Reklama

Przewodnik rockowy: Jeff Lynne - artystyczny spadkobierca Beatlesów

Jeżeli Beatlesi działaliby do dziś, to wykonywali by taką właśnie muzykę! - Paul McCartney w latach 80. ubiegłego wieku o nagraniach Electric Light Orchestra. (Cytat z pamięci!)

Zajmując się od starożytności muzyką niepoważną, doszedłem do niebywale odkrywczego wniosku, że przy jej tworzeniu najważniejszy jest talent. Tom wymyślił! Oczywiście to banał, ale zacząłem od niego, bo chciałbym mu nadać troszkę głębszy sens. Bo, żeby grać czy śpiewać (trochę lepiej lub trochę gorzej...) wystarczy tylko, mieć dobry słuch i pozwalającą na przekazanie tekstu pamięć.

Reklama

Natomiast talent ujawnia się dopiero gdy dochodzi do interpretacji tego czy owego utworu. I nawet kiedy uda się z jego pomocą osiągnąć interesujący efekt, to i tak jest to tylko talent przez małe "t". Natomiast z talentem przez duże lub nawet wielkie "T", mamy do czynienia, gdy ten czy ów artysta komponuje coś pięknego i niebanalnego lub gdy pisze poetyckie oraz mądre słowa. I tu zaczynają się schody, bo większość tzw. "kompozycji" powstaje zazwyczaj z przypadku, poprzez rozwinięcie jakiegoś krótkiego motywu, najczęściej zresztą wykorzystywanego w refrenie. Reszta to bełkot, który szybko zapominamy.

Zupełnie inaczej jest gdy do układania melodii lub pisania słów biorą się ci spod znaku wielkiego "T". Wtedy takie dzieło staje się niezapomnianym i zdarza się, że nawet żyje dłużej niż jego twórca. A ponieważ wspomniałem, że ci wybitni stanowią zaledwie mały procent wszystkich, którzy zasypują nas muzyką (czy raczej częściej pseudomuzyką), to myślę, iż mogę stwierdzić, że tych pierwszych, w całej historii rock'n'rolla było zaledwie kilkudziesięciu lub może ewentualnie kilkuset.

Na mojej prywatnej, a więc absolutnie subiektywnej liście rockowych kompozytorów wszech czasów, nieprzerwanie od lat króluje Paul McCartney (z uwzględnieniem pieśni, które sam skomponował, a które zostały opisane jako wynik jego kolaboracji z Johnem Lennonem). Co do pozycji wicekróla i pozostałej arystokracji, to do tych "godności" kandyduje kilkanaście osób, wśród których jedną z najważniejszych jest niejaki Jeff Lynne. A użyłem zwrotu "niejaki", bo zdaję sobie sprawę, że młodsi rock fani mogą mieć kłopoty ze skojarzenie, kto zacz? Dlatego polecam prześledzenie poszczególnych etapów jego kariery, bo ta w pewnym momencie była tak intensywna, że zmęczony artysta świadomie ją porzucił na rzecz czegoś, co daje mu równie wielki prestiż wśród ludzi z branży, ale nie zmusza do ciągłego pisania oraz nagrywania superprzebojów i do odbywania związanych z nimi niekończących się tras koncertowych. On po prostu wybrał święty spokój. A zatem ad ovum.

Zgodnie z zasadą traktowania płodu jak człowieka, życie Jeffa Lynne zaczęło się gdzieś na przełomie marca i kwietnia 1947 r. Może źle liczę, ale faktem niezbitym jest, że chłopczyk któremu nadano imię Jeffrey, wyskoczył z mamy brzuszka 30 grudnia tegoż roku. Stało się to w Shard End, w Birmingham. W Anglii. Jeff wychował się w rodzinnym domu przy 368 Shard End Crescent, a chodził do Alderlea Boys Secondary School. Wtedy też ujawnił zainteresowanie muzyką, co sprawiło że tata za dwa funty kupił mu pierwszą gitarę. W 1964 młody "gitarzysta" założył zespół, który nazwał The Rockin' Hellcats, a potem przechrzcił na The Handicaps, a w końcu na The Andicaps. Grupa szybko się rozpadła, co sprawiło, że Lynne zainteresował się nagrywaniem rocka. W związku z tym już w 1965 r. kupił sobie bardzo dobry magnetofon stereofoniczny, dzięki któremu najpierw dobrze usłyszał, a potem zrozumiał, jak ważne jest odpowiednio wyrafinowane aranżowanie i produkowanie muzyki. W rok później, jako 19-latek przyłączył się do formacji The Nightriders, która zmieniła szyld na The Idle Race. Już z tym bandem udało mu się nagrać dwa bardzo dobrze przyjęte przez krytykę albumy: "The Birthday Party" w 68 i "Idle Race" w 69. Ponieważ komercyjnego sukcesu jednak nie odniosły, to w 1970 dał się zaprosić do współpracy z innym, wtedy już bardzo popularnym zespołem - The Move.

The Move, to grupa powstała w 1965 r., w Birmingham. W następnych latach, pod przywództwem swojego głównego wokalisty - Carla Wayne'a i śpiewającego gitarzysty oraz basisty - Roya Wooda, udało się jej wylansować sporo świetnych przebojów (m.in. "Flowers in the Rain", "Fire Brigade", "Blackberry Way", "Brontosaurus" i "Tonight") oraz cztery bardzo interesujące długograje ("Move" w 1968, "Shazam" i "Looking On" oba z 1970, a także "Message from the Country" z 1971).

Jeff Lynne z The Move w singlu "California Man" (1972):


Dwa ostatnie z nich były już stworzone przy współudziale Jeffa Lynna, który zastąpił w formacji Carla Wayne'a. Co bardzo ważne, Roy Wood, Jeff Lynne i stale grający z nimi świetny perkusista - Bev Bevan, w pewnym momencie stwierdzili, że w związku z ogromnymi zmianami zachodzącymi wówczas w rocku, należy szybko w jakiś sposób unowocześnić graną przez siebie muzykę. Po zastanowieniu, postawili na jej usymfonicznienie (myśleli o rozwinięciu tego, co zaczęli The Beatles). W efekcie doszło do przemiany The Move w... Electric Light Orchestra.

Co istotne, użycie w nazwie Electric Light Orchestra słowa orkiestra była w pełni zasadne, bo obok rockowego trzonu Wood-Lynne-Bevan, w zespole grali jeszcze: Bill Hunt (rożek francuski i róg myśliwski) oraz Steve Woolam (skrzypce); a także grupa sidemanów: Rick Price (bas), Richard Tandy (klawisze), Wilfred Gibson (skrzypce) i aż trzech wiolonczelistów - Hugh McDowell, Mike Edwards oraz Andy Craig. Ponieważ liderzy ELO byli już znanymi rockmanami, to bez kłopotu nagrali i wydali w 1971 r. swój pierwszy album o jakże zaskakującym tytule - "Electric Light Orchestra". Spodobał się, ale na szczęście (!) krótko po jego opublikowaniu, doszło do poważnych rozbieżności między Royem i Jeffem, które doprowadziły do odejście z grupy tego pierwszego (założył własną - Wizzard). Oznaczało to, że od tej pory bezspornym liderem (wokalistą, gitarzystą, kompozytorem, autorem tekstów i aranżerem) orkiestry został Jeff Lynne. W 1973 r. na rynek trafił LP "ELO 2" i singel z szaleńczą wersją przeboju Chucka Berry'ego - "Roll Over Beethoven". No i się zaczęło...

ELO i "Roll Over Beethoven":


Następnych 13 lat to: sporo nie najistoteczniejszych zmian personalnych (m.in. w ELO grał na skrzypcach muzyk o polskich korzeniach - Mik Kaminski); setki coraz bardziej widowiskowych koncertów; dziesięć kolejnych długograjów ("On The Third Day" - 1973, "Eldorado" - 1974, "Face The Music" - 1975, "A New World Record" - 1976, podwójny "Out Of The Blu" - 1977, "Discovery" - 1979, filmowe "Xanadu" - 1980, "Time" - 1981, "Secret Messages" - 1983 i "Balance Of Power - 1986) oraz niekończąca się lista hitów z: "Showdown", "Ma-Ma-Ma Belle", "Can't Get It Out of My Head", "Eldorado", "Evil Woman", "Strange Magic", "One Summer Dream", "Telephone Line", "Rockaria!", "Livin' Thing", "Do Ya", "Turn to Stone", "Sweet Talkin' Woman", "Mr. Blue Sky", "Wild West Hero", "Shine a Little Love", "The Diary of Horace Wimp", "Last Train to London", "Don't Bring Me Down", "Xanadu" (wspólny z Olivią Newton-John), "Ticket to the Moon", "Here Is The News", "Hold On Tight", "Secret Messages", "Rock 'n' Roll Is King" i "Calling America" na czele! Jak podają fachowcy, tylko do roku 1986 na świecie sprzedano ponad 50 milionów krążków z muzyką i tekstami napisanymi przez Jeffa Lynne'a (potem doszły do tego jeszcze miliony kompaktowych wersji oryginalnych LP)!

Ponieważ przy jakiejś okazji na pewno jeszcze raz wrócę do dziejów Electric Light Orchestry, to aby chwilowo zamknąć temat, dorzucę tylko iż w 1986 r. Jeff Lynne powiadomił kolegów, że ma już dość, i że powinni uważać historię zespołu za zamkniętą (choć jak się później okazało nieostatecznie), a sam zajął się produkowaniem płyt innych artystów. Dodam super-artystów. A żeby nie być posądzonym o nadużywanie superlatyw, dość sumiennie wymienię tych, z którymi pracował. A zatem: w 1987 z George'em Harrisonem zrobił album "Cloud Nine" (przeboje: "Got My Mind Set On You", "This Is Love); w 1988 z Royem Orbisonem "Mystery Girl" (hity: "You Got It", "California Blue", "A Love So Beautiful"); w 1989 z Tomem Pettym "Full Moon Fever" ("Free Fallin'", "I Won't Back Down", "A Face in the Crowd"), w 1990 znów z Pettym "Into the Great Wide Open" ("Learning To Fly", "Into The Great Wide Open"). Potem jeszcze - już wspominając tylko najważniejszych - współpracowali z nim: Joe Cocker przy płycie "Night Calls", Ringo Starr ("Time Takes Time") i znów George Harrison ("Brainwashed") i wreszcie z sam Paul McCartney ("Flaming Pie)"!

Jeff Lynne i The Beatles. Można właściwie napisać, że mimo iż Lynne nigdy nie nagrywa się z Johnem Lennonem, to jednak w bardzo istotny wspomógł także i jego. Jak to możliwe? Otóż na prośbę George'a Harrisona zajął się produkcją i wzbogaceniem dwóch "odgrzebanych" piosenek Lennona "Free As A Bird" i "Real Love", które później stały rarytasami na słynnej beatlesowskiej "Antologi". A propos jego przyjaźni z George'em - Jeff był jednym z najważniejszych uczestników pamiętnego koncertu który w 29 listopada 2002 r. odbył się w Royal Albert Hall, w celu uczczenia pamięci zmarłego równo rok wcześniej Harrisona.

A na koniec, na deser, zostawiłem sobie jeszcze jeden bardzo ważny i piękny epizod z kariery Jeffa Lynne'a. Otóż w 1988 r. doprowadził on do powstanie jednej z największych supergrup w dziejach, czyli do połączenia swojego talentu, z tym co Szef Szefów ofiarował George'owi Harrisonowi, Tomowi Petty'emu, Royowi Orbisonowi i Bobowi Dylanowi. Cała piątka, jako Traveling Wilburys najpierw nagrała wspaniały album "Vol. 1", a później, już bez zmarłego międzyczasie Orbisona, nieco słabszy, ale też znaczący - "Vol. 3".

Zobacz teledysk "Handle With Care" Traveling Wilburys:

PS. Jeff Lynne nagrał też dwa albumy pod swoim własnym nazwiskiem: "Armchair Theatre" w 1990 i "Long Wave" w 2012 oraz jeden, który firmowała nazwa ELO ("Zoom" - 2001), ale który tak naprawdę był próbą zrobienia własnego longplaya w brzmieniu kojarzonym z jego dawnym zespołem.

Czytaj poprzednie odcinki "Przewodnika rockowego"

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje