Reklama

Tame Impala "The Slow Rush": Spiesz się powoli [RECENZJA]

Kevin Parker po pięciu latach od wydania poprzedniej płyty swojego projektu, Tame Impala, mierzy się z oczekiwaniami słuchaczy. Chociaż nie da się odmówić "The Slow Rush" uroku, to muzyk nie zawsze wychodzi z tego starcia zwycięsko.

Okładka płyty "The Slow Rush" grupy Tame Impala

Jeśli mowa o "The Slow Rush", nie było chyba albumu, na który bardziej się czekało w środowisku nerdów muzycznych, którzy z wypiekami czekają na wszystko, co okraszone zostaje mianem spadkobiercy wielkich twórców rocka psychodelicznego. A tak się składa, że w ten syndrom wpadł zespół Tame Impala - de facto jednoosobowy projekt australijskiego wokalisty i multiinstrumentalisty Kevina Parkera.

Reklama

Sukces, jaki osiągnął muzyk przy okazji wydanego w 2015 roku "Currents" zaskoczył chyba samego artystę. Jednocześnie był w pełni zasłużony: już singlowe "The Less I Know The Better" porywało niesamowicie soczystą partią basu, przebojowością oraz bardzo charakterystycznym, nieco vintage'owym, matowym brzmieniem, którego nie da się porównać z niczym innym. A nie był to nawet najlepszy utwór z tej płyty! Album z miejsca został okrzyknięty jedną z najlepszych, najbardziej kompletnych pozycji rockowych dekady. Kevin Parker natomiast rozpoczął współpracę z wieloma muzykami (nie tylko rockowymi, wszak udzielał się także na "Astroworld" trapowego artysty, Travisa Scotta oraz nagrywał z SZA), po czym w swoim niespiesznym tempie ujawniał single, przypuszczalne daty premiery. Aż dzień sądu nadszedł.

"The Slow Rush" to zresztą idealny tytuł: presja, którą fani - często poznający zespół dopiero po "Currents" - wywarli na Parkerze była ogromna, ale jednocześnie muzyk w swoich działaniach nie spieszył się za specjalnie. Czy wpłynęło to na zawartość albumu? Cóż, i tak, i nie.

Ciekawym wydaje się porównanie, że "The Slow Rush" brzmi jakby próbowano uzyskać płytę rockową hiphopowymi środkami. Kevin Parker radzi sobie z tym faktem o wiele lepiej niż chociażby Imagine Dragons, w którym - mimo skrajnie innego brzmienia - daje się wyczuć podobny etos pracy. Chodzi o traktowanie własnoręcznie nagrywanych instrumentów niczym sampli, pracę na powtarzanych i co najwyżej uzupełnianych pętlach.

Z rapu twórca Tame Impali czerpie też wpływy funkowe: te najbardziej uderzają w sekcji rytmicznej. Soczysty bas zostaje mocno wysunięty na przód, a bębny mają wyrazisty groove, którego jeżeli nie pozazdrościłby James Brown, to przynajmniej Bruno Mars. Jeżeli głowa nie poruszy wam się sama przy tym, co dzieje się w trakcie "Lost in Yesterday" czy "Is It True", polecana jest wizyta u laryngologa, bo te utwory łamią karki i z automatu wprawiają stopy w ruch.

"Borderline" jawi się jako jeden z najlepszych utworów na płycie: kompozycja tkana jest bardzo szczegółowo, tło jest o wiele bogatsze niż początkowo może się wydawać, a "to coś brzmiącego jak flet" puszczanego na koniec taktów w refrenie to istny budulec klimatu. Niestety, pomimo mocy kawałka, utwór stracił wiele w porównaniu do bezbłędnej wersji singlowej. O ile na albumie piosenka kreowana jest w sposób bardzo linearny, o tyle w znanym od kilku miesięcy singlu etniczne wpływy były wysunięte bardziej do przodu, a w pewnym momencie kompozycja wyciszała się, pozwalając sobie na potrzebny oddech, którego na płycie już zabrakło. To niesamowicie działało i martwi mnie, ile takich decyzji na niekorzyść utworów mógł popełnić Kevin Parker w trakcie ostatnich poprawek przy "The Slow Rush".

Niestety, słabszych momentów tu nie brakuje. Nie da się nie pomarudzić na te niewiele wnoszące do całości house'owe inklinacje w "One More Year" czy "Glimmer". Końcówka płyty, której częścią jest ten drugi numer, to zresztą przykład twórczej indolencji, która niespodziewanie dopadła Parkera. Trudno zachwalać "It Might Be Time", w którym Parker brzmi jakby chciał dopieścić patenty kompozycyjne wyciągnięte z "The Smile Sessions" Beach Boysów, krzyżując je z bębnami od DJ-a Shadowa, a ostatecznie żadnej z tych inspiracji nie jest w stanie uciągnąć do końca w sposób satysfakcjonujący. Z kolei ostatni numer, "One More Hour", rozwija się zbyt wolno i za mało się w nim dzieje, aby rozciągać go do aż siedmiu minut, a powtarzalność pewnych motywów (te nieustająco grające klawisze!) wręcz irytują. Brak wyczucia, kiedy należałoby skończyć, to zresztą również zmora "Tommorow's Dust" i "Posthumous Forgiveness", które ciągną się o tę minutę-dwie za długo.

Na dodatek miejscami ma się wrażenie, że Kevin Parker stracił część pasji wyczuwalnej na "Currents" i leci na autopilocie wypranym z emocji. Niech tu za przykład posłuży "On Track" - tak jakby za bardzo się rozleniwił przez zakręcenie się na punkcie wypracowanego wcześniej brzmienia. Aż chce się mu krzyknąć: "dobrze, Kevin, weź w końcu wyłącz ten flanger i skup się na tym, jak działają kompozycje, zamiast nad tym, jak brzmią!". A najciekawiej brzmią dopiero wtedy, kiedy Parker wyzwala się z ram, w które sam się wpisał. W "Breathe Deeper" porzuca psychrock na rzecz chilloutu i dużo więcej uwagi przykłada do melodii. Boli to o tyle, że na "Currents" wyważenie między brzmieniem oraz pomysłami na kompozycje działały idealnie.

Muszę jednak usprawiedliwić swoje malkontenctwo: to nie tak, że "The Slow Rush" to zły album. Jest po prostu dobry, słucha się go miejscami z nieskrywaną przyjemnością, ale nic więcej. Ba, ma momenty, w których ciągnie się miłosiernie, a to przy poprzednich dokonaniach Kevina Parkera sygnowanych nazwą Tame Impala i tak stawia ten krążek w pozycji mocnego rozczarowania. Stąd z uwagi na brak połówek ocena - niestety - zaokrąglona w górę. Oby na zachętę.

Tame Impala, "The Slow Rush", Universal Music Polska

7/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Tame Impala | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje