Recenzja Napalm Death "Apex Predator - Easy Meat": Przepis na wieczną młodość

"Muzyka może być środkiem do szybkiego zniszczenia społeczeństwa" - mawiał pewien człowiek z bródką, który miał być ponoć wiecznie żywy. Lenin nie przewidział jednak istnienia Napalm Death.

Roli, jaką odegrał i do dziś spełnia Napalm Death nie sposób przecenić. Blisko 35 lat w służbie muzyki ekstremalnej niezmiennie budzi ten sam szacunek, podziw i przerażenie. Sumienie ludzkości z wszelkimi jej zwyrodnieniami (tym razem mowa o współczesnym niewolnictwie opartym na wyzysku tytułowej łatwej zdobyczy przez drapieżników ze szczytu kapitalistycznego łańcucha pokarmowego - przerażającym uaktualnieniu ewolucyjno-społecznych teorii Darwina i Herberta Spencera) zaklęte w wehikuł muzycznej bezkompromisowości.

Reklama

Choć zabrzmi to górnolotnie, zespół z betonowej pustyni Birmingham to w świecie ciężkich brzmień monolityczna wręcz instytucja, jakiej na próżno szukać w dzisiejszym, obezwładnionym komercją przemyśle muzycznym. Wydawałoby się, że Napalm Death, jako twórcy odrębnego gatunku muzycznego (grindcore) i do dziś jego liderzy z tysiącami naśladowców, wynalazcy perkusyjnych blastów, o które uzupełnia się słowniki języka angielskiego (blast beat), od dawna mają już prawo wygodnie spocząć na laurach. Nic bardziej mylnego. "Apex Predator - Easy Meat", 15. studyjna płyta ojców grindu, jest bowiem jak fundament teorii Darwina - dziedziczonym z albumu na album, potężnym i wciąż rozwijającym się zbiorem najlepszych cech gatunku.

W kontrze do większości ekstremalnych formacji, Napalm Death nie okopuje się na z góry upatrzonej pozycji; wbrew aktualnym modom nie brnie więc na wariata w zgubny narożnik technicznej ekwilibrystyki, tak samo jak nie trzyma się kurczowo opatentowanego niegdyś schematu. Chęć zespolenia ekstremalnego konserwatyzmu z brzmieniowym postępem i sięganiem po nowe środki wyrazu ujawnili już w latach 90.; kolejne eksperymenty przyszły wraz z nagrywanymi już w XXI wieku albumami "Smear Campaign", "Time Waits For No Slave", a zwłaszcza poprzednim longplayu "Utilitarian" (2012 r.). "Apex Predator..." nie jest jednak wcale tak zuchwały w eksperymentach, jak jego poprzednik, który miejscami wydawał mi się przysłowiowym pójściem o krok za daleko. To album kapitalnie zrównoważony, w którym deathmetalowy groove "Diatribes" (1996 r.) przenika się z grindcore'owymi petardami o dwucyfrowej długości trwania, z jednej strony aberracyjnym (i dość nowoczesnym) łamaniem utworów w dysharmonijne kolaże, z drugiej - crustem, staroświeckim, hardcore'owo-punkowym D-beatem, a gdzie indziej znów mknącą jak strzała thrashową solówką, bolesnym ciężarem i (tym razem) precyzyjnie odważoną dawką awangardowych eksperymentów.

Te ostatnie ujawniają się przede wszystkim w oczywistym uwielbieniu dla amerykańskich szamanów ze Swans w umieszczonym na początku płyty (dość ryzykownie) utworze "Apex Predator - Easy Meat", w którym na tle jedynie plemiennie bijących bębnów Mark "Barney" Greenway wydobywa z siebie tytułową frazę (skojarzenia z pogodną twórczością Throbbing Gristle i Godflesh mile widziane). To zarazem najdziwniejsze i najbardziej intrygujące wprowadzenie w album w historii Napalm Death. Po jego wybrzmieniu kwartet z Birmingham wyprowadza całą serię krótkich (i dobrze znanych), acz niebywale celnych ciosów, w ramach których nawałnica blastów przełamywana jest avant / mathmetalowymi dysonansami ("Smash A Single Digit"), jak u Today Is The Day, The Dillinger Escape Plan czy naszej Antigamy, mocarnym groovem ("Metaphorically Screw You", "Timeless Flogging", "How The Years Condemn", "Cesspits") i ciężkimi zwolnieniami ("Beyond The Pale"); dzieła zniszczenia dokonają zaś "Bloodless Coup" czy "One-Eyed" i wcale nie tak oczywisty "Stubborn Stains"z ciekawą fakturą gitary.

Chwila pozornego wytchnienia pojawia się dopiero w połowie albumu za sprawą niepokojącego brzmiącego, nawiedzonego "Dear Slum Landlord...", znów bliskiego awangardowej twórczości Michaela Giry, Jaza Colemana, ale i Godflesh czy Neurosis. Za udany eksperyment należy też uznać zaskakujący "Hierarchies", który nie dość, że pędzi na thrashową modłę, to nie brakuje w nim wielogłosowego, czystego śpiewania!

Podsumowaniem płyty, ale i na dobrą sprawę całej twórczość Napalm Death, jest z kolei "Adversarial / Copulating Snakes" - Napalm Death w pigułce z całym dobrodziejstwem jego muzycznych proweniencji, gdzie pierwsza część to hołd dla D-beatowców z Discharge (przeradzający się w grindową hekatombę), druga - ukłon w stronę Szwajcarów z Celtic Frost i jawne nawiązanie do stutonowego "Procreation (Of The Wicked)".

Jakim cudem tych czterech facetów prawie przed pięćdziesiątką (Embury kończy w tym roku 47 lat!) nadal gra na takim poziomie, z takim wigorem i pasją muzykę, w której nie ma miejsca na taryfę ulgową, pozostaje dla mnie zagadką, ale i napawa optymizmem. Napalm Death królami rocka nigdy nie będą, nie grozi im więc śmierć na sedesie. "Apex Predator - Easy Meat" to jednak coś więcej niż bardzo dobra płyta, to przepis na wieczną młodość.

Napalm Death "Apex Predator - Easy Meat", Warner Music Poland

8/10

Czytaj recenzje płytowe na stronach Interii!

Dowiedz się więcej na temat: muzyka. | Napalm Death | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje