Reklama

Ulver "Flowers of Evil": Niby zwykły pop a niezwykły palimpsest [RECENZJA]

Koniec świata! Stare baby zaciążają, ptactwo lata do tyłu, aluminium rdzewieje, a Ulver wydali taką samą płytę jak poprzednio. Ale czy na pewno?

Okładka płyty "Flowers of Evil" grupy Ulver

Ulver musi być dla konkurencji najbardziej denerwującą rzeczą od momentu odkrycia podagry i kamieni nerkowych. Za co się nie wezmą, robią to dobrze. Ba! Mimo, że wychodzą na cudze boisko, zazwyczaj grają niegorzej, a wręcz ciut lepiej niż drużyna gospodarzy. Przypomnijmy sobie. W 1998 r. wyczłapują jak gdyby nigdy nic z knieji, a tam już czekają gajery i amerykański muscle car, w którym nasłuchawszy się klasyków industrialu nagrywają "Zaślubiny". I co? Do dziś słucha się tego bez większego poczucia obciachu.

Reklama

Potem trafiają na post-industrialne granko spod znaku Coila. I znów, może poprzeczki brytyjskich kolegów po fachu nie doskakują, ale dostajemy coś na naprawdę wysokim poziomie. Industrialno-metalowy prog-art-rock? Nie da się? Poroniony pomysł? Jak to? Przecież "Blood Inside" i "Wars of the Roses".

Potem kolejna wolta w kierunku muzyki - z braku lepszego określenia - klasycznej, z której Rygg et consortes wychodzą w 2017 płytą... popową. Bo "Assassination", znów ze znakomitym efektem, ryła pod elektroniczną tradycją wywiedzioną z SPK, a prowadzącą przez Depeche Mode po tuzów w stylu Talk Talk.

"Flowers of Evil" to kolejny kroczek na tej drodze, choć pójście po obowiązującej w recenzjach linii, że to znów/nadal właśnie Depesze łamani na Talk Talk wydaje się tyleż wygodnym, ile przynoszącym recenzentom sromotę, uproszczeniem. Bo, na dobrą sprawę, celniej będzie szermować terminami synthwave czy nawet funk ("Machine Guns & Peacock Feathers"). A i fani Marka Bilińskiego znajdą tu coś dla siebie.

Dodatkowo Ulver w swojej popowej menażerii mieszczą całkiem inną menażerię. Poważniejszą, skomplikowaną symbolicznie, z tropami prowadzącymi, co oczywiste po tytule, do Baudelaire'a, ale i Piera Francesca Orsiniego, wnuka znanego z historii kardynała, szesnastowiecznego kondotiera, który w laziańskim Bomarzo założył kompleks manierystycznych ogrodów, gdzie poumieszczał rzeźby wszelakiej maści potworów. Po śmierci fundatora ogrody zarosły, tworząc wraz ze znajdującymi się weń bestiami rodzaj żywego, na poły przyrodniczego, na poły mitologicznego palimpsestu.

I ten termin zdaje się znakomitym kluczem do rozbioru semantycznego "Flowers of Evil". Pod wierzchnim, wysmakowanym, a jakże, ale na wskroś popowym poziomem, czai się tyle odniesień, że i domorosłego szalikowca "Wahadła Foucalta" Eco mogą przyprawić o migrenę.

Stara prawda jest taka, że naprawdę trudno jest nagrać dobry album popowy. Wysycony hookami, pełen frasującej melodyki. Jeszcze trudniej nagrać taki album nie poświęcając inteligencji na ołtarzu przebojowości. A jeśli dodać do tego tak niesamowite natężenie treści dalece odstających od popowego kanonu traktującego o tym, że X kocha Y, a Y X już niekoniecznie i tak dalej, stajemy w obliczu nieobliczalnego. To jest prawdziwego dzieła sztuki. Można Ulver nie kochać, ale ciężko przejść obok niewzruszonym zręcznością i inteligencją ich muzyki. Niezależnie od tego, o której iteracji formacji Rygga mówimy. Tym razem próg wejścia jest niesamowicie niski. Doskonała okazja, by dać się Norwegom uwieść. Albo uwieźć. Na kulturowe manowce.

Ulver "Flowers of Evil", Mystic

8/10


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Ulver | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje