Reklama

Reklama

"Co cię nie zabije, tylko cię uodporni"


Czy można przez ponad 30 lat grać rocka i przez tak długi czas mieć coś ciekawego do zaprezentowania? Zespół Aerosmith udowadnia, że na to pytanie należy udzielić odpowiedzi twierdzącej. W marcu 2001 roku słynny kwintet rodem z Bostonu uraczył swoich fanów kolejnym albumem, zatytułowanym "Just Push Play", na które trzeba było czekać aż cztery lata. W tym okresie docierały do nas niepokojące informacje o kłopotach personalnych, nieporozumieniach z menedżmentem itp. Najczarniejsze scenariusze przewidywały nawet zakończenie działalności Aerosmith. Jednak Steven Tyler i Joe Perry przez lata zdążyli znaleźć recepty na rozmaite przeciwności losu i problemy osobiste. Tym razem postanowili sami zasiąść w studiu Perry'ego za konsoletą i nadać brzmienie następcy krążka "Nine Lives", korzystając jedynie ze wskazówek Marka Hudsona i Martiego Frederiksena. Po raz pierwszy w długoletniej karierze decydowali o swoim albumie.

Reklama

W specjalnym wywiadzie Steven Tyler, Joe Perry, Tom Hamilton, Brad Whitford i Joey Kramer opowiadają o pracy nad “Just Push Play”, wprowadzeniu Aerosmith do Rockandrollowego Salonu Sławy, koncercie podczas Superbowl i 29. urodzinach Perry'ego.


Gwiazdy ostatnio wam sprzyjały: zostaliście wprowadzeni do Rockandrollowego Salonu Sławy, podczas wręczenia nagród American Music Awards uhonorowano was wyróżnieniem za całokształt twórczości, a nowa płyta „Just Push Play” podbija rynek. Kolejny album i związane z nim obowiązki to chyba dla was chleb powszedni. Czy coś się zmieniło tym razem?

Steven Tyler: Jakoś to wszystko się straszne szybko potoczyło. Jeszcze niedawno siedzieliśmy sobie w studiu, nogi na stole, słuchawki na uszach... Dodatkowo trochę przytłoczył nas fakt, że po roku pracy nad płytą wyszliśmy wreszcie z domu Joe, gdzie ją nagrywaliśmy, a wytwórnia mówi: Nie jest źle, ale... potrzebujemy jeszcze jakiegoś super kawałka na pierwszego singla!. Wróciliśmy więc do studia, nagraliśmy go, z powrotem do wytwórni i wtedy dopiero padli z wrażenia! Stąd w ciągu następnego tygodnia posypały się te wszystkie oferty: wprowadzenie do Rockandrollowego Salonu Sławy, nagroda za całokształt czegoś tam dla kogoś tam, itd. (śmiech) Trochę nas to przytłoczyło, ale nie mówię, że nie jest nam miło!

To tak jakbyście wracali do normalnego życia po roku przebywania w jakimś bunkrze...

Tom Hamilton: ...ale całkiem przyjemnym i bardzo komfortowym bunkrze. Działasz w procesie twórczym, który przypomina tunel - tkwisz w nim przez kilka miesięcy i dopiero na koniec masz okazję z niego wyjść i publicznie zaprezentować to, co udało ci się stworzyć. Tym razem wszystko, co wydarzyło się przez te miesiące poza naszym tunelem, po prostu dla nas nie istniało. A po skończeniu płyty trafiamy od razu na takie wydarzenia, jak amerykański finał Superbowl, podczas którego zagraliśmy.

Czyli największy koncert, jaki kiedykolwiek graliście, z najcieńszą warstwą ochronną, jaką kiedykolwiek mieliście?! Wychodzicie ze studia, a tu takie zderzenie z rzeczywistością... Nagrywanie płyty przez okrągły rok może oznaczać dla zespołu agonię, może to też być niesamowicie twórczy okres. Jak było tym razem?

Steven Tyler: Nie inaczej niż w przypadku nagrywania pięciu poprzednich albumów. Wczuliśmy się mniej więcej w ten sam rytm komponowania, tak że w przeciągu roku nagraliśmy 25 piosenek, z których na album trafiło tylko 12, reszta powstała po to, żeby mieć z czego wybierać. Aby istniała baza kawałków, które potem można umieszczać jako dodatki na różnych innych wydawnictwach - niepublikowane nagrania specjalnie na japońską/australijską/ czy jakąś inną wersję albumu. Ostatnio baza rozrosła się nam na tyle, że mamy po specjalnym utworze dla każdej planety! (śmiech)

Muszę z wami chłopaki - przybić piątkę, bo po raz pierwszy sami wyprodukowaliście swój album!

Steven Tyler: Słyszeliśmy, że ciężko się z nami pracuje, więc chcieliśmy się przekonać, czy to prawda! (śmiech)

Joe Perry: I to prawda. Cholernie ciężko!

Dlaczego przygotowanie płyty trwało tak długo, znacie przecież możliwości studia nagraniowego jak własną kieszeń!

Joe Perry: Długo?! Płytę nagraliśmy o połowę szybciej niż poprzednie!

Chodzi mi o to, że dopiero po tylu latach sami chwyciliście za ster i zabraliście się za produkcję swojego materiału

Steven Tyler: To wyszło po rozmowie z naszym menedżerem. Mówię mu o tym pomyśle, a on: To chcecie już zgarniać kasę za wszystko, nawet za produkcję?! A ja: Nie, po prostu chcę zobaczyć jak to jest!.

Tom Hamilton: Przechodziliśmy już przez okres, kiedy nic nam nie wychodziło z niewytłumaczalnych przyczyn. Kiedy się rozpadliśmy po to, żeby z powrotem zabrać się za nagrywanie nowej płyty, postanowiliśmy wyrzucić wszystkich ze studia i samemu zająć się wszystkim. Potem nie podobał nam się jednak ostateczny efekt, więc zdecydowaliśmy się na współpracę z producentami. Wiedzieliśmy, że dalej musimy mieć się na baczności, uważnie słuchać tego, co powstaje, ale sposób nagrywania i aranżowania utworów zostawiliśmy już komu innemu. Dlatego ponowne zajęcie się produkcją płyty wymagało od nas sporej dojrzałości.

Wielu słuchaczy pewnie nie ma nawet pojęcia, czym tak naprawdę zajmuje się producent. To on decyduje, że nad tym jeszcze musimy trochę popracować, że to brzmi świetnie, a tamto wymaga jeszcze takich a takich poprawek. Kiedy sami się tym zajmujecie, problem tkwi w tym, że czasami nie wiadomo, kiedy powiedzieć sobie: „OK, to już brzmi dobrze i nie wymaga więcej poprawek, zabieramy się za coś następnego”. Bez producenta łatwo przekombinować.

Joe Perry: Tak, to jedno z jego najważniejszych zadań. Czasem faktycznie trudno jest samemu sobie powiedzieć ‘stop’.

Steven Tyler: Co więcej, on miksuje materiał, nadaje mu ostateczny kształt. W którymś momencie doszedłem do wniosku, że skoro sami piszemy piosenki, to czemu też nie nagrać ich według własnego pomysłu, „dokończyć dzieła stworzenia”?! Nigdy nie wiesz, co ci wyjdzie, ale jeżeli masz w głowie jakiś projekt, czemu nie doprowadzić go do końca?!

Brad Withford: Nikt nie zna tych piosenek lepiej, niż Steven i Joe. Tylko oni tak naprawdę wiedzą, co i jak chcą w nich przekazać. Kiedy zaczynasz pracę w tym biznesie, potrzebny ci jest producent, bo sam do końca nie wiesz jeszcze, czego chcesz. Czasem zatrudnienie znanego producenta to dla wytwórni płytowej swego rodzaju polisa ubezpieczeniowa gwarantująca, że płyta zostanie ukończona na czas. My dorośliśmy już jako zespół i uwierzyliśmy we własne siły.

W przypadku niektórych zespołów producent jest ich szóstym zmysłem, kimś sypiącym z rękawa pomysłami, które jednak nie zawsze zgadzają się z tym, "co sobie tam zespół przed wejściem do studia wymyślił". Ostatecznie powstaje bałagan, nikt się z nikim nie potrafi dogadać. Bejrut w sobotnią noc.

Steven Tyler: Często faktycznie dochodziło do sprzeczek, ale z drugiej strony ci ludzie są nam potrzebni. Mark Hudson ze swoim wyczuciem do muzyki i taaakim poczuciem humoru, Marti Frederiksen potrafiący zagrać na każdym instrumencie. W tym kłębowisku osobowości kłębiła się też masa pomysłów.

Joe Perry: Mieliśmy też możliwość produkowania swoich własnych partii instrumentalnych i wokalnych. To, co uprzednio wyszło spod naszego pióra, było też dokończone przez nas samych.

Steven Tyler: ...albo wyśmiane i wyrzucone do kosza. Nie żartuję, czasami odchodziliśmy od zmysłów!

Pierwszy singel z nowej płyty, z utworem "Jaded", opowiada zmyśloną czy prawdziwą historię?

Steven Tyler: Muszę mówić, że zmyśloną, inaczej by mnie zaczęli jeszcze palcami wytykać (śmiech). Pomysł na tę piosenkę mieliśmy bardzo dawno temu, ale wróciliśmy do niego dopiero po nagraniu prawie całego albumu. Wiedzieliśmy, że pracujemy nad czymś wyjątkowym. Tak jak kiedyś "Janie’s Got A Gun", tylko że teraz Janie nie strzela już do nikogo, a cała historia jest mniej dosłowna.

Zastanawiam się nad jedną rzeczą. W przypadku The Beatles, wszystko, co robili - od podróży do studia, przez czytanie gazety, a kończąc na zwykłym spacerze - miało swoje odzwierciedlanie w ich twórczości. Czy w waszym przypadku też funkcja "zbieranie inspiracji" jest też włączona non-stop, czy korzystacie z niej tylko przed wejściem do studia, kiedy za chwilę macie się zabrać za pisanie?

Steven Tyler: Jeżeli wpadnie ci do głowy jakiś fragment melodii, pomysł na riff, czy coś innego, na czym można by oprzeć potem cały utwór... kiedyś bardzo często Joe wyskakiwał z jakimś riffem gitarowym, ja dołączałem do tego linie wokalu, Tom od razu nucił motyw gitary - tak było przy "Sweet Emotion" - jak masz już jakiś zaczątek piosenki, to nie zaznasz spokoju, dopóki jej nie skończysz. Nurkujesz w książki, próbujesz sobie przypomnieć, co powiedziała do ciebie twoja córka... Kiedyś śpiewałem sobie jakieś zbitki słów i nagle Liv zwróciła mi uwagę, że śpiewam coś o "cadillac wack", coś zupełnie bez sensu, ale potrafiłem to mamrotać w kółko cały dzień. Jeżeli stworzysz szkielet jakiegoś utworu - możesz nawet planować, że dokładnie w takim a takim miejscu znajdzie się słowo - tytuł piosenki, to potem choćby podświadomie trzymasz się tego planu. W przypadku „Jaded” przez dwa miesiące nie umiałem wymyślić środkowych słów pierwszej zwrotki, aż nagle zaśpiewałem wszystko za jednym podejściem i ta pierwsza myśl pasowała jak ulał! Więc pisanie piosenek może być nieraz całkiem zabawne.

Tom Hamilton: Musisz mieć uszy i oczy otwarte. Nagle przychodzi ci do głowy jakaś świetna linijka, a nie siedzisz w pokoju z pustą kartką papieru, tylko akurat prowadzisz samochód, i wtedy po prostu musisz ją zapamiętać.

By wtedy w samochodzie nie rzucać wszystkiego w poszukiwaniu kartki i długopisu...

Steven Tyler: W dzisiejszych czasach można po prostu nagrać swój głos. Taka technika! (śmiech) A potem nagrywasz godzinny album, zrobiony z takich właśnie pojedynczych linijek...

Tytułowy kawałek z płyty "Just Push Play" ma w sobie pewien niesamowity, lekko hiphopowy nastrój

Steven Tyler: Kiedyś poczułem dokładnie to, co ty, słuchając utworu w niezrozumiałym dla mnie języku, coś jak suahili. Przegrałem go, zaniosłem do instytutu języków obcych i zapytałem się kto i - przede wszystkim - o czym tu śpiewa. Miesiąc później okazało się, że było to śpiewane w jamajskim "portoire" - nie, Joe, to nie jest coś co możesz zjeść na kolację (śmiech) - i znaczyło coś w stylu „sześć lat bez wojny” itd., ale ponieważ był to w dodatku jeszcze slang, dlatego mogło to znaczyć dokładnie wszystko. Dlatego wpadłem na pomysł, żeby po każdej frazie w tym języku, dodawać jedną linijkę po angielsku: Oddała ci kwiat, ten który dał jej Bóg.... Nie należy wnikać w sens tego tekstu, najważniejsza jest tu ta mieszanina języków. Potem jest jeszcze refren, w którym pada wyrażenie "Fuckin’ A" - wiem, że i tak zostanie w radiu wycięte i o tym nawet śpiewam w następnej linijce: "zaraz i tak to wytną". To może zabawnie brzmieć w radiu - wycinacie jakiś fragment, o którym zaraz śpiewam, że go wycięliście - samospełniające się proroctwo. Kto wie, może jedyna ‘niepocięta’ wersja będzie dostępna wkrótce tylko w Napsterze?!

Głośno myślę, kto mógł wykonywać partie rapowe w piosenkach Aerosmith i dochodzę do wniosku, że chyba też tylko i wyłącznie Steven Tyler! Nie takie sztuczki robiłeś już na koncertach promujących pierwsze płyty zespołu

Steven Tyler: To duży wpływ muzyki rhythmandbluesowej. "Walk This Way" był pierwszym kawałkiem z elementami rapu. Przyznaję, że gdybym wiedział, jaką modę rozpętamy, nagralibyśmy ich znacznie więcej. Ale to był tylko fragment historii, jeden z wielu gościnnych udziałów podczas sesji nagraniowej innego wykonawcy. Pamiętny fragment historii.

Od waszej współpracy z Run DMC wielu datuje narodziny związku rapu z metalem, który teraz zbiera żniwo popularności. Wspominacie ją jako zatem błogosławieństwo czy przekleństwo?

Steven Tyler: Nie możemy sobie też przypisywać zbyt wiele. Duża zasługa w tym samych członków Run DMC, którzy w muzyce - nazwijmy to średnio wówczas popularnej - potrafili odnaleźć siłę, która działa na ludzi po dziś dzień!

Joe Perry: To i tak musiało się kiedyś wydarzyć, całkiem naturalnie. A że mieliśmy szczęście być tam i wtedy...

Czy kiedy nagrywacie płytę u siebie, "w domowych pieleszach" - bo album „Just Push Play” powstał prawie w całości w studiu w domu Joe - nie macie problemów z mobilizacją do pracy? Bez kogoś, kto stałby nad wam i zaganiał do studia...

Joe Perry: W naszym zespole nie jest to żaden problem. Codziennie rano spotykaliśmy się o 11 rano i zaczynaliśmy nagrywać. Każdy z nas chciał kiedyś skończyć nagrywanie tej płyty i to też mobilizowało nas do działania.

Steven Tyler: Czasem wybierałem się do kina i w trakcie seansu stwierdzałem, że nie tam jest teraz moje miejsce i że powinienem właśnie w tej chwili robić coś zupełnie innego. To dopiero motywacja! Nie musimy czekać, aż rano wejdziemy do studia, żeby coś nagrać - każdy z nas ma w domu Pro Toolsy i możemy to robić w każdej chwili. Wystarczy wcisnąć "play".

Osobiście uważam, że "Just Push Play" to najbardziej wyrafinowane brzmienie Aerosmith, jakim uraczyliście nas do tej pory. I do tego zawdzięczacie je tylko sobie! Musieliście chyba spędzić dużo czasu w studio na samym poznawaniu technik nagrywania i obsługiwania tego całego sprzętu

Steven Tyler: Cyfrowa technika nagrywania dźwięku pozwala ci robić z nim po prostu wszystko! Charakterystyczny fragment "Dude Looks Like A Lady" wziął się z jednego z pierwszych w tym czasie samplerów i to przez zupełny przypadek. Teraz, po 25 latach, możemy wykorzystać jakiś fragment "Walk This Way" w jakimś zupełnie nowym utworze i nikt się nawet nie zorientuje!

A co powiecie o życiu rock’n’roll’owego zespołu w cyfrowych czasach? Jaki ma to wpływ na samą waszą muzykę?

Joe Perry: Jeżeli weźmiesz słowo digital („cyfrowy”) i przyjrzysz mu się dokładnie, to mówi ono: dig-it-all („drąż w tym”).

(cisza)

(wszyscy) Woooow!

Steven Tyler: Technika cyfrowa to coś, co pozwala przez malutki otwór w kabelku przeprowadzić dźwięk, z którego można potem zrobić wszystko, co się chce. Przyspieszyć, zwolnić, powykręcać itp. To, co tak podobało nam się we współpracy z Glennem Ballardem, producentem naszej poprzedniej płyty "Nine Lives", to jego zdolność operowania tymi wszystkimi przyciskami na stole mikserskim. Potrafił zaprosić nas do pomieszczenia w studio i w jednej chwili odtworzyć nam nagrany właśnie materiał od dowolnego dźwięku, przy dowolnej szybkości. Nieoceniona jest też pomoc urządzeń, które pozwalają ci w przeciągu zaledwie trzech godzin nagrać wstępną wersję utworu!

Część ludzi uważa, że uciekanie się do pomocy maszyn zabija prawdziwą muzykę, bo to już nie człowiek, ale komputer jest jej ostatecznym twórcą

Steven Tyler: To nie ma nic do rzeczy! Jeżeli nasz dźwiękowiec, który z racji swojego zawodu jest - podobnie jak ja - prawdziwym audiofilem, siedzi w słuchawkach podłączonych do jakiegoś urządzenia, o którym nie masz pojęcia czym jest i do czego służy, po czym wyjmuje wtyczkę i po pokoju roznosi się fajna muzyka, to co z tego, że to muzyka z komputera! Nie możemy mówić sobie - Z tego nam nie wolno skorzystać, bo gramy rocka, a to już jest cyfrowe, nie wolno się w ten sposób ograniczać!

Najważniejsze, żeby to nie zastąpiło tylko twojej własnej pasji do grania

Tom Hamilton: Nagrywanie w ten sposób czasami może pomóc twojej wyobraźni. Często nagrywając jakiś kawałek masz w głowie wiele pomysłów, które są wartościowe, ale nie sposób skorzystać z nich w danej chwili. Dzięki programowi zwanemu Pro Tools, możesz realizować swoje pomysły w danej chwili nic nie tracąc. Jeżeli wymyśliłem właśnie jakąś świetną linię basu, do której zagrania musiałbym ćwiczyć przez kilka dni, zaraz programuję komputer, który przetwarza tę melodię kilkakrotnie, aż mam to, czego chcę. Oczywiście, można powiedzieć, że to drobne oszukaństwo, bo nie gram w końcu fizycznie ja, ale dla mnie jest to coś, co wspomaga wyobraźnię.

Steven Tyler: A potem i tak się musisz tego nauczyć. Tak jak fragment "Outta Your Head" - najpierw coś sobie nagrywasz, potem się z tego uczysz.

To tylko powoduje, że dopiero zaczyna się doceniać waszą wcześniejszą twórczość. Niektóre zespoły używają cyfrowej technologii, aby odtworzyć brzmienie, które było dla was charakterystyczne 25 lat temu!

Joe Perry: I niesamowite jest to, jak dobrze im się to udaje! Potrafią niektóre elementy czerpać z lat 60. po to, żeby dodać do nich coś z lat 70. itd. itp.

Brad Withford: Najważniejsze jest jednak, że to wszystko po prostu nieźle brzmi. Nie da się idealnie odtworzyć brzmienia ludzkiego głosu, tak jak nie da się powtórzyć starego brzmienia pierwszych marshallowskich gitar.

Tom Hamilton: W środowisku muzyków jest takie wyrażenie garbage-in, garbage-out: nie da się grać czegoś, czego się nie czuje, spodziewając się, że wszystkie niedociągnięcia wyretuszuje za ciebie maszyna.

W marcu zostaliście wprowadzeni do Rockandrollowego Salonu Sławy. Jak się z tym czujecie?

Joe Perry: Nie mieliśmy zbyt dużo planów na marzec, więc postanowiliśmy zafundować sobie wycieczkę do Nowego Jorku (śmiech). Była to całkiem niezła zabawa.

Czy wiedzieliście, kto was wprowadzi?

Joe Perry: Mogliśmy wprawdzie kogoś zasugerować, ale nie wiem, czy miało to jakieś znaczenie dla organizatorów.

Steven Tyler: To trochę przytłaczające - być taką żyjącą legendą rocka...

Ale to wy w 1995 roku wprowadziliście do Rockandrollowego Salonu Sławy samych Led Zeppelin! Pamiętam urządzone z tej okazji jam-session. Coś wspaniałego!

(wszyscy) Dzięki.

To zabawne, kiedy po raz pierwszy słuchałem "Trip Hoppin’" pomyślałem sobie, że niezależnie co robicie z waszymi kawałkami, ciągle pobrzmiewa w nich prawdziwy blues! Czy to część waszej misji? Wiem, że to na pewno część was samych...

Brad Withford: Blues płynie w naszych żyłach.

Steven Tyler: To widać wychodzi nam naturalnie...

Joe Perry: Większość ludzi, którzy słuchali naszej nowej płyty, uważa, że brzmimy na niej jak stare dobre Aerosmith o wiele bardziej niż na innych albumach. A ja tego nie rozumiem, po prostu tego nie słyszę.

Może to kwestia tego, że dopowiadają sobie co nieco - nawet nie macie pojęcia, jak wiele osób czekało, aż z powrotem zaczniecie grać "ciężko"

Joe Perry: Ktoś mnie pytał, kiedy znowu zaczniemy grać "z pazurem". A wydaje mi się, że zawsze tak graliśmy. A na tej płycie jest już szczególnie dużo pazura!

Czy kiedy ktoś stwierdza, że jakiś kawałek brzmi jak Aerosmith, to w ogóle wiecie o czym mówi?

Joe Perry: Nie, to o czym przed chwilą wspominałem - ja tego nie słyszę. Jest może parę naszych własnych kawałków, które w pewnym sensie przypominają mi to, co sami kiedyś robiliśmy, ale to wszystko. Tak jest m.in. z "Under My Skin".

Steven Tyler: To coś, z czego nie zdajemy sobie sprawy. Czasami proces myślenia czy komponowania przebiega w naszym przypadku tak, jak kilkadziesiąt lat temu - i dlatego efekty końcowe mogą być podobne. Ale to jest nieświadome. Coś brzmi jak stare Aerosmith? Cóż, może faktycznie takie jest.

Widziałem wasz występ w styczniu 2001 r. podczas finału Superbowl, kiedy graliście przed 6-milionową publicznością. Muszę was najpierw zapytać, jak zareagowaliście na propozycję grania podczas imprezy, na której występowali też wykonawcy typu ‘N Sync?

Tom Hamilton: Po koncercie przychodzi do mnie parę osób i mówi: Widziałem wasz występ, obieracie jakiś nowy kierunek artystyczny? Ja na to: Zaraz, zaraz, przecież to był tylko jeden jedyny występ!. To była impreza rozrywkowa, a nie jakieś oświadczenie w sprawie dalszej kariery!

Steven Tyler: Jeżeli będziesz słuchał się tego, co mówią inni, to długo nie pociągniesz! Od tego czasu grają nas przecież we wszystkich porannych programach radiowych! To, co nam zaproponowano, to zagranie największego koncertu w całej naszej karierze, takiego, jakiego nie grali jeszcze nawet ‘N Sync, Britney Spears, Mary J. Blige, ani inni. Na pytanie, ile osób obejrzy ten występ, usłyszeliśmy: 600 milionów osób, więc jak można było odmówić?!

Faktycznie, dla wielu fanów muzyki była to pierwsza okazja, żeby przekonać się, że naprawdę można grać i śpiewać na żywo. Ale jak wytłumaczyć, dlaczego wybrano akurat was do zagrania koncertu razem z ‘N Sync i Britney Spears? Czemu właśnie ten zespół na największej scenie świata?

Joe Perry: Musieliśmy zacząć przyzwyczajać się to tak licznej publiczności przed naszą przyszłą trasą. Inaczej moglibyśmy przeżyć szok na koncertach! (śmiech)

Tom Hamilton: Jeżeli ktoś dzwoni i pyta cię, czy jesteś zainteresowany występem podczas finału Superbowl, który w TV obejrzy 600 milionów widzów, to jak można powiedzieć „nie”?!

Joe Perry: Dodatkowo okazało się, że cały koncert będzie dodatkowo pokazany w MTV, że scenę i wszystko wokół projektował sam Mark Fish...

Przypomnijmy tylko, że Fish pracował nad gigantyczną oprawą występów Pink Floyd, AC/DC, U2, Stonesów...

Steven Tyler: Ważną kwestią było także to, czy chcemy, aby ten koncert przypominał poprzednie finały Superbowl w Las Vegas, z wielkimi, nieosiągalnymi gwiazdami, grającymi na wysokiej scenie, totalnie olewającymi publiczność czy - tak jak sugerowało MTV - obniżyć scenę, zaprosić na nią kilka osób z publiczności, zrobić show dla ludzi. Ucieszono się, że chcemy zagrać "Walk This Way" - po prostu nie mogliśmy się nie zgodzić!

Tom Hamilton: W dodatku wszędzie dookoła miała być tylko i wyłącznie publiczność. Widziałem kiedyś występ ZZ Top podczas jednej z takich imprez, kiedy grali na małej scence-wysepce na środku boiska, otoczeni wyłącznie... trawą. Wyglądało to co najmniej komicznie.

Brad Withford: Wiem, że wielu zatwardziałym fanom Aerosmith bardzo podobał się ten występ i nie widzieli w nim najmniejszego problemu. Choć jeżeli zapytasz ich o nasze ostatnie tak naprawdę rockowe albumy, to wskażą "Rocks" i "Toys In the Attic"... W zasadzie nie wiadomo, jak z nimi rozmawiać - pewnie, że dobrze, iż lubią nasz stary materiał, ale grupa nie może przecież stać w miejscu.

Cieszę się, że postanowiliście zagrać właśnie "Walk This Way", bo ten właśnie kawałek stał się już jednym z prawdziwych wielokulturowych hitów wszech czasów. Dzieliliście wtedy scenę z innymi kultowym zespołem Run D.M.C., z którym po prostu współgraliście. Bo nie wyobrażam sobie Aerosmith w duecie np. ze Sly & The Family Stone...

Tom Hamilton: Cieszy mnie fakt, że wszyscy fani ‘N Sync mieli okazję poznać prawdziwą gitarową muzykę w wykonaniu Aerosmith. Oni wszyscy naprawdę byli spragnieni takiego brzmienia! Czas określany mianem „śmierci muzyki gitarowej” przypadł na okres wydania naszej poprzedniej płyty, kiedy pojawili się The Prodigy, wtedy wszyscy zakrzyknęli - „tak wygląda muzyka przyszłości!”, ale to był widać tylko przejściowy entuzjazm.

Steven Tyler: Ja byłem jedną z tych osób, które krzyczały, że tak wygląda przyszłość rock’n’rolla, bo bardzo lubię elektronikę.

Wydaje mi się, że reakcje po występie Aerosmith na Superbowl były w pewien sposób podobne to tych, jakie kiedyś wywołał wasz duet z Run DMC - wtedy przecież też część fanów była zachwycona, a część do dziś nie rozumie tego posunięcia...

Steven Tyler: Każdy ma prawo do swojego zdania. Teraz, że "się sprzedajemy", kiedyś, że "mydlimy oczy czarnym"... Wszystko już słyszeliśmy. Chodzi o dobrą zabawę, a występ podczas Superbowl trwał około ośmiu minut! Tylko pomyśl, 3 miliony dolarów za 8 minut grania...

Tom Hamilton: Nie, wcale nam tyle nie zapłacili! (śmiech). Naprawdę, 3 miliony kosztowała sama produkcja naszego występu. Dożyliśmy czasów, kiedy elektrycznej gitary nie uświadczysz prawie w żadnym filmie czy w telewizji, a tu nagle dzwoni telefon - i ktoś chce słuchać elektrycznej gitary! Niesamowita ironia...

Joe, niedawno obchodziłeś swoje... 29. urodziny

Joe Perry: Ach, znowu 29! I trwa to już od kilku lat... (śmiech)

Niewielu z nas miało okazje słuchać na swoich urodzinach występu np. grupy Cheap Trick. Gratulacje! Jednak dla mnie - i pewnie dla wielu innych osób - punktem kulminacyjnym wieczoru było wręczenie ci przez samego Slasha gitary, na której grałeś w wielu utworach z pierwszych płyt Aerosmith, a której nie widziałeś na oczy od dobrych kilkunastu lat!

Joe Perry: Sprzedałem ją na początku lat 80. Potrzebowałem wtedy pieniędzy, a to był jedyny sposób, żeby je uzyskać, bo gitara o której mówisz, była warta mnóstwo pieniędzy. Wiem, że potem miała jeszcze wielu właścicieli, a ostatnim z nich był Slash, który dołączył ją do swojej kolekcji. Przez wiele lat starałem się ją odzyskać, mam ją ze sobą na paru sesjach fotograficznych z tamtych lat, ale bezskutecznie - dopiero podczas ostatniego przyjęcia urodzinowego okazało się, że była wśród moich prezentów! Dlatego zagrałem na niej później na scenie razem z Cheap Trick.

Tom Hamilton: Czuję, że Slash tak naprawdę nie chciał się z nią rozstać, bo słyszał, że należała do kogoś, kto naprawdę miał słuch! (śmiech)

W dodatku kogoś 29-letniego, prawda?! (śmiech) Chciałbym zapytać o wasz stosunek do udostępniania muzyki w Internecie. Po tych wszystkich przygodach Metalliki z Napsterem, zespół, który nie pozwala umieszczać swoich nagrań w Sieci, albo próbuje się temu przeciwstawiać, traktowany jest jak arogancka gwiazda, grupa pozbawionych skrupułów groszorobów, naciągaczy itd. itd.

Tom Hamilton: Dla mnie możemy być kimś jeszcze gorszym.

Steven Tyler: To jak pożyczanie sobie żony na wieczór. Ile z siebie można oddać za darmo innym ludziom?! Może jestem stary i mam jakieś dziwne podejście do tego typu spraw, ale syn Joe’a ściąga sobie z Sieci stare płyty zespołów grających w latach 60. i chociaż może to tylko igła w stogu siana, składa się na niebezpieczny proceder. Niby jest to dla niego tylko część edukacji muzycznej - przewodnik po tym, co i jak się wtedy grało, ale istnieje jeszcze coś takiego jak "past catalogue" - płyty, które ukazały się już jakiś czas temu, a za sprzedaż których artysta też powinien dostawać należne mu tantiemy. Nie po to gramy już od 26 lat, żeby teraz nic nie mieć z naszej dawnej twórczości. Teraz, kiedy tamte płyty znajdują się w Sieci i można je sobie za darmo ściągnąć, uważam, że każdy powinien je mieć, ale nie w taki sposób, żeby artysta nic na tym nie zarabiał!

Brad Withford: To tak jak z handlem autografami sławnych aktorów czy sportowców. Ludzie nie rozumieją, że skoro nie jest to fizyczny produkt, taki, który można sobie zdjąć z półki w sklepie, to można go traktować inaczej. A tak nie jest.

Tom Hamilton: Są dwie odrębne kwestie - czy podoba nam się pomysł ściągania z Sieci muzyki i czy należy za to płacić, czy nie. Póki co, nie da się ich rozdzielić. Szczęśliwie odzywają się głosy, które nie mają nic przeciwko płaceniu za muzykę ściąganą z Internetu i jestem pewien, że gdyby Napster od początku nie był darmowy, ludzie i tak by z niego korzystali. Chcesz usłyszeć jakiś kawałek z 1973 roku, ale nie znasz jego autora i nie wiesz, czy ta płyta jest jeszcze w sprzedaży - masz do niej dostęp we własnym domu. I nie musisz obszukiwać wszystkich sklepów muzycznych w okolicy.

Na koniec chciałbym zapytać was, czy naprawdę czujecie jeszcze ten stres, napięcie przed premierą nowego albumu? Czy wydawanie płyt po tych wszystkich latach nadal was wzrusza?

Steven Tyler: Ścierają się we mnie dwa podejścia - jedno mówi, że skoro tyle już osiągnęliśmy, jedna klęska nie jest w stanie nam zagrozić. To jedna z motywacji, która pozwala ci działać: Skoro to, co miałem do powiedzenia wczoraj, nie było wystarczająco dobre, to na pewno to, co chcę powiedzieć dzisiaj, jest o niebo lepsze! Więc czy mnie to wszystko jeszcze obchodzi? Pewnie, że tak! Interesuje mnie to, co mówią o nas na imprezach, jak skomentuje nasz utwór facet w radiu, czy podoba się najnowszy klip - potrzebuję znać o sobie choćby najgorszą opinię. Wyznaję zasadę, że to, co cię nie zabije, tylko cię uodporni. Lub chociaż sprawi, że będziesz chciał być silniejszy. Zawsze będzie się mówiło o każdej naszej nowej płycie i dobrze, i źle - ale ostateczna ocena należy przecież tylko do słuchacza.

Na podstawie materiałów promocyjnych Sony Music Polska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje