​Recenzja Sonar "Torino": Soul na klubowego kaca

Po raz kolejny okazuje się, że nie trzeba podążać za modą, żeby odnieść sukces. Sonar przedstawia wizję swojej muzyki i podobnie, jak w przypadku "Pętli", wychodzi na plus.

Szkoda tylko, że zespół nie poszedł za ciosem i nie nagrał płyty w całości po polsku

Jakiś czas temu trafiliśmy w dziwną przestrzeń wątpliwej jakości electropopowych duetów. Chłopak robił beaty, dziewczyna śpiewała, a publiczność była zadowolona z muzyki. Bezpiecznej, często pozbawionej smaku i dobrego gustu. Na szczęście Sonar ma z tym niewiele wspólnego, nie tylko z najbardziej oczywistych powodów. Po pierwsze to nie jest duet, a po drugie robi dobrą muzykę. Jest jednak pewien łącznik.

Reklama

Porównanie nie jest przypadkowe, ponieważ poprzedni materiał grupy - "Pętle" - trafił w podobną matnię. Pełną soulu i elektronicznego sznytu. Grupa wyróżniała się jednak brzmieniem, miejscami głęboko zakorzenionym w brytyjskich klimatach lat 90. oraz tekstami w naszym języku, które pozwoliły Lenie Osińskiej wspiąć się na jeszcze wyższy poziom. Tym razem jest to zupełnie inne przeżycie, które znowu jest dużym ciosem dla konkurencji, która z zazdrością może podziwiać kompozycje Łukasza Stachurko. Ten poszedł na całość, totalnie zmienił klimat i przyniosło to dobry skutek.

Zbyt często patrzymy poza granice naszego pięknego kraju. Przez to umykają takie skarby, jak właśnie Stachurko. Przy całym szacunku do Osińskiej, perkusisty Rafała Dutkiewicza i klawiszowca Artura Bogusławskiego, to Łukasz jest głównym architektem sukcesu i wyjątkowości "Torino". Materiału innego, wręcz klubowego, ale ciągle dostarczającego emocji. W przeciwieństwie do "Pętli", które były nocnym spacerem jesienną porą po wielkomiejskiej dżungli, tym razem producent stawia na wczesnoporanne godziny, podczas których najwytrwalsi mają jeszcze siłę tańczyć. Jest dużo cięższych dźwięków (takie "Nie Słuchaj" spokojnie mogłaby skomponować Flava D), trafiają się też sekwencje rodem z drum’n’bassu. Stachurko potrafi też zaskoczyć i odpowiednio zmienić klimat, jak w "Simple", kiedy "do gry" wchodzi raper Squair Blaq.

Stylistycznie najbliższe dokonaniom poprzednika mogą wydawać się "Simple" i "Lost & Found", które to zostało mądrze umiejscowione pomiędzy tanecznym "Face the Sun" z fantastycznym Milesem Bonnym, którego występ pozostawia sporo niedosytu, a EDM-owym wymiataczem - "Hidden Garden". Najbrudniejsze "Odkrywam" kompletnie wyłamuje się ze schematu "Torino", podobnie jak transowe "Waitin’", czy imponujące swoją przestrzenią "Listen Up", będące najlepszym wyborem na rozpoczęcie płyty.

Szkoda tylko, że zespół nie poszedł za ciosem i nie nagrał płyty w całości po polsku. Poprzednio, przede wszystkim dzięki Holakowi (!!!), który tutaj wpada z kilkoma bezsensownymi wersami, było naprawdę dobrze. Teraz Sonar postawił na kilku tekściarzy i pozwolił spróbować się Lenie, która napisała kilka piosenek po angielsku. Wyszło bez większych zastrzeżeń, jednak jej liryki dość blado wypadają przy tekstach Rasa, Holaka i Wandy Berger. Gdzie jej pisaniu do takiego "Lżej"? Samo wykonanie to nie wszystko.

"Torino" słabo jednak kończy, bo zamykający "Lie Still" to najsłabszy utwór na płycie. Nie przeszkadza to w bardzo pozytywnym odbiorze całości. Całe szczęście, z dala od tych wszystkich parodystów, Sonar wraz z So Flow są największymi zjawiskami na naszej okołosoulowej scenie. Po "Torino" przodują ci pierwsi, którzy zdecydowali się porzucić specyficzną atmosferę, na rzecz większej otwartości, zabawy i czerpania garściami z inspiracji, zachowując przy tym olbrzymią klasę. Co ważne, to również dostarczyli U Know Me najlepszy materiał w ich katalogu, deklasując tym samym Zurę z jego zeszłoroczną EP-ką. Sytuacja win-win, z której i tak najbardziej skorzystają słuchacze. Ja tam się cieszę.

Sonar "Torino", U Know Me Records

8/10

Dowiedz się więcej na temat: sonar

Reklama

Reklama

Reklama