zamknąć to w sensowną i satysfakcjonującą całość.

"(We Make) Sweden Rock" jest także pierwszym singlem promującym "Dominion", który można traktować jako swoisty hołd złożony szwedzkiemu hard rockowi i metalowemu środowisku z twojego kraju. Skąd w was taka potrzeba uhonorowania kolegów po fachu?

- Cóż, jak sam zauważyłeś, pochodzimy ze Szwecji i jesteśmy zanurzeni w jej kulturze. Muzyka metalowa jest jednym z przejawów tej kultury. Tworząc "(We Make) Sweden Rock", chcieliśmy podkreślić, jak wielki wpływ miały na nas zespoły takie jak m.in.: Heavy Load czy at The Gates. Gdyby nie one, bylibyśmy jako ludzie i jako artyści pewnie w zupełnie innym miejscu.

Na początku lat 90. szwedzka scena metalowa czy heavy metalowa/hard rockowa miała swoje własne brzmienie, była czymś odrębnym, wyjątkowym. Chcieliśmy przypomnieć o tym światu. Chodzi nie tylko o zespoły, ale o całą scenę, rynek, kluby, ludzi, którzy nas ukształtowali. To naprawdę wspaniałe, że możemy się dzisiaj za to wszystko w jakiś sposób odwdzięczyć.

Niedawno czytałem pewien wywiad, gdzie Kerry King opowiadał o utworach Slayera, których szczerze nie znosi. Czy też masz kawałki Hammerfall, których nie jesteś w stanie słuchać, a tym bardziej grać na żywo?

- Przyznam, że mam kilka swoich ukochanych numerów z całej naszej dyskografii, jak np.: "Hammer High" czy "Last Man Standing". Mam też, oczywiście, kompozycje, które lubię mniej... ale żebym szczerze nie znosił którejś z nich... raczej nie. Trzeba kochać wszystkie swoje dzieci (śmiech).

Ostatnio spotkałem się z opiniami, że muzyka metalowa jest dużo bardziej popularna w Europie niż w Stanach. Niektóre zespoły uznawane na Starym Kontynencie w Ameryce sprzedają się słabo i na ich koncerty przychodzi coraz mniej ludzi. Potwierdzasz te obserwacje?

- Jako Hammerfall nigdy nie skupialiśmy się na USA i nie analizowaliśmy tego. Byliśmy w Ameryce na trasie w 2016 roku z zespołem Delain i na indywidualnej trasie w 2018. Mogę tylko powiedzieć, że każdy stan trzeba traktować osobno. Ameryka to gigantyczny kraj, w którym promocja muzyki nie jest rzeczą łatwą. Mogą cię kochać np. w Bostonie, a w LA jesteś zupełnie anonimowy. Trzeba się pogodzić z taką sytuacją i naprawdę ciężko pracować, aby odnieść tam sukces.

W 2020 roku zagracie również dwa koncerty w Polsce.

- Dokładnie. I szczerze powiedziawszy nie mogę się tego doczekać! Mówię bez ściemy, uwielbiamy grać w Polsce. Macie niesamowitą publikę, która niezwykle żywiołowo reaguje na wszystko, co robimy na scenie. Dla takich ludzi kochamy grać.

Zmieńmy temat. W niedawnych wyborach do europarlamentu wygrała w Polsce partia, która w swojej kampanii mówiła o tym, że w Szwecji są specjalne strefy szariatu, gdzie nie obowiązuje szwedzkie prawo i niedługo podobne zjawisko może pojawić się we wschodniej Europie. Czy potwierdzasz, że w twojej ojczyźnie występują podobne zjawiska?

- Przepraszam, ale to jakieś kompletne brednie. W Szwecji nie mam żadnych stref szariatu. Emigracja generuje pewne problemy, ale nie na taką skalę, możesz mi uwierzyć. Niestety politycy lubią straszyć ludzi i na tym budować swój kapitał. To smutne, bo napuszczają jednych ludzi na drugich, zarządzają nienawiścią i generują przemoc. Społeczeństwa łatwo wpadają w takie pułapki, bo boją się o bezpieczeństwo swoje i swoich bliskich. To naprawdę przykra sprawa, bo przede wszystkim liczy się to, jakim człowiekiem jesteś, a nie, jaki masz kolor skóry i skąd pochodzisz. To proste, prawda? Ludzie jednak coraz częściej o tym zapominają.

Interesujesz się polityką? Chodzisz na wybory?

- Przyznam, że staram się śledzić, co dzieje się w Szwecji i na świecie. Głosowanie w każdych możliwych wyborach, nawet w tych najbardziej lokalnych, uważam za swój obowiązek. Demokracja daje ci moc kształtowania rzeczywistości. Nie wolno o tym zapominać. Sam mieszkasz w państwie, którym jeszcze niedawno rządziła komunistyczna dyktatura. Teraz Polacy mogą chodzić na wybory i decydować o własnym losie. Musicie to docenić.

Czego życzyłbyś Europie pod nowymi rządami?

- Aby Europejczycy żyli w spokoju. Na świecie jest za dużo chaosu. Czas to wszystko ustabilizować, pomyśleć na poważnie o ekologii i o przyszłości naszej planety, a nie o tym, że ktoś wyznaje inną religię od mojej. Musimy być ponad to, jeśli chcemy przetrwać jako ludzkość.



INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Hammerfall | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje