Reklama

Recenzja Paul Simon "Stranger to Stanger": A Peter Gabriel złorzeczy...

Nowy album Paula Simona, cyzelowany przez pięć długich lat, miał uciekać gatunkowej klasyfikacji. I ucieka. Wielu będzie bardzo zaskoczonych. Na szczęście pozytywnie.

"Stranger to Stranger" to najlepsze, co Paul Simon nagrał od bardzo wielu lat

Simon, wedle jego własnych słów, zmęczony był ciągłymi oczekiwaniami, że nagra oto kolejne "Graceland" albo album symetryczny do dokonań z Artem Garfunklem. Postanowił więc zrobić coś, czego mało kto się po nim spodziewał. I udało mu się. "Stranger to Stranger" to album mocno eksperymentalny. Pierwszą rzeczą, jaka rzuca się w uszy jest fakt, że to bodaj najbardziej na rytmice, a nie harmonii, oparta płyta w karierze Simona.

Reklama

Karaibskie w charakterze "The Werewolf" stoi na sekcji a'la solowe albumy T-Bone'a Burnetta, która jest tu dziełem włoskiego producenta electro o wdzięcznym pseudonimie Clap! Clap!. W "Street Angel" zaczyna to wręcz przypominać Toma Waitsa z okresu "Bone Machine" (!), choć oczywiście złagodzenie wprowadza tu wokal samego Simona. Klasyczne jak dla niego balladziarskie brzmienie, choć natchnione jakby przestrzenią w stylu - z braku lepszego określenia - stingowskimi, słyszymy dopiero w udanym, snującym się niespiesznie i z gracją utworze tytułowym. Stingowate wrażenie potęgują tu zresztą dęciaki. W nim, jak i w gabrielowskim, a zdobnym w gitary a'la malijski blues spod znaku Rokii Traore "Proof of Love" ujawnia się doskonale znany i największy atut Simona, czyli oczywiście tkanie absolutnie genialnych linii wokalnych.

Na tym eksperymenty się jednak nie kończą. Pojawiają się afrykańskie i południowoamerykańskie fletnie, chórki Yorubów, wokalny gospelowy kwartet, jednostrunowa indiańska para-gitara zwana gopichand, czy wreszcie ("Insomniac Lullaby") mikrotonalne instrumenty będące dziełem genialnego nieżyjącego kompozytora-samouka, Harry'ego Partcha. Przy czym wszystkie te baroki nie przytłaczają... muzyki. To, mimo nadreprezentacji dziwactw, nadal znakomita i łatwa w odbiorze płyta.

Choć nie prostacka i kolejne, atłasowo słane połacie dźwięku odkrywa się tu z kolejnymi podejściami. Nie jest to też zwyczajnie granie world music, co byłoby może podejściem logicznym, ale jednocześnie chyba dosyć na łatwiznę. To nadal płyta Paula Simona, z tym że czyniąca sobie punkt honoru z tego, by uciekać jakimkolwiek zdroworozsądkowym podziałom gatunkowym. Weźmy choćby takie "In a Parade". Ni to afrykańska muzyka ludowa, ni to blues, ni to spoken word traktujące o tym, że "nie mogę teraz rozmawiać, idę w paradzie". Przy czym nie słychać tu jakiejś szczególnej napinki i nastawienia, by oto koniecznie nagrać wiekopomne dzieło. Przeciwnie. Zaprzęganie tego wszystkiego w formalne tryby piosenki przychodzi Simonowi z niebywałą łatwością i lekkością. Wszystko to podrasowane jest produkcją, którą podzielili się wspomniany już Clap! Clap! oraz wieloletni współpracownik Simona, Roy Halee. Ciekawostką może być tu fakt, że Halee zaczął współpracę z muzykiem już przy okazji demówek Simona i Garfunkla i liczy sobie obecnie szacowne 81 lat.

"Stranger to Stranger" to najlepsze, co Simon nagrał od bardzo wielu lat i dowód, że nadal może być muzykiem ciekawym, a nie tylko obiektem żartów, jak miało to miejsce w epizodzie "In Harmony's Way" "Family Guya". Tymczasem mający niedługo wydać nową płytę Peter Gabriel siedzi właśnie w fotelu, słucha tego, tupie nogą, zgryza zęby i z zazdrości złorzeczy.

Paul Simon "Stranger to Stanger", Universal

8/10


INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Paul Simon | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje