Reklama

Reklama

"Rozwijanie wyobraźni"

Niewiele jest na scenie formacji, które również dobrze, co amerykański The Other Side Of The Sky, potrafiłyby łączyć w swej twórczości chropowatość metalowych riffów z onirycznym klimatem ambientu. Piątce muzyków pochodzących z Daytona Beach na Florydzie, ta trudna sztuka udaje się wyśmienicie. Jak sami mówią, ich muzyka wciąż dryfuje po głębokich wodach dźwiękowego indywidualizmu, oddalając się coraz bardziej od jakichkolwiek kategoryzacji, zmierzając ku "drugiej stronie nieba". Kolejnym zakrętem w ich muzycznej podróży po coraz to nowych terytoriach jest drugi duży album "Rorschach", na którym The Other Side Of The Sky jeszcze bardziej oddalają się od posępnego sludge metalu, kierując swe pomysły w stronę wybuchających kraterów własnej kreatywności. Tuż po wrześniowej premierze "Rorschach" w barwach angielskiej Retribute Records, z gitarzystą Michaelem Brownem rozmawiał Bartosz Donarski.

"Rorschach" jest moim pierwszym kontaktem z The Other Side Of The Sky. Ku mojemu zaskoczeniu, jest to właściwie wasz trzeci album. Może poprzednie wydawnictwa były bardziej przygotowaniem i sprawdzianem przed tym, co otrzymujemy teraz?

Prawdę mówiąc, mamy tylko dwie płyty i EP-kę. Naszym pierwszym wydawnictwem był mini-album. Zrobiliśmy go w formie materiału demo, na wysyłkę i do sprzedaży na koncertach. Wówczas zespół jeszcze się tworzył, dlatego nagranie jest surowe i nie ma przełożenia na nasze obecne brzmienie.

Reklama

Drugim nagraniem był pierwszy duży album "Heritage". To longplay, który zarejestrowaliśmy ze Stevem Austinem [liderem formacji Today Is The Day - przyp. red.]. Już wtedy mieliśmy większe pojęcie o własnym brzmieniu, a praca ze Stevem Austinem była wspaniała. To właśnie dzięki "Heritage" podpisaliśmy kontrakt z Retribute Records.

Jak ewoluował wasz styl przez te kilka lat istnienia grupy? Czym różnią się poszczególne materiały?

W 2002 roku nasz styl miał bardziej klimat stoner metalu. Z kolei nowy album wyrósł na coś znacznie bardziej ambientalnego i eksperymentalnego. Im bardziej idziemy do przodu, rozwijamy się, tym dalej dryfujemy od jakiegokolwiek dającego się klasyfikować gatunku grania.

"Rorschach" to album nie z tego świata. Słuchanie tych utworów jest niczym podróż. Środki, jakich używacie do kreowania emocji są naprawdę ciekawe. Trudno przejść obok tej płyty obojętnie.

Dzięki za komplement. Bardzo się staramy, żeby przez dźwięki, które produkujemy, wydobyć te właśnie uczucia. Mimo że album ma swój koncept, pozwolenie słuchaczowi na rozwijanie jego własnej wyobraźni jest tu kluczowe.

Bardzo umiejętnie operujecie również wokalami. Nie jest ich aż tak dużo, ale jak już się pojawiają, to są dokładnie tam gdzie powinny, doskonale uzupełniając całość przekazu. Nie sądzisz, że także dzięki temu "Rorschach" jest aż tak bardzo zaskakujący?

Wokale traktujemy jedynie w kategoriach kolejnego instrumentu. Używamy ich tylko tam, gdzie jest to potrzebne. Po prostu muszą pasować brzmieniowo do kontekstu całej reszty naszej muzyki lub do konceptu.

No właśnie, co znaczy tytułowy "rorschach"?

Rorschach to bezlitosny pogromca przestępców z komiksowej serii "The Watchmen". Zarówno ta postać, jak i komiks napisany przez Allana Moore?a jest oryginalnym źródłem konceptu naszej płyty. To, co się rozgrywa jest przedstawione z punktu widzenia Rorschacha. Dotyczy to również tekstów i metafor obrazujących to, jak on sam postrzega świat.

Waszą muzykę określa się mianem ambient / sludge metal. To wam odpowiada?

Nasze brzmienie ulega ciągłym przemianom i ewoluuje w coś nowego. Osobiście nienawidzimy przylepiania nam etykietki jakiegokolwiek rodzaju grania. To jest tylko konieczne w przypadku docierania z naszą muzyką do ludzi, którzy nie są zaznajomieni z eksperymentalnym graniem. Zauważyliśmy również, że cześć ludzi wita nas z otwartymi rękoma w społeczności niezależnego rocka.

Zawsze graliście w 5-osobowym składzie z dwoma basistami? To z pewnością nie jest reguła.

Racja. Kiedyś byliśmy kwartetem, jednak drugi bas wydaje się dodawać pożądaną atmosferę.

Album nagrywaliście w studiu "Godcity". Dlaczego nie weszliście ponownie do "Austin Enterprises"? Czyżby, mimo wszystko, brzmienie "Heritage" nie było wystarczająco satysfakcjonujące?

W swym stylu "Heritage" brzmiało bardziej staromodnie. Z tego względu, Steve Austin był idealnym człowiekiem do tej roboty. Na nowej płycie wydajemy się rozwijać w bardziej eksperymentalnych obszarach. W tym przypadku, cyfrowe brzmienie "Godcity" było bardziej odpowiednie. Kurt Ballou i Steve Austin to nasi muzyczni bohaterowie, i dlatego możliwość pracy z nimi oboma jest dla nas niczym spełnienie marzeń.

Czytałem, że macie już na swoim koncie pokaźną liczbę koncertów. Zastanawiam się, jak taka muzyka sprawdza się na żywo. Jacy ludzie przychodzą zobaczyć The Other Side Of The Sky?

Już od dłuższego czasu gramy na scenie metalowej. Podczas każdego koncertu, zawsze staramy się pozyskać dla siebie choćby kilku oddanych słuchaczy. Niemniej, podejrzewam, że wychodziłoby nam to jeszcze lepiej, gdybyśmy koncertowali z zespołami spoza metalowej sceny. Trudno spotkać podobne grupy, które opierają się próbom szufladkowania.

Kiedy zabieracie się za pisanie nowego materiału?

"Rorschach" został nagrany w marcu 2005 roku. Szczerze mówiąc, zawsze piszemy nowy materiał. W najbliższej przyszłości, liczymy na to, że będziemy mocno zajęci trasami promującymi ten album. W dalszej perspektywie, mamy nadzieję, że znajdzie się wiele możliwości do nagrywania kolejnych płyt. Nagrywanie to nasze ulubione zajęcie.

Dziękuję za rozmowę.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: muzyka | Austin | Side | other

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama