Reklama

Peja/Slums Attack "G.O.A.T.": Weteran atakuje twardo [RECENZJA]

Walczy z sezonowcami w imię dobrego hip hopu, zadaje sierpowe mocnymi wersami, przypomina o klasyce i nie robi sobie przerwy na odpoczynek. Jest w formie ten nasz Peja.

Okładka płyty "G.O.A.T." Peja/Slums Attack

Znowu nie trzeba było długo czekać na kolejny album Rycha. Raper longplaye dostarcza regularnie, rzadko kiedy zawodzi (ej, album z DJ-em Zelem naprawdę nie był taki zły!) i nie schodzi przy tym poniżej pewnego poziomu. Przynajmniej dla tych najwierniejszych fanów, bo ci są w stanie przymknąć oko na powtarzające się tematy. Co w takim razie z resztą? Jeśli wcześniej narzekali to mają teraz dobrą okazję, żeby zmienić zdanie, ponieważ "G.O.A.T." to najlepszy album rapera w ostatnich latach. Stary, dobry Peja na genialnych beatach Magiery.

Reklama

Bez owijania w bawełnę - wielkich nowości czy fajerwerków nie ma się co tu spodziewać, bo "G.O.A.T." zamyka się w deklaracji "reprezentuje prawdę, bo to mój obowiązek". Baczny obserwator jak w "Bolesnych powrotach" (chociaż już mógłby sobie darować refren lub zatrudnić do tego niezłego wokalistę) i moralizator w "Happy End". Szczery facet, który wybił się z jeżyckich podwórek i ciągle udowadnia, że nigdy nie jest za późno na zmiany - "Akacja" czy "Big Rich" to Rychu w pełnej okazałości. Świetnie wypadają "zawodowe" reminiscencje w "Game Changer", cieszy nietypowa forma "Ten typ tak ma".

Oczywiście nie mogło zabraknąć też kolejnej ważnej, charakterystycznej cechy, której żaden inny mainstreamowy zawodnik nie uskutecznia tak często. Miłości do hip hopu. Bardzo najntisowy, ponownie stawiający na ciekawą ksywkę na featuringu. Byli Jeru the Damaja, Onyx czy Edo G., teraz jest Chi Ali, który wypada więcej niż solidnie. I podobnie jest w przypadku innych gości, a do tych tym razem nie można mieć do nich żadnych zastrzeżeń. Avi w tym roku wygrywa niemalże wszystko, ostatnie miesiące Hansa i Piha też trzeba zaliczyć do udanych, a bez miękkiego wokalu Dziun ciężko sobie wyobrazić "Happy End", jeden z lepszych numerów na "G.O.A.T.". Nawet Grizzle, który ostatnio u KęKego zaliczył nijakie dwa występy, tym razem dobrze ubarwił "Jakieś pytania?".

Jak rapuje, że kiedyś było biedniej, ale łatwiej było żyć, to po prostu jemu się wierzy, a to jedna z najważniejszych cech dobrego MC. Charyzma i oddziaływanie na słuchacza. Jednak z całym szacunkiem i sympatią do Pei to raczej nie grozi mu miano "G.O.A.T.", przynajmniej w tym klasycznym rozumieniu, jakie w zwyczaju przekazywał LL Cool J.

On, według deklaracji i rozwinięcia akronimu, atakuje twardo, a prawdziwym "greatest of all time" jest Magiera. Wrocławski producent w tym roku chyba ostatecznie rozwiał wszystkie wątpliwości, kto jest najlepszym polskim specem w tym fachu. Nie ma znaczenia, czy połówka WhiteHouse bawi się nowoczesną formą jak w "Game Chargerze", "Krwi" i "Bolesnych powrotach", czy imponuje klasycznym "Kiedy Rozum Śpi", w międzyczasie stawiając na oszczędność i prostotę "Oczekiwań". On jest wielki, prawdopodobnie największy w historii polskiego beatmakingu.

Wrześniowe premiery w polskim rapie na papierze wyglądały więcej niż dobrze. Świetne produkcje dostarczyli Bonsoul i Gedz, nie wolno zapominać o KęKę, po kilku latach z solowym materiałem wrócił Pezet. Gdzieś pomiędzy nimi przyczaił się Peja - bez wielkiego rozgłosu jak kiedyś, a i tak swoje osiągnął. Klasyczny rap, wielka forma producenta. Bez szukania zaczepek i kontrowersji. Aha, i piękna okładka, która jak mało co, idealnie oddaje klimat. To samo, ale i tak warto.

Peja/Slums Attack "G.O.A.T.", RPS Enterteyment

7/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Peja Slums Attack Decks | Rychu Peja | Slums Attack | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje