Recenzja donGURALesko "Dom otwartych drzwi": Książki ważkie, chodniki zarzygane

Gural nie zdążył wymyślić się na nowo po poprzedniej płycie, ale nadal ma sporo do powiedzenia. Zwłaszcza o Polsce.

Okładka płyty "Dom otwartych drzwi" donGURALesko

Po bardzo dobrym debiucie w 2002 roku i świetnie przecierającym szlaki hiphopowej nowej szkole "Drewnianej małpy rocku", oficjalna dyskografia donGURALesko była już w kratkę. "El Polako", "Zaklinacz deszczu" i "Projekt jeden z życia moment" mają bez wątpienia trochę dobrych numerów, czasem nawet hitów, ale to zapychacze, po których wiadomo, że mistrza ceremonii stać na więcej.

Reklama

Co innego czwarty w dorobku "Totem leśnych ludzi", na którym raper staje się szamanem, prowadzącym przez newage'owy gąszcz podań i wierzeń: od pradawnej puszczy do betonowej dżungli. Albo ostatnie (do tej pory) "Magnum Ignotum", z wrażliwością i wyczuciem naszpikowane literackimi oraz malarskimi odniesieniami. Po jego premierze pisaliśmy, że "zajawka na filozofię i antropologię odbiła ku kulturze i to był dobry kierunek". Podtrzymujemy.

A zatem kluczowe pytanie odnośnie do "Domu otwartych drzwi" jest o to, czy znużony DGE dosztukował materiału, żeby pograć trochę koncertów, czy rzeczywiście miał pomysł i coś nowego do powiedzenia? Odpowiedź nie jest łatwa.

Można by z tego krążka wykroić imponujący, publicystyczny minialbum o Polsce, czy jak woli Gural "wyspie kormoranów", ptaków, które co prawda są chronione, ale swoimi żrącymi odchodami pustoszą wszystko. Oprócz wspomnianej "Wyspy...", przekombinowanej, za to położonej na jeden z potężniejszych bitów w tym roku (White House!), na pewno trafiłyby tam najlepsze na płycie "Parawany", w których raper ma swoje "Wesele" w pół drogi między Wyspiańskim a Smarzowskim.

"Szarpią po wsiach krótkie łańcuchy, ochrypłe psy / pijackie zwidy, szarpane sny / na szklanych ekranach dobry, brzydki i zły / chcieliśmy błyszczeć w podrabianym Hollywoodzie / wolni ludzie straceni w znojnym trudzie / a wyszło zgodnie z naszym starym programem / brudne plaże podzielone parawanem" - nawija, wspominając jeszcze chociażby "chodniki zarzygane tęczą".

Temu popisowi, zdradzającemu świetne oko do detalu i konkluzji, niewiele ustępuje równie bezlitosne, antyestablishmentowe "Poczekaj moment", błyszczące z kolei wersami: "Franz Kafka nie chciał tego nawet publikować / uważaj czego pragniesz, bo możesz pożałować / więc żeglujemy, w kruchej łupinie z kory / kto zbudzi śpiące potwory, wygrywa wybory / ten system jest chory i nikogo to nie dziwi / drzewa kochają drwale, zwierzęta myśliwi".

Kto piętnował Gurala za bujanie w obłokach, ma tym razem kawę na ławę wyłożoną na nasz polski stolik tak, że już nawet nie trzeba dopisywać nazwisk. Dodajmy rapowaną inaczej niż zwykle, bliższą wyliczankom Kazika Staszewskiego "Cegłę w murze", traktującą nie tyle o edukacji, co o normach i podporządkowaniu. To kluczowy w Polsce 2017 roku temat, podobnie jak uchodźcy, którym Piotr Górny poświęcił "Tratwę Meduzy", liryzując tyle, ile trzeba, by nie osłabić siły przekazu.

Pozostaje jeszcze "Parę słów", również prosto z miejsca "gdzie chamy wycierają sobie brudny ryj honorem / działają zgodnie z wdrukowanym wzorem / najpierw słowa nienawiści, które zbudują komorę / w końcu pęknie zaworek, w końcu wystrzeli korek / i nie obronią się policją, ani BORem". Mocno? Ano mocno, jak za hardcore'owych czasów. I takiej płyty: gniewnej, walczącej, piętnującej i wytykającej palcem brakuje w śliskiej niczym lutowe chodniki branży.

Jest też inny "Dom otwartych drzwi", płyta mniej lub bardziej przypadkowych numerów. Jeżeli to takie "O kruca", rapowane na wysokim biegu, gęsto i do bujającego blokiem bitu Returnersów, to nie ma sprawy, nie ma co narzekać. Niestety "Modern Talking" czy "Książek ważkich" nie ratuje nawet bardzo mocna, klasyczna produkcja wspomnianego wcześniej White House - pierwszy kawałek to przegadane, Guralowe lanie wody wokół tematu, a ten drugi, z tytułowymi książkami w "ciszy ciepłych schronisk", doprowadzi do wysypki każdego z uczuleniem na egzaltację. To jak najwznioślejsze momenty "Magnum Ignotum", tylko bardziej.

Eldoka lubi to, a ja żałuję, że nie pozostało instrumentalne jak miażdżące outro ("Wyw"), bo przecież tego fortepianu z bębnami można słuchać długo. Chybionym pomysłem są też kawałki "Wielki świat", "Gdybym" i "Dom otwartych drzwi". Mniejsza o te chabry, maki, kosmosy pęczniejące jak ciasta i "grzywy czesane na oceanie łez" (serio), bardziej irytuje patent na podśpiewywanie. Nie wiem skąd raper go wziął, ale niech czym prędzej odłoży, bo szkoda tego co Tailor Cut (radziłbym zapamiętać) przygotował - są tam świeże pomysły na metrum i aranżację, ładne to, zgrabne i właściwie samowystarczalne, a DGE poczuł się chyba zbyt swobodnie i pewnie. Karocy z buldożera nie zrobisz. Rap nie śpiewanie. A jak śpiewanie - to wokaliści.

Jeżeli trzeba już sprowadzić "Dom otwartych drzwi" do prostego tak albo nie, a tego pewno oczekujecie, no to jednak tak. Decydują momenty, a przede wszystkim konkrety - otwarty jest mózg budowniczego, a nie tylko tytułowy dom, został giętki język, ucho do bitów i chyba więcej serca do gry, niż się po niektórych wywiadach i koncertach "hardcorowego papy" wydaje.

Mało kto weźmie tu was od Method Mana do Józefa Hena, i to w dodatku drogą przez przełęcze i uroczyska. Nikt inny nie zrymuje "Mara Salvatrucha" do "marazm nas wyklucza", ale też nie zaryzykuje topnienia swojego elektoratu, brudząc ręce polaryzującą jak zawsze polityką i egzorcyzmowaniem narodowych demonów. Za to należy się szacunek.

donGURALesko "Dom otwartych drzwi", Szpadyzor Records

6/10

Dowiedz się więcej na temat: DonGURALesko | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje