Reklama

Reklama

Suede "Autofiction": Emerytura nie dla nich [RECENZJA]

"Autofiction" pokazuje ekipę Bretta Andersona jako zespół, który zdecydowanie nie powiedział ostatniego słowa. Choć ostatnich słów powiedzieli już przecież wiele.

"Autofiction" pokazuje ekipę Bretta Andersona jako zespół, który zdecydowanie nie powiedział ostatniego słowa. Choć ostatnich słów powiedzieli już przecież wiele.
Okładka płyty "Autofiction" Suede /materiały promocyjne

Powroty po latach to w świecie muzycznym coś, co udaje się niezwykle rzadko. Zazwyczaj decydują o nich nie niespełnione artystyczne ambicje, szuflady pełne materiału, ale proza życia. To mianowicie, że hulaszczy lifestyle, który nieraz staje się udziałem gwiazd muzyki pustoszy pozornie bezkresne kiermany szybciej niż demencja umysł prezesa. I zagranie na nostalgii dawnych fanów wydaje się najłatwiejszym sposobem podratowania domowego budżetu. Inna rzecz, że nic w tym złego etycznie, wszak pasożytowanie na własnym dorobku jest prawem każdego. Może najwyżej powstawać pewien absmak.

Reklama

Czytaj także: Recenzja Suede "Night Thoughts": Lepiej nie trzymać żyletek w pobliżu

O absmaku nie ma mowy, jeśli popatrzymy na to, co wyprawia ekipa Bretta Andersona od kiedy ponownie zeszli się w 2010. Każdy album Suede po reaktywacji trzyma co najmniej przyzwoity poziom. A "Autofiction" wydaje się ich najfajniejszym materiałem od czasów "Coming up". W dodatku wydaje się również najbardziej punkowym czy może post-punkowym nagraniem w ich karierze. Nie zrozumcie mnie źle, Suede to nadal kapela od ogromnych przestrzennych refrenów, jak choćby w "15 Again". To nadal rockowe brzmieniowe rozpasanie, z którym w mainstreamie ścigać się mogą najwyżej Jane's Addiction czy mogłoby Muse, gdyby Matt Bellamy miał za grosz talentu i nie był bucem.

Ale post-punkowy angst czy - by ująć to bardziej po polsku - nerw jaki znajdziecie choćby w "Personality Disorder" to raczej rzecz przynależąca do płyt The Stranglers albo The Damned, nie sympatycznych londyńczyków. Choć, wróć, The Damned też są z Londynu. No, ale nie są sympatyczni.

Jaka jest tajemnica artystycznego sukcesu "Autofiction"? Taka, że - czy to kwestia czasów, jakich dożyliśmy, czy formy zespołu - Suede znów wydają się trafiać w duch czasu, być adekwatnymi. Czuć wyraźnie, że im się chce, że trzymając rękę na pulsie choćby tego, co dzieje się dziś w brytyjskiej post-punkowej alternatywie spod znaku Black Midi, Old Country New Road, Idles czy Fountaines D.C., jednocześnie nie zatracają własnego charakteru. Nie zginął też ich talent do pisania fantastycznych piosenek, który sprawił, że ich debiut oraz "Dog Man Star" tak na Wyspach (i nie tylko) namieszały w swoim czasie.

Czytaj także: Suede: O zjadaniu własnych jąder

I tak oto, po cichu, bez zbędnego buńczucznego pitolenia zespół z historią wydał płytę, która na luzaku wyląduje w rocznych podsumowaniach. Może nie na pudle czy na najwyższych miejscach. Ale w większości podsumowań zapewne się zmieści. A ile zespołów po resuscytacji może się czymś takim pochwalić? No właśnie. Fajnie. Naprawdę fajnie usłyszeć, że nasi dawni bohaterowie, niczym Hieronymus Carl Friedrich von Münchhausen z bagna, potrafią się za własne łby wyciągnąć z niebytu z taką klasą.

Suede "Autofiction", BMG Entertainment

8/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy