Recenzja Rick Astley "Beautiful Life": Poważnie dobre

Jeżeli sama postać Ricka Astleya jest dla was tylko żartem, rozczarujecie się. "Beautiful Life" to porządnie zrealizowany album nagrany przez dojrzałego, szczęśliwego i niesamowicie sympatycznego człowieka.

Rick Astley na okładce "Beautiful Life"

Pamiętacie piosenkę "Never Gonna Give You Up", która dziesięć lat temu okazywała się kryć pod każdym "niezwykle ciekawym" linkiem pojawiającym się w okienku komunikatora internetowego? Przy okazji wydania dwa lata temu albumu "50" - ku zaskoczeniu wielu internautów - okazało się, że Rick Astley ma wszelkie zadatki, aby zostać zapisanym w pamięci muzyki tylko jako ktoś więcej niż ten facet, którego piosenkę w formie żartu znają w zasadzie wszyscy. Jasne, nie był to krążek w żaden sposób przełomowy. Otrzymaliśmy po prostu porządnie zrealizowaną pozycję z gatunku tych, które ani nie robią ze słuchacza idioty, ani nie są specjalnie angażujące. Co jednak ważne, 50-letni piosenkarz pokazał, że nie ma zamiaru wykorzystywać odzyskanej na nowo sławy - sam był już lata świetlne od wizerunku pamiętanego przez wszystkich chłopca z sąsiedztwa ubranego w za duży garnitur i płaszcz.

Reklama

Na "50" Astley częstował nas dawką ciepłych, popowych brzmień z dużą dawką wpływów białego soulu i gospel, zahaczając też miejscami o blues albo lounge. Zaskoczeni? Niepotrzebnie, wszak to droga artystyczna, jaką ustanowił sobie muzyk jeszcze w latach dziewięćdziesiątych po rozstaniu z grupą producencką Stock Aitken Waterman, która odpowiadała za stworzenie jego największych przebojów z "Whenever You Need Somebody" oraz "Together Forever" na czele.

Dobrze na wszystkie podejmowane na płycie tropy naprowadza nas rozpoczynające album, tytułowe "Beautiful Life". Utwór łączy soulowe inspiracje muzyka z funkowymi riffami napędzanymi bujającym basem. Jeszcze lepiej słychać to w "Better Together" postawionym na falsetowanym refrenie wyciągniętym niczym z soulowych klasyków lat siedemdziesiątych. Ucho do komponowania niepozornych acz przebojowych numerów ujawnia się zresztą doskonale w drugiej części "Chance to Dance". Ta niepozorna początkowo kompozycja wraz z wysunięciem na pierwszy plan gitary basowej okazuje się najbardziej rock'n'rollowym momentem na płycie. 

Jeżeli coś tu naprawdę jest w stanie zaskoczyć słuchacza, to dwa momenty: "Empty Heart" utrzymane w klimacie alternatywnego country oraz "Shivers". I tu zatrzymajmy się przy drugim utworze: to połączenie elektronicznej perkusji z klaśnięciami, wszechobecne chórki, przestrzennie położona partia gitary - przecież to czystej próby Imagine Dragons! Trudno było posądzać Ricka Astleya o takie inspiracje, ale niewątpliwie zrealizował swój cel, tworząc kompozycję przebojową, silną zarówno zwrotkami, jak i refrenem.

Sam gospodarz "Beautiful Life" pieczętuje całość swoim niezwykle głębokim głosem, jednak partie śpiewane prowadzone są na ogół wyżej aniżeli artysta zwykł to robić trzydzieści lat temu. Stąd też może wydawać się, że barwa Astleya straciła nieco ze swojej dawnej monumentalności. Posłuchajcie jednak jak gardłowo pochrypuje w zwrotkach "Rise Up" i płynnie przechodzi do falsetu, a zrozumiecie, że przez te wszystkie lata muzyk niesamowicie rozwinął swój warsztat. Jasne, na wyższych rejestrach ujawnia się mogąca irytować, kozia maniera, ale to rzecz na tyle rzadka, że można to spokojnie Astleyowi wybaczyć. Jak tego zresztą nie robić, skoro rzadko mamy do czynienia z tak ciepłą, sympatyczną i zarażającą optymizmem osobą?

Oczywiście "Beautiful Life" nie jest pozycją specjalnie zaangażowaną, ale trudno się nie uśmiechnąć na te wszystkie proste a jakże urzekające i pozbawione pretensjonalności teksty traktujące o miłości muzyka do swojej żony, zaufaniu i wzajemnym wsparciu. Wspominałem, że muzyk napisał je sam? Jasne, to jeszcze nie jest specjalnie zaskakujące, ale wiecie, że niemal każdy dźwięk na płycie został zagrany przez samego Ricka Astleya?

Poprzednia płyta artysty, "50", po mocnym początku traciła sporą część swojego impetu w drugiej części krążka. Całe szczęście "Beautiful Life" to krążek spójniejszy, równiejszy, a akcenty na przestrzeni całego albumu są znacznie lepiej rozłożone. Dzięki temu po wybrzmieniu ostatniego utworu, sentymentalnego "The Good Old Days", w głowie pojawia się jakże przyjemna myśl: "kurczę, to było poważnie dobre!".

Rick Astley, "Beautiful Life", Warner Music Poland

7/10

Dowiedz się więcej na temat: Rick Astley

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje