Reklama

Wielki magnes w rudzie żelaza

Monster Magnet "Mastermind", Mystic Production

Na tle niedawnych, solowych koszmarków Chrisa Cornella, a jednocześnie w oczekiwaniu na namacalne dowody powrotu Soundgarden oraz wobec faktu rozpaczliwych przedsięwzięć w rodzaju "Garcia Plays Kyuss", z odległej galaktyki w sukurs fanom amerykańskiego grania przybywa Dave Wyndorf, by wraz ze swoim zespołem o najfajniejszej nazwie pod słońcem, przypomnieć wszystkim, kto jest prawdziwym "Space Lordem" stoner rocka.

Reklama

Wydanym w 1992 roku, debiutanckim albumem "Spine Of God", Monster Magnet, wraz z wczesnym Soundgarden, oraz nieocenionym Kyuss i Sleep, kładł podwaliny pod to, co dziś znane jest jako stoner rock. A było to na długo zanim "retro" stało się "trendy".

Album ów, w parze z wypuszczonym rok później "Superjudge", a także "Dopes Of Infinity" z 1995 r., z pewnością pomogły utorować drogę chmarze przyszłych adeptów stoner rocka i metalu, na czele z kalifornijskim Fu Manchu oraz kontynuatorami retroidei z brytyjskiego Orange Goblin czy Electric Wizard.

Pełen sukces stał się udziałem zespołu z New Jersey wraz z opublikowaniem "Powertrip" (1998), na którym Wyndorf, zapatrzony dotąd w pierwotny ciężar gitary Tony'ego Iommiego i psychodeliczny rock lat 70., a nawet bezpośrednio cytujący tuzów space rocka (zwłaszcza Hawkwind i Captain Beyond), odjechał w stronę bardziej komercyjnego hard rocka, czego przykładem był bijący rekordy popularności singel "Space Lord".

"Mastermind", pierwszy od trzech lat album Monster Magnet, jest w pewnym sensie kompromisem między dwoma etapami kariery Amerykanów, choć raczej z naciskiem na ten drugi; stąd materiał pasuje bardziej do klubów ze striptizem i barów dla motocyklistów, niż amatorów wszelkiego rodzaju muzycznych dopalaczy. Różnica polega na tym, że tak solidnie nie brzmieli od lat.

Powrotem do korzeni okazuje się być zaserwowany już na sam początek "Hallucination Bomb" z wyczuwalnym klimatem lat 70. i tłustymi riffami mającymi swe źródło w skarbnicy Black Sabbath. Przebłyskiem z tamtych, odległych rejonów jest też "Perish In Fire" ze świetnym wykorzystaniem bongosów. To jednak tylko chwilowe wspomnienie "Spine Of God". Dalej mamy już do czynienia z całą gamą, klasowych rockowych hymnów ("Bored With Sorcery", "Dig That Hole", "Gods And Punks", "100 Million Miles Away"), na których zadymioną atmosferę sprzed czterech dekad szybko rozwiewa magnetyczna przebojowość. Potwierdza to również od dawna dowodzoną tezę, że z zespołu stonerrockowego, Monster Magnet przedzierzgnął się w doskonale brzmiący, amerykański hardrockowy kolektyw. Na dodatek, dziś mentalnie odmłodzony, jeszcze bardziej wkurzony i głodny.

Niemal każdy z 12 zawartych tu numerów buja jak należy, skrzy celnymi solówkami i chwytliwymi riffami, może za wyjątkiem przydługawego "The Titan Who Cried Like A Baby", w którym moc firmowego "power rocka" nieco siada, oraz w "When The Planes Fall From The Sky", będącym czymś na kształt wolnej, żałobnej pieśni - tu jednak ciężar ma kapitalnie złowieszczy charakter!

"Mastermind" może i nie jest wydarzeniem na miarę powrotnego albumu "Black Gives Way To Blue" Alice In Chains ani zjawiskowego debiutu Them Crooked Vultures, które zebrały zasłużone laury w podsumowaniach 2009 roku. Nie bije też popularnością zespołów pokroju Foo Fighters. Nie zmiana to jednak faktu, że nowa propozycja Monster Magnet jest kolejną, ożywczą pozycją na polu amerykańskiego rocka ostatnich lat.

Niczym człowiek, który przyciąga żelazka, tak dziś Mr Wyndorf znów ma szansę na dłużej przykuć uwagę fanów. Czyżby po latach tułaczki w kosmicznej przestrzeni, Monstrualny Magnes znalazł wreszcie swą rudę żelaza?

8/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: żelazo | rud | rude | Monster Magnet | Mastermind | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje