Reklama

Reklama

Sixto Rodriguez: Film, który zmienił jego życie. 10 lat od premiery "Sugar Man"

Sixto Rodriguez, który stał się znany za sprawą filmu dokumentalnego "Sugar Man", zyskał dzięki niemu drugą młodość. Zapomniany artysta stał się dużo popularniejszy niż przedtem, a całkiem nowe pokolenie fanów poznało jego twórczość. Od premiery filmu mija w tym roku 10 lat.

Sixto Rodriguez otrzymał drugą szansę po premierze filmu "Searching for Sugar Man"

Rodriguez, a tak naprawdę Sixto Rodriguez, przyszedł na świat 10 lipca 1942 roku. Ten legendarny gitarzysta-samouk i wokalista pierwsze koncerty dawał na początku lat 60. ubiegłego wieku w barach i klubach rodzinnego Detroit.

Tam tworzył na początku kariery. W mieście nagrał dwie pierwsze płyty, "Cold Fact" (1970) i "Coming from Reality" (1971). Mówiono, że odniesie sukces na miarę Boba Dylana (dzięki politycznym tekstom wspierającym najbiedniejszych w skromnej folkowej oprawie), to jego albumy przechodziły bez echa. Z tego powodu Sixto zdecydował, że zajmie się rozwojem w innych dziedzinach niż muzyka. Rozpoczął studia filozoficzne na Wayne State University. 

Reklama

W połowie lat 70. Rodriguez mógł sądzić, że nadeszły lepsze czasy. Jego utwory zyskiwały na popularności w Australii i Nowej Zelandii. Do tego stopnia, że zdecydował się wyruszyć tam w trasę koncertową. Kameralne występy nie były jednak aż tak popularne, jak mogło mu się wydawać. W międzyczasie do RPA dotarła jego muzyka, o czym on sam nie wiedział. Okazało się, że teksty wspierające mniejszości bardzo podobały się walczącym z apartheidem.

O Rodriguezie nie wiedziano naprawdę nic, do tego stopnia, że w RPA podawano, że autor kompozycji, które były niezwykle popularne wśród aktywistów, nie żyje (fanem Rodrigueza miał być Steve Biko, pokojowy działacz, który zmarł w 1977 roku).

Poruszony informacjami o nieżyjącym już rzekomo bardzie, który miał mieć tak duży wpływ na działaczy w RPA, lokalny dziennikarz chciał napisać o nim artykuł. Działo się to w 1998 roku, a badający temat zaczął szukać kontaktu z ludźmi, którzy znali Rodrigueza. Wtedy wyszło na jaw, że Sixto Rodriguez nie tylko nie umarł, ale pracuje, lecz nie w zawodzie muzycznym. Okazało się, że Rodriguez zarabia na życie pracując na budowie w Detroit.

Ostatecznie odnaleziony muzyk zechciał porozmawiać z dziennikarzem, co spowodowało, że na Rodrigueza spadła sława, jakiej nigdy nie miał. Do wznowienia kariery doprowadziło wydanie filmu dokumentalnego "Searching for Sugar Man" autorstwa Malika Bendjelloula, dzięki któremu Rodriguez wreszcie zyskał sławę poza RPA. Film dostał Oscara, a muzyk stał się rozpoznawalny w Europie i Stanach Zjednoczonych.

"To tak jakby ktoś napisał niesamowity scenariusz. Tyle że to prawdziwa historia. Nigdy w życiu nie spotkałem się z czymś takim" - opowiadał szwedzki reżyser, który dwa lata po sukcesie filmu popełnił samobójstwo w wieku zaledwie 36 lat.

Kilka miesięcy po wielkim sukcesie filmu, w lutym 2013 roku, polską premierę miała płyta ze ścieżką dźwiękową. Wystarczyło sześć miesięcy, aby album "Searching For Sugar Man" (zawierający utwory z obu studyjnych wydawnictw Rodrigueza) uzyskał w naszym kraju status Platynowej Płyty. Zaraz po tych wydarzeniach muzyk powrócił na dawne, muzyczne ścieżki i rozpoczął światową trasę koncertową. Zagrał m.in. na Montreux Jazz Festival, czy słynnym Glastonbury Festival. 

Polska publiczność również doceniła Rodrigueza - na wiosnę 2014 roku zagrał aż trzy koncerty nad Wisłą. Kolejny raz zawitał do Polski w lipcu 2016 roku. Od tego czasu nie pojawił się ponownie w naszym kraju, a pandemia nieco odsunęła w czasie jego koncertowe plany. W tym roku muzyk skończy 80 lat. Jego skromny dorobek płytowy poszerzył się jedynie o koncertowy album nagrany w Australii.

"Wydaje mi się, że uważał, iż nie musi być kochany i podziwiany, jeśli może zachować swoją niezależność. Jakby mówił: po prostu pozwólcie mi być Rodriguezem. Moim zdaniem, to główny powód jego porażki komercyjnej w Stanach i Europie" - mówił Bendjelloul.

Mimo kilku intensywnych i przepełnionych koncertami lat, Rodriguez nie zmienił się - nadal mieszka w Detroit, a ostatnie koncerty zagrał w 2020 roku. Później powstrzymała go pandemia, a jego aktywność w mediach społecznościowych jest sporadyczna. 

Fani twórczości "Sugar Mana" domagają się kolejnej trasy koncertowej, ale nic nie wskazuje na to, by niemal 80-letni muzyk zechciał powrócić do koncertowania. Dwa lata temu w Detroit pojawił się mural stworzony w hołdzie wybitnemu wokaliście i lokalnemu patriocie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy