Reklama

Danzel: Poczułem się jak ojciec chrzestny [WYWIAD]

Danzel ma w Polsce oddane grono fanów /Grzegorz Ksel /Reporter

Mówisz Danzel, myślisz "Pump it up". Jednak z belgijskim artystą rozmawiamy nie tylko o jego światowym hicie. Sprawdźcie, co miał nam jeszcze do powiedzenia.

Marcin Misztalski, Interia: Przeszkadza ci, że dla wielu osób jesteś znany tylko z jednej piosenki?

Danzel: - No co ty! W ogóle mi to nie przeszkadza. Oczywiście, że zdaję sobie sprawę z tego, że 90 procent ludzi kojarzy mnie tylko z "Pump it up". Ale z drugiej strony - są też ci, którzy śledzą moją karierę i znają moje inne dokonania. W końcu lepiej jest mieć jeden światowy hit niż pięć kawałków, które znają tylko nieliczni.

"Pump it up" to numer, który znają też między innymi polscy raperzy. W ubiegłym roku Kabe użył fragmentu twojego kawałka w numerze "Cały hajs". Jak doszło do waszej współpracy?

Reklama

- To był bardzo długi proces. Musieliśmy dogadać kilka spraw związanych z prawami autorskimi, bo w kawałku Kabe użyto nie tylko melodii z "Pump it up", ale i mojego wokalu. Koniec końców nasze wytwórnie się ze sobą dogadały. Rap to nie do końca mój styl muzyczny, ale schlebia mi fakt, że poproszono właśnie o ten utwór, który określono mianem hymnu. Zgodziłem się, tym bardziej że uznałem, iż Kabe przedstawi mój kawałek nowemu pokoleniu. I spójrz, okazało się, że to był strzał w dziesiątkę - "Cały hajs" po 9 miesiącach ma 12 milionów wyświetleń na YouTubie i 16 milionów odtworzeń na Spotify. Cieszę się też, że mogłem zagrać w klipie. Poczułem się jak ojciec chrzestny kawałka. Kabe i jego ekipa to świetni ludzie. Miło mi, że doszło do naszej współpracy.

Miło ci też pewnie, że możesz tak często grać dla ludzi w naszym kraju. Pamiętasz, kiedy przyjechałeś tu po raz pierwszy? 

- O ile się nie mylę po raz pierwszy odwiedziłem Polskę chyba w 2004 roku. Wystąpiłem wówczas w Gorzowie Wielkopolskim. Wciąż bardzo dobrze pamiętam swoje pierwsze występy. Publiczność w Gorzowie była zupełnie inna niż w krajach Europy Zachodniej - bardziej otwarta i ciepła. I chyba dlatego, po ponad 500 występach w Polsce, nadal lubię tu wracać. Miło też obserwować zmiany, które u was zachodzą przez ostatnie 18 lat. Pamiętam, że w 2004 roku podróż z Warszawy do Gdańska wyglądała zupełnie inaczej niż dziś. Drogi są o wiele lepsze niż kiedyś. Wszędzie można dojechać szybciej. Wasz kraj ogromnie się zmienił pod względem ekonomicznym, finansowym i tym, jak wyglądają teraz wasze miasta.

500 występów w samej Polsce?!

- Tak. To ciekawe, bo wielu ludzi uważa, że występuję tylko w Polsce (śmiech). Prawda jest taka, że około 90 procent moich występów, z dużym wyprzedzeniem,  zabukowanych jest na koncerty w Polsce. Stąd brak czasu na występy w innych krajach. Mój menedżer robi całkiem dobrą robotę. W tym sezonie miałem kilka wolnych terminów, dlatego czekają mnie też występy na Węgrzech, w Czechach, Bułgarii, Danii, Turcji, no i oczywiście w Belgii. Mam wiele zaproszeń z innych państw, ale Polska to mój numer jeden na każdej trasie koncertowej.

Ciekawe, jak pod tym kątem wyglądają twoje statystyki na streamingach.

- Co miesiąc mam 1,6 miliona odtworzeń na Spoti.

Tylko w samej Polsce?

- Nie, nie. Aż tak dobrze to nie jest (śmiech). Mam na myśli wszystkie odtworzenia, z całego świata.

Jesteś zapracowanym gościem - kiedy masz czas dla rodziny?

- W sierpniu ruszamy na wspólne wakacje. To tak naprawdę jedyny moment w roku, kiedy mogę wyjechać gdzieś ze swoimi bliskimi. Ten czas to dla mnie świętość. Rezerwuję go dla swojej rodziny. Pamiętam, że podczas lockdownu mogłem zacieśnić więzy rodzinne, bo normalnie nie mam niestety dla nich za dużo czasu.

Co jeszcze robiłeś podczas lockdownu?

- No wiesz, utknąłem w domu na półtora roku. Koniec końców nie było aż tak źle, bo miałem dużo wolnego czasu. Mogłem robić rzeczy, na które zazwyczaj nie miałem czasu - np. spędzałem czas na pracach w ogrodzie. Zrobiłem też kilka "lockdown'owych sesji" na YouTubie. Niektóre sam, a niektóre online z moimi muzykami z Polski. To nie był zbyt dobry czas dla artystów, ale przetrwaliśmy i to się liczy.

Obecne czasy nie są wcale łatwiejsze.

- Masz na myśli pewnie sytuację w Ukrainie. Wiem, że wiele osób z tego kraju przybyło do swoich rodzin w Belgii. Dużo działo się, i nadal dzieje, w kwestii pomocy uchodźcom. Ludzie otworzyli dla nich swoje domy. Myślę, że podobnie jak w innych krajach uznali, że sytuacja jest naprawdę tragiczna. Dlatego tym ludziom trzeba po prostu pomóc. Nasz rząd uprościł procedury związane z otrzymywaniem statusu uchodźcy, tak by Ukraińcy mogli w pełni legalnie przebywać w Belgii. Oczywiście też, podobnie jak w innych krajach, odczuliśmy finansowe skutki tej sytuacji. U nas też ceny poszły w górę - od jedzenia po paliwo.

Belgia to kraj, w którym zaszły ostatnio jeszcze jakieś zmiany?

- Jeśli mam być szczery, to Belgia nie zmieniła się jakoś szczególnie. Belgia pod względem politycznym jest dość specyficznym krajem. Nawet najdrobniejsze zmiany muszą przejść oficjalną drogę i mija dużo czasu, nim niektóre ustawy wejdą w życie. Ich wprowadzanie trwa niekiedy naprawdę długo. Podróżuję po świecie od 20 lat i zauważyłem, że wiele krajów (w tym Polska) bardzo rozwinęło się pod względem ekonomicznym, a Belgia pozostaje cały czas na względnie tym samym, stałym poziomie. Mamy jedne z najwyższych na świecie podatków, podobnie jest z cenami energii. Ten kraj jest za mały, by posiadać tylu rządzących i tylu ministrów, ale nic nie wskazuje na to, by miało się to w najbliższym czasie zmienić.

Ty lubisz chyba za to muzyczne zmiany. Mam na myśli twój nowy singel "Time Machines".

- Lubię tworzyć ballady. Nie jest to zresztą pierwsza, jaką nagrałem. Wcześniej stworzyłem "Home Again" czy "Unlocked". W mojej dyskografii znajdziesz też kawałki w klimacie rockowym. Zacząłem grać na gitarze w wieku 13 lat. Grałem wtedy utwory Led Zeppelin, Deep Purple, Metalliki czy Guns'n'Roses. Grałem muzykę rockową do momentu mojego występu w belgijskiej odsłonie programu Idol. Rock nadal jest w moim sercu. Zawsze będę gwiazdą rocka. Dlatego też, od 2009 roku, gramy w Polsce z zespołem na żywo - to całkiem inne show, które daje mi możliwość połączenia mojej przeszłości z teraźniejszością. Gramy np. "Pump it up" czy "You spin me round" w rockowych aranżacjach. Balladę "Time Machines" napisałem, gdy mieszkałem w Warszawie.

W Warszawie wziąłeś też udział w programie "Twoja twarz brzmi znajomo".

- Uwielbiam wcielać się w rolę innych. To dość dziwne, ale kiedy tylko masz już tę twarz i ubrania, to stajesz się tą postacią. Co oczywiście jest zaletą występu. Najlepszym przykładem może być Lenny Kravitz. Ta metamorfoza była tak dobra, że za kulisami wszystkie kobiety chciały sobie robić ze mną zdjęcia. Nawet moja żona, do której zadzwoniłem na FaceTime, powiedziała, że mogę tak wrócić do domu. To było niesamowite doświadczenie i bez wahania zrobiłbym to jeszcze raz, gdyby mnie tylko o to poproszono. Oczywiście była też kwestia polskich piosenek, co jest naprawdę nie lada wyzwaniem dla kogoś, kto nie mówi w tym języku. Na szczęście po występie jako Rysiek Riedel otrzymałem tyle pozytywnych komentarzy, że wyszło mi to chyba całkiem nieźle. To było szaleństwo. 

Fantastyczne były też relacje, które udało mi się nawiązać z innymi uczestnikami programu oraz członkami produkcji. Spędziłem z nimi tyle czasu, że na pewnym etapie stali się dla mnie jak rodzina, co było dla mnie wyjątkowo ważne, ponieważ mieszkałem w Polsce przez 4 miesiące. Zabawny był moment, gdy musiałem ogolić całe swoje ciało, bo przygotowywałem się do występu jako... Tina Turner. Wszystkie kobiety zazdrościły mi moich nóg (śmiech).

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL