Reklama

Arek Kłusowski: Jestem inną osobą niż tą, którą ludzie znali z telewizji

- W Polsce przyjęliśmy zasadę, że musimy się użalać, czuć się gorszym. Nigdy tak nie żyłem, ale taki klimat mi się udzielił i byłem bardzo zakompleksiony, wręcz nawet zahukany. Ale potem sobie pomyślałem: "dlaczego ja mam zmieniać swoje nastawienie do życia, bo obcy ludzie mi tak mówią". Teraz żyję tak, jak mi się podoba i albo ktoś w to wchodzi albo nie /Wiktor Franko /materiały prasowe

- Na początku nie miałem pojęcia, o co chodzi w przemyśle muzycznym, z którym przyszło mi się zmierzyć. To był taki czas, w którym wszystko się zmieniało. Pojawiała się nowa muzyka, nowe trendy, no i ja parę razy robiłem coś wbrew sobie, bo ufałem ludziom i kończyło się to zawsze tragicznie. Wyszedłem dużo mocniejszy z tych porażek i nie mam powodu, aby się ich wstydzić, bo one nas kształtują - mówi Interii Arek Kłusowski, który zadebiutował w tym roku płytą "Po tamtej stronie".

Reklama

Arek Kłusowski, mimo że piosenki pisał już od najmłodszych lat, przedstawił się szerszej publiczności dopiero w trzeciej edycji "The Voice of Poland", kiedy to będąc w ekipie Tomsona i Barona dotarł do finału programu. Kolejne kilka lat to różne perturbacje w życiu wokalisty, ale i kilka pobocznych projektów. Artysta pojawił się w "Idolu", śpiewał piosenki Anny Jantar oraz pisał teksty dla innych gwiazd takich jak Doda czy Ewa Farna.

W 2019 roku do sprzedaży trafiła jego długo wyczekiwana debiutancka płyta "Po tamtej stronie", którą sam zainteresowany zapowiada jako zbiór historii o swoich traumach, porażkach i upadkach. "Ta płyta to dla mnie pewnego rodzaju terapia, dzięki której stanąłem na nogi i niezwykle dojrzałem" - zapowiadał.

Daniel Kiełbasa, Interia: Rozmawiamy 14 marca, a to jest data, która jest z tobą dość mocno związana. Mianowicie dziś mija 39 lat od tragicznej śmierci Anny Jantar. Jak zaczęła się twoja przygoda z jej muzyką?

Reklama

Arek Kłusowski: - Przede wszystkim odbiegłem od bardzo schematycznych skojarzeń z jej muzyką. Jej twórczość odeszła już trochę do lamusa i kojarzyła się - przynajmniej mojemu pokoleniu - głównie z weselami. Mnie natomiast poruszyły te teksty, bo jestem zafascynowany polską poetyką i polskim tekściarstwem. To były piękne sformułowania i metafory. Chcieliśmy więc tchnąć w jej muzykę nowego ducha. Całkiem nie było mi po drodze z tą artystką, ale poświęciłem jej kawał życia.

A twórczość Anny Jantar wpłynęła jakoś na twoją muzykę, przełożyła się na autorskie piosenki?

- Zupełnie nie. Traktowałem to jako projekt, w którym miałem jakąś misję do wykonania z przyjaciółmi, z którymi się lubiłem i chciałem wystąpić na scenie. I tak wyszło, że razem zagraliśmy i daliśmy temu wszystkiemu dużą energię.

"Tribute To Jantar" była jedną z wielu twoich działalności w kilku ostatnich latach. Jak to jest z wyczekiwaniem na debiutancki album - czy łatwiej jest na niego czekać, biorąc udział w rozlicznych pobocznych projektach, czy jednak masz wtedy świadomość tego, że coś ci się wymyka z rąk i nie jesteś skupiony na nadrzędnym celu?

- Wiesz, jestem zabieganym Baranem i pracoholikiem, który stara się wykorzystać swoje życie maksymalnie i wycisnąć je jak cytrynę. I to, że ja się chwytam różnych zajęć i że sporo pracowałem, to też jest kwestia tego, że ja się po prostu nie lubię nudzić. A jeśli chodzi o sferę stricte autorską, miałem po drodze bardzo dużo perypetii. Doszło do kilku zdarzeń, które mnie totalnie dobijały i podcinały skrzydła, więc musiałem jakoś odreagować i robić coś pozytywnego dla świata.

- Poza tym, to jest tak, że chciałem być na tej scenie, chciałem śpiewać i jestem uzależniony od tej adrenaliny. Robisz wszystko, co możesz, gdy nie masz wytwórni ani producentów. To są jednak już dość poważne rzeczy. I też mogę powiedzieć już po czasie, że nie miałem ludzi, którzy wzięliby mnie pod swoje skrzydła i polubili to, co robię, uwierzyli w moją muzykę i mnie poprowadzili. Gdyby tak było, mógłbym nagrywać już drugą albo trzecią płytę, ale widocznie los tak chciał. Życie pisze różne scenariusze, a mój jest taki.

A masz odczucie niedosytu, że kilka lat ci uciekło?

- Mam. Ciągle się z tym borykam. Tym bardziej, że w czasie, gdy moi koledzy robili kariery, to ja leczyłem depresję. Bardziej chodzi o to, że miałem mnóstwo problemów natury psychicznej i osobistej, i musiałem poradzić sobie z różnymi demonami, które mnie wykańczały. Niektórzy mówią: "fajnie, masz teraz tyle tematów, które możesz poruszyć i napisać o tym na płycie". Z perspektywy czasu mogę opowiadać o traumach w piosenkach, ale okres, kiedy to się działo, był niesamowicie przytłaczający.

- Dopiero teraz nabrałem wiatru w żagle, mogę w końcu pracować na 200 procent, mam ludzi, którzy we mnie wierzą i dają mi możliwość do rozwoju, do występów i do pokazywania swojej twórczości. Razem pokonujemy kolejne przeszkody, idziemy ramię w ramię i to mnie bardzo nakręca. Ale byłbym hipokrytą, gdybym powiedział, że nie żałuję, że tak długo nie mogłem wydać płyty. To było od zawsze moje marzenie.

Zmagałeś się z depresją, miałeś swoje traumy, zaliczyłeś po drodze kilka porażek. Czy był taki moment, w którym miałeś dość i rzucić to wszystko w cholerę?

- Teraz mówię o tym ze spokojem i z dużym dystansem, bo to są tematy, które są przeze mnie przepracowane w mojej głowie. Ale ja nie byłem załamany i nie miałem depresji dlatego, że nie mogłem tworzyć, ale z powodu tego, że tak mam skonstruowaną psychikę i nie poradziłem sobie ze światem.

- Z tego powodu mam dużo "dziur w głowie", straconych miesięcy i tygodni i teraz staram się wykorzystywać każdy dzień na maksymalnym poziomie. Mogę powiedzieć, że istnieje nawet jeden pozytyw niewydania płyty w tamtym czasie. Mając 21 lat zachowywałem się niedojrzale i byłem jeszcze trochę dzieckiem. Czy 20-latek może zabierać głos w wielu kwestiach społecznych, kiedy ludzie nie wiedzą, że ma starą duszę i dużo przeżył w życiu? Wtedy mogło to być odebrane jako nieszczere lub bufoniaste. Teraz jestem już bardziej dojrzały i o wiele mądrzejszy.

Nawiążę do tego, co mówisz, bo w wywiadach, których udzielałeś jeszcze przy okazji "The Voice of Poland", wspominałeś, że nie nikt nie chce wydać twojej płyty, bo nie biorą cię za kogoś więcej niż za człowieka z talent show. Może więc dobrze się stało, że nie wydałeś wtedy tej płyty, mogąc utknąć na lata z łatką uczestnika "The Voice of Poland"?

- Na początku nie miałem pojęcia, o co chodzi w przemyśle muzycznym, z którym przyszło mi się zmierzyć. To był taki czas, w którym wszystko się zmieniało. Pojawiała się nowa muzyka, nowe trendy, no i ja parę razy robiłem coś wbrew sobie, bo ufałem ludziom i kończyło się to zawsze tragicznie. Wyszedłem dużo mocniejszy z tych porażek i nie mam powodu, aby się ich wstydzić, bo one nas kształtują, a przy okazji miałem też jednak kilka sukcesów.

- Dla mnie od dziecka najważniejsze było, aby tworzyć własną muzykę i kluczowa była dla mnie strefa autorska. Śpiewać zacząłem od momentu, gdy napisałem pierwsze piosenki. Nigdy nie byłem coverowym wokalistą. Robiłem to, bo byłem zmuszany, ale miałem swoją kapelę i zawsze pisałem swoją poezję. Nigdy nie kręciło mnie przerabianie innych i mam totalne szczęście, że nie muszę tego robić, bo zmienienie czyichś piosenek na własną modłę kosztowałoby mnie wiele sił. A nie chciałbym, aby to było po prostu odśpiewywanie.

- Były takie czasy, że musiało się trochę walczyć, aby nigdy nie chciałem dać się zaszufladkować i przyczepić sobie etykietki. Gdy ktoś mówił: "jesteś wokalistą 'The Voice of Poland'", to później robiłem inne rzeczy, chociażby grałem u Mariana Opani, aby mnie przestali z tym identyfikować. Gdy kojarzono mnie z byciem ładnym chłopcem, to ogoliłem się na łyso. Zawsze jestem w opozycji do tego, co mogło stać się konformizmem.

Czy w takim razie rzuciłbyś się na głęboką wodę show-biznesu raz jeszcze  w ten sam sposób?

- W tamtym czasie byłem młody i totalnie butny i nigdy się nie zastanawiałem nad jakąś kalkulacją. Przyjechałem z małej miejscowości do wielkiego świata - co jest dobrym materiałem na scenariusz filmowy - i nie wiedziałem, co mam dokładnie robić, bo chciałem się wyrwać z dziury i ze stażu, na którym zarabiałem 900 złotych miesięcznie. Poszedłem więc po swoje na grubo. Tej kariery nie mógł zatrzymać nikt. To była ogromna determinacja z mojej strony, bo jakbym nie przeprowadził się wtedy do Warszawy, to bym uschnął na tym Podkarpaciu. Dla mnie wtedy nie było żadnej innej opcji, musiałem coś zrobić, a wtedy to była jedyna szansa. Wcześniej wysyłałem swoje dema wytwórniom, ale nikt tego nie słuchał.

- Przyjeżdżając do Warszawy nie znałem ani jednej osoby, więc musiałem odnaleźć swoje środowisko i tożsamość oraz zbudować wszystko od podstaw. Na moje nieszczęście, gdy zaczęło mi się wieść, to posypało mi się życie prywatne. Bardzo długo się zbierałem i nie poradziłem sobie wtedy z presją. Wydawało mi się, że byłem silny, ale kolejne rozstania, pożegnania z menedżerami i wytwórniami, strasznie dużo mnie kosztowały, bo jestem bardzo emocjonalny. Później trzeba było walczyć i sprawić, aby ludzie o mnie nie zapomnieli, więc robiłem, co mogłem. Były to czasami desperackie działania, ale dzięki temu jestem tu, gdzie jestem i mogę wydać swoją płytę.

"Nigdy wcześniej tak otwarcie i szczerze nie mówiłem o swoim życiu". Nie boisz się ekshibicjonizmu emocjonalnego i tego, jak zostanie to przyjęte?

- Nie. Jeśli podczas śpiewania swoich piosenek i spełniania się tekściarsko, mam dawać jakieś świadectwo o sobie, to muszę być głosem angażującym się w różne tematy. Nigdy nie będę leciał w mainstreamowych radiach, chociaż bardzo bym chciał. Poszedłem więc drogą tworzenia albumów, które będą towarzyszyły pewnej tematyce, które będą przemyślane i które będą niczym książka. Ta płyta jest właśnie taka - z rozdziałami i otwartym zakończeniem. Każdy będzie mógł się identyfikować z poruszonymi tam tematami, które prowadzą do dyskusji.

- A czy się boję? Jestem już na takim etapie życia, że się niczego nie boję. Bałem się przez wiele lat. Robiłem to całe życie. Strach to jest najgorsze, co może zawładnąć naszą głową. Może mnie ktoś obrazi, może zhejtuje, ale co to zmieni w moim życiu? No nic. Nie jestem uzależniony od internetu, nie czytam komentarzy. Jeśli ktoś chce, to niech mnie wyzywa i krytykuje. Na drugi dzień normalnie wstanę, wypiję kawkę i będę żył dalej. Gdybym miał przejmować się każdą opinią, to bym zwariował. To nie jest na moje nerwy.

- Zawsze miałem masę kompleksów, a teraz umiem się docenić, a także przyjmować komplementy oraz być wobec siebie sprawiedliwym. W Polsce przyjęliśmy zasadę, że musimy się nad sobą użalać, czuć się gorszym. Nigdy tak nie żyłem, ale taki klimat mi się udzielił i byłem bardzo zakompleksiony, wręcz nawet zahukany. Ale potem sobie pomyślałem: "dlaczego ja mam zmieniać swoje nastawienie do życia, bo obcy ludzie mi tak mówią". Teraz żyję tak, jak mi się podoba i albo ktoś w to wchodzi albo nie.

Twoje słowa są dobrym wyjściem do następnego pytania. Czy twoja pewność siebie pozwoliła ci napisać utwór "Rocznik 92", który jest trochę szpilą wbitą w twoją generację?

- Bardziej określiłbym to świadomością. Jestem świadomy swoich zalet i swoich wad, a w piosence napisałem o tym, jak nam ciężko poradzić sobie z różnymi skokami emocji. Nie nazwałbym tego jednak wbijaniem szpili, a bardziej przemyślaną wypowiedzią na temat mnie i moich przyjaciół. Tego, jak ciężko jest nam w dzisiejszych czasach, gdzie wszystko musi być idealne i jak ciężko jest być sobą. Piosenka mówi też o sprawach codziennych, chociażby o ciągłym robieniu zdjęć, którego nie lubię.

- Ludzie mają dość tego, że z każdej strony atakuje nas powinność bycia idealnym. Musisz chodzić na siłownię, jeść dietę pudełkową, ubierać się tak należy. I młodzi ludzie sobie z tym nie radzą, nie dają sobie rady w sytuacjach społecznych, nie radzą sobie z emocjami. A przekaz jest taki, że każdy musi być fajny i uśmiechnięty. Dlatego też młodzi uzależniają się od alkoholu, narkotyków i biorą leki. I o tym właśnie śpiewam.

Myślisz, że twoje piosenki mogą pomóc innym ludziom zmienić swoje nastawienia do życia?

- Parę razy miałem chwile totalnego zwątpienia w to, czy powinienem robić, to co robię i czy próbować walczyć o możliwość występowania na scenie. Pomyślałem sobie, że po co mi to wszystko, mogę przecież iść do korporacji, pracować na etacie, nie martwić się o wypłatę i drżeć o to, czy będę miał na mieszkanie. Ale wtedy dotarło do mnie, że dostawałem tyle wiadomości od obcych ludzi, że wzruszyli się przy mojej piosence, że uwielbiają moją muzykę. I to nie wiadomości na jedno zdanie, ale całe elaboraty. I skoro tych ludzi były dziesiątki i odważyli się napisać do obcej osoby, to jak mocno musiało ich to dotknąć. Skoro moje teksty tak oddziałują, to jest szansa, że te piosenki nie są muzyką tła w autobusie lub kebabie, tylko gdy ktoś tego przesłucha, to nadchodzą go jakieś refleksje.

Debiut za kilka dni. Czy masz poczucie, może nie całkowitego, ale chociażby częściowego spełnienia, że w końcu zrobiłeś to, czego chciałeś od bardzo długiego czasu?

- To jest taki stan ducha, w którym nie mogę się już tego doczekać, ale jednocześnie jestem spokojny. Już nie chcę wracać do przeszłości, tylko rozpocząć coś nowego, a tym nowym jest moja płyta. Obiecałem fanom ten album i robiłem go prawie pięć lat. Trwało to w nieskończoność, jestem inną osobą niż tą, którą ludzie znali z telewizji. I mam też uczucie totalnego wzruszenia. Mogę przyznać, że jednak kurde dałem radę, a były przecież takie momenty, że myślałem, że to już koniec.


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Arek Kłusowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje