Reklama

​Anita Lipnicka: Obcy facet w samych gaciach [WYWIAD]

Anita Lipnicka prezentuje płytę "OdNowa" /AKPA

Po co świętować jubileusz kolejną nostalgiczną kompilacją największych przebojów, skoro przeszłość można celebrować na wiele innych, ciekawszych sposobów. Z takiego założenia wyszła Anita Lipnicka i postanowiła nagrać album "OdNowa".

W 1994 r. na polskiej scenie muzycznej pojawiła się 19-letnia Anita Lipnicka, która została wokalistką grupy Varius Manx.

Reklama

Po rozstaniu z grupą tworzyła w duecie z Johnem Porterem (z którym była parą również prywatnie, sprawdź!) oraz solo (posłuchaj!).

"OdNowa" to zbiór piosenek wybranych z całej 25-letniej kariery Anity Lipnickiej, podanych w całkiem nowych wersjach. Do udziału w nagraniach wokalistka zaprosiła m.in. Kubę Karasia (The Dumplings), Bartosza Szczęsnego (Rebeka), Michała Foxa Króla, Marcina Macuka, Wojciecha Urbańskiego (Rysy) i Daniela Blooma. Niektóre wersje wielkich przebojów przygotowane przez producentów reprezentujących różne pokolenia już jakiś czas temu mocno zaskoczyły jej wiernych fanów.

Anna Nicz, Interia: Minęło 25 lat od premiery płyty "Emu" Varius Manx. Jak się z tym czujesz?

Anita Lipnicka: - Czuję się dziwnie, nie jestem typem osoby, która ogląda się za siebie i celebruje rocznice. Gdyby nie to, że fani przypomnieli mi w zeszłym roku, że to 25 lat, pewnie nie pomyślałabym, żeby w jakikolwiek sposób podkreślać tę datę. Ale dałam się namówić. Może to dobry moment, żeby obejrzeć się przez ramię i jakoś podsumować to wszystko, co się do tej pory wydarzyło.

Podczas pracy nad płytą "OdNowa" myślałaś o tym, jak wieloletni fani mogą zareagować na nowe wersje twoich piosenek?

- Nie, nie myślałam o tym. Gdy zaczęły pojawiać się pierwsze aranżacje, wiedziałam, że nie wszystkie spotkają się z uznaniem ortodoksyjnych fanów. Ale z drugiej strony, taka była filozofia tego projektu - celebrować przeszłość, przenosząc ją do współczesności. Pomysł, by zaprosić producentów z różnych pokoleń, reprezentujących różne gatunki muzyczne i stać się gościem na własnej płycie zrodził się dlatego, że nie chciałam wydawać typowej składanki.

Chciałam zafundować sobie jakiś specjalny tort okolicznościowy. Sama jako słuchacz nie lubię składanek typu "The Best Of", zawierających utwory już raz nagrane w tej samej odsłonie.

Sprawdź tekst utworu "Piosenka księżycowa" w serwisie Teksciory.pl

Dlaczego nie lubisz takich składanek?

- W dzisiejszych czasach taka składanka nie ma sensu, każdy może kliknąć myszką i z łatwością samodzielnie stworzyć sobie własną playlistę ulubionych piosenek ulubionego artysty. Kiedyś taka składanka była rarytasem, zwłaszcza jeśli nie miało się kompletu płyt swojego idola. A teraz mamy bardzo prosty dostęp do przeszłości.

Ja natomiast chciałam niejako zabrać swoje piosenki z tamtych czasów i zaprezentować je w nowych, współczesnych sukienkach, dać im zupełnie nowe życie. Ku mojemu zdziwieniu, ten pomysł wzbudził wiele kontrowersji, "Piosenka księżycowa" w wersji Kuby Karasia nie spodobała się niektórym z moich ortodoksyjnych fanów. Ale przecież jedno drugiemu w niczym nie przeszkadza ani nie jest konkurencją. Można nadal słuchać starych utworów. Ja ich nikomu nie zabrałam.

Z czego wynikają takie reakcje? Fani są tak mocno przyzwyczajeni do pierwszej wersji?

- Ludzie kojarzą z tymi piosenkami ważne momenty, sytuacje, do których nie da się wrócić, pierwsze miłości, młodzieńcze uniesienia, to kawał ich życia z taką dajmy na to "Księżycową" w tle. Gdy jesteś związany z czymś emocjonalnie, trudno słuchać tego w innej odsłonie, to nawet może boleć, że ktoś próbował majstrować w twojej osobistej historii.

Kuba Karaś podszedł do tematu nieobciążony bagażem sentymentalnym, nie mógł tego momentu pamiętać - ani w muzyce, ani w życiu - urodził się rok po tym, jak wydałam płytę "Emu" z zespołem Varius Manx. On, jak wielu innych kolegów potraktował piosenkę jako materiał roboczy, a nie walizkę wspomnień i zrobił ją w duchu współczesnym, zgodnym z dynamiką i stylem życia dzisiejszych dwudziestolatków.

Zupełnie, jakby te piosenki przez lata przestały należeć do ciebie.

- Dokładnie tak jest. Również z tego powodu zdecydowałam się na podkreślenie jubileuszu, bo dotarło do mnie, że te piosenki dawno już przestały być moje. Zostały wdrukowane w DNA kilku pokoleń. I z tego względu warto na nie spojrzeć z innej perspektywy, tej tu i teraz.

"Zanim zrozumiesz" też może wywołać mieszane reakcje - pierwotna wersja została totalnie przewrócona do góry nogami.

- Ten utwór zrobił od nowa Arek Kopera (Paul Rolling), który miał 3 lata, gdy piosenka miała swoją premierę. Nie myślał o tym, co ona znaczy dla niego, co mu przypomina. Po prostu podjął wyzwanie zmierzenia się z produkcją kultowego kawałka. Na tym polega urok tego projektu.

Dzięki tym spotkaniom, pracy z moimi producentami, miałam okazję poznać różne wersje mnie samej, które nie byłyby dla mnie dostępne, gdybym nie pozwoliła sobie na taki eksperyment. Zaprosiłam tych ludzi po to, żeby zinterpretowali moją twórczość po swojemu. Nie po to, żeby powielali wersje oryginalne. To była dla mnie ciekawa przygoda.

Śpiewając w tych utworach, musiałam pokonać wiele granic i wewnętrznych oporów, żeby dać się ponieść czyjejś wizji, zaufać, że to jest fajne, świeże, inne, ciekawe. Poprzez tę płytę odwiedziłam obszary muzyczne, które do tej pory były poza moim zasięgiem i pewnie nie dotarłabym tam, gdyby nie moi przewodnicy.

Patrząc na swoją twórczość przez pryzmat tych producentów, dowiedziałaś się o niej czegoś nowego?

- Nowe wersje zdecydowanie nadały inny wydźwięk tekstom. Np. "Zanim zrozumiesz" dostało ostrego pazura, ma teraz taki agresywny, mało przymilny charakter. Przez co oddaje nie tylko zmiany trendów w muzyce, ale to, jak zmieniły się kobiety, jaka jest współczesna feministka, dziewczyna, która ma siłę i nie boi się chłopaków. Uśmiechnęłam się, gdy usłyszałam propozycję Arka, on to tak czuje - taki dał temu wyraz w swojej aranżacji piosenki.

Co mówiłaś producentom przed rozpoczęciem prac? Dawałaś im jakieś wskazówki?

- Nie dostali żadnych wskazówek. Zaczęło się od tego, że otrzymałam nazwiska różnych producentów do wyboru, miałam mnóstwo materiałów do przesłuchania. Okroiłam tę listę, potem kolejny raz, niektóre osoby odpadły, nie miały czasu albo ochoty brać udziału w projekcie.

Producenci, którzy zostali ostatecznie wybrani, mieli wolną rękę, także w doborze piosenek. Wybory bywały zaskakujące. Niektórzy rzucili się na wielkie hity, inni wzięli mniej znane, wręcz od lat pomijane piosenki. Najbardziej zaskoczył mnie Daniel Bloom, który wybrał "Zimy czas", utwór z mojej drugiej solowej płyty, oraz "Black hand" z drugiego albumu nagranego z Johnem Porterem. Żadna z tych piosenek nie była singlem. Daniel je wybrał, bo poczuł w nich przestrzeń dla siebie.

Czy masz w swojej twórczości piosenki, których za nic nie chciałabyś zmienić, przerobić?

- Nie, nie mam takiego świątobliwego stosunku do własnej twórczości. Byłam wręcz ciekawa, jak to zabrzmi na nowo. Żałuję, że ta płyta ma tylko 12 utworów. Żałuję, że nie ma 25. Ale to byłoby karkołomne i bardzo kosztowne przedsięwzięcie. Ten projekt okazał się trudny do zapięcia pod względem organizacyjnym. Nie bazowaliśmy na istniejących ścieżkach, wszystko powstawało od zera. Podejrzewam, że gdybyśmy zaprosili jeszcze więcej producentów i nagrywali jeszcze więcej piosenek, wyrobilibyśmy się dopiero na moje 30-lecie!

Jak wspomniałaś, pracowałaś także z producentami z młodszego pokolenia. Widzisz różnicę pomiędzy pracą z nimi, a producentami ze starszego pokolenia?

- Tak, są różnice w pracy, w podejściu do materii. Dla mnie to także ciekawe z psychologicznego punktu widzenia - pracowałam z tak odmiennymi osobowościami, odwiedziłam tyle muzycznych światów. Każda z tych osób inaczej funkcjonuje, inaczej tworzy, potrzebuje innych warunków do pracy, innymi drogami dochodzi do wersji finalnej. Ciekawe było obserwowanie ich zmagań.

Odwiedzanie tych mikroświatów musiało być fajnym doświadczeniem.

- Tak, zawsze, gdy przychodzę do kogoś do domu czy do studia czuję, jakbym naruszała czyjąś intymną strefę, to tak jakby zobaczyć obcego faceta w samych gaciach! Wchodzisz do jego świata i nagle cała prawda wychodzi na jaw - jak to nagrywa, gdzie, przy pomocy jakich narzędzi. Jak podchodzi do tematu. W tych spotkaniach była duża doza intymności, ja też musiałam się przecież otworzyć, dać komuś poczuć kim jestem, co się da ze mną zrobić. U każdego byłam gościem i od każdego czegoś się nauczyłam.

Powrót do tekstów piosenek pisanych przed laty nie był problemem?

- Nie żyję w aż takim oderwaniu od tych piosenek, niektóre od lat wykonuję w różnych aranżacjach na żywo. Większym zaskoczeniem było usłyszenie ich w takich wersjach. Paru z nich faktycznie jednak dawno nie śpiewałam.

Na przykład z piosenką "Wszystko się może zdarzyć" mam nierówną relację. Długo pomijałam ten utwór na koncertach, bo przestałam go lubić. Dużo ludzi kocha akurat tę piosenkę. Na tym albumie doczekała się alternatywnej, wywrotowej wersji autorstwa Michała Foxa Króla, kojarzonego z bardzo mocnymi, awangardowymi produkcjami.

Dzięki temu projektowi miałam więc szansę spojrzeć też na swoją twórczość łaskawszym okiem, zdałam sobie sprawę, że, tak jak wspomniałaś, to nie są już moje piosenki, tylko należą do ludzi. Nie mogę się tak odwracać plecami i odcinać się od pewnych historii. Przytuliłam tę swoją muzyczną przeszłość i nawiązałam z nią lepszą relację.


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Anita Lipnicka | wywiady

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje