"Co cię nie zabije, tylko cię uodporni"


Czy można przez ponad 30 lat grać rocka i przez tak długi czas mieć coś ciekawego do zaprezentowania? Zespół Aerosmith udowadnia, że na to pytanie należy udzielić odpowiedzi twierdzącej. W marcu 2001 roku słynny kwintet rodem z Bostonu uraczył swoich fanów kolejnym albumem, zatytułowanym "Just Push Play", na które trzeba było czekać aż cztery lata. W tym okresie docierały do nas niepokojące informacje o kłopotach personalnych, nieporozumieniach z menedżmentem itp. Najczarniejsze scenariusze przewidywały nawet zakończenie działalności Aerosmith. Jednak Steven Tyler i Joe Perry przez lata zdążyli znaleźć recepty na rozmaite przeciwności losu i problemy osobiste. Tym razem postanowili sami zasiąść w studiu Perry'ego za konsoletą i nadać brzmienie następcy krążka "Nine Lives", korzystając jedynie ze wskazówek Marka Hudsona i Martiego Frederiksena. Po raz pierwszy w długoletniej karierze decydowali o swoim albumie.

Reklama

W specjalnym wywiadzie Steven Tyler, Joe Perry, Tom Hamilton, Brad Whitford i Joey Kramer opowiadają o pracy nad “Just Push Play”, wprowadzeniu Aerosmith do Rockandrollowego Salonu Sławy, koncercie podczas Superbowl i 29. urodzinach Perry'ego.


Gwiazdy ostatnio wam sprzyjały: zostaliście wprowadzeni do Rockandrollowego Salonu Sławy, podczas wręczenia nagród American Music Awards uhonorowano was wyróżnieniem za całokształt twórczości, a nowa płyta „Just Push Play” podbija rynek. Kolejny album i związane z nim obowiązki to chyba dla was chleb powszedni. Czy coś się zmieniło tym razem?

Steven Tyler: Jakoś to wszystko się straszne szybko potoczyło. Jeszcze niedawno siedzieliśmy sobie w studiu, nogi na stole, słuchawki na uszach... Dodatkowo trochę przytłoczył nas fakt, że po roku pracy nad płytą wyszliśmy wreszcie z domu Joe, gdzie ją nagrywaliśmy, a wytwórnia mówi: Nie jest źle, ale... potrzebujemy jeszcze jakiegoś super kawałka na pierwszego singla!. Wróciliśmy więc do studia, nagraliśmy go, z powrotem do wytwórni i wtedy dopiero padli z wrażenia! Stąd w ciągu następnego tygodnia posypały się te wszystkie oferty: wprowadzenie do Rockandrollowego Salonu Sławy, nagroda za całokształt czegoś tam dla kogoś tam, itd. (śmiech) Trochę nas to przytłoczyło, ale nie mówię, że nie jest nam miło!

To tak jakbyście wracali do normalnego życia po roku przebywania w jakimś bunkrze...

Tom Hamilton: ...ale całkiem przyjemnym i bardzo komfortowym bunkrze. Działasz w procesie twórczym, który przypomina tunel - tkwisz w nim przez kilka miesięcy i dopiero na koniec masz okazję z niego wyjść i publicznie zaprezentować to, co udało ci się stworzyć. Tym razem wszystko, co wydarzyło się przez te miesiące poza naszym tunelem, po prostu dla nas nie istniało. A po skończeniu płyty trafiamy od razu na takie wydarzenia, jak amerykański finał Superbowl, podczas którego zagraliśmy.

Czyli największy koncert, jaki kiedykolwiek graliście, z najcieńszą warstwą ochronną, jaką kiedykolwiek mieliście?! Wychodzicie ze studia, a tu takie zderzenie z rzeczywistością... Nagrywanie płyty przez okrągły rok może oznaczać dla zespołu agonię, może to też być niesamowicie twórczy okres. Jak było tym razem?

Steven Tyler: Nie inaczej niż w przypadku nagrywania pięciu poprzednich albumów. Wczuliśmy się mniej więcej w ten sam rytm komponowania, tak że w przeciągu roku nagraliśmy 25 piosenek, z których na album trafiło tylko 12, reszta powstała po to, żeby mieć z czego wybierać. Aby istniała baza kawałków, które potem można umieszczać jako dodatki na różnych innych wydawnictwach - niepublikowane nagrania specjalnie na japońską/australijską/ czy jakąś inną wersję albumu. Ostatnio baza rozrosła się nam na tyle, że mamy po specjalnym utworze dla każdej planety! (śmiech)

Dowiedz się więcej na temat: pytanie | oczy | muzyka | słuchać | technika | koncert | piosenki | pomysł | ITD | push | brad | występ | studia | Nie | śmiech

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje