Reklama

Reklama

Machine Gun Kelly "Mainstream Sellout": Bóle fantomowej nostalgii [RECENZJA]

Jest takie ładne sformułowanie "fantomowa nostalgia" - to często wytworzona przez kulturę tęsknota za rzeczami, których nigdy się nie doświadczyło. Machine Gun Kelly postanowił skorzystać z tego dobrodziejstwa i kieruje swoją muzykę do ludzi, którzy nie pamiętają za dobrze pop-punkowej dominacji w mainstreamie, ale koniecznie chcą doświadczyć jej w nowym wydaniu. I ach, jak to boli.

Jest takie ładne sformułowanie "fantomowa nostalgia" - to często wytworzona przez kulturę tęsknota za rzeczami, których nigdy się nie doświadczyło. Machine Gun Kelly postanowił skorzystać z tego dobrodziejstwa i kieruje swoją muzykę do ludzi, którzy nie pamiętają za dobrze pop-punkowej dominacji w mainstreamie, ale koniecznie chcą doświadczyć jej w nowym wydaniu. I ach, jak to boli.
Machine Gun Kelly na okładce płyty "Mainstream Sellout" /

Cóż, wygląda na to, że po retrofazie na lata 80. i 90., moda na wczesne lata dwutysięczne wchodzi w pełni z całym wątpliwym dobrodziejstwem inwentarza. "Przepraszam, czy to żart?" to bowiem pierwsze pytanie, jakie zadałem sobie po usłyszeniu singla "Emo Girl" z gościnnym udziałem Willow Smith, którym to numerem Machine Gun Kelly zapowiadał "mainstream sellout".

Zinfantylizowany pop-punk, za którym nie stoi nic ponad żerowaniem na nostalgii za początkami Avril Lavigne czy Blink-182 (to szczególnie oczywisty trop, bo MGK w produkcji i za perkusją wspiera Travis Baker - bębniarz tamtej grupy), pochłonął wokalistę w pełni. Tylko czy naprawdę piosenka o seksualizowaniu emo-nastolatek, śpiewanie o tym, że umawiają się z facetami z dużymi f...ami i trywializowanie depresji w rytm przesłodzonych melodii ukrywanych za przesterami oraz szybkimi bębnami, to to, na co zasługujemy w 2022? Nie odpowiadajcie...

Reklama

Niestety, po tym, jakimi głupotami raczy nas Colson, jak ma na imię wokalista, trudno uwierzyć, że jeszcze kilka lat temu facet prężył muskuły z Eminemem jak równy z równym. Rozumiem usprawiedliwienie się konwencją, ale aż tak źle nie było nawet na "Tickets to My Downfall", które przecież również podejmowało pop-punkową estetykę. Widoczne MGK bardzo wziął sobie do serca trafianie do ludzi, którzy nie mogą jeszcze pomachać dowodem osobistym przed nosem ekspedientki w sklepie.

Uskuteczniane w "WW4" narzekania na nauczycieli i mówienie słuchaczowi, że nie musi iść do szkoły, to taka wisienka na torcie, która tylko to potwierdza. Ale w międzyczasie posłuchamy takich głupot jak "Screamin' when we f...ck/Screaming when we fight", fetyszyzowania dziewczyny-dilerki czy licznych tendencji do autodestrukcji, w których zamiast jakiejś dojrzałej refleksji, dostajemy wysrywy z nastoletniego pamiętnika, które brzmią jakby właściciel chciał koniecznie pokazać rodzicom swój bunt. Wypada to bardzo groteskowo.

Szkoda, bo pojawiają się też rzeczy, które autentycznie mogłyby poruszać. Kiedy słyszę wersy o tym, jak MGK nie potrafi poradzić sobie ze śmiercią ojca albo o tym, że wydaje mnóstwo pieniędzy na terapię, a potem się nie pojawia, to są właśnie momenty, w których lirycznie błyszczy. Ale dość nieliczne.

Równie nieliczne są momenty, w których Machine Gun Kelly wraca do rapu. Bo jeżeli myślicie, że zupełnie porzucił ten rodzaj ekspresji wokalnej, to nie. I całe szczęście, bo to, co prezentuje w trap-popowym "Ay!" z Lil' Wayne'em, "Die in California" czy w szczególności w ostatniej zwrotce "Papercuts" stanowi bardzo potrzebny oddech od męczącego śpiewu gospodarza. A w tej kwestii mamy do czynienia z bardzo oczywistymi brakami warsztatowymi, które muszą być przykrywane już na etapie miksu. Czasami ratunku nie ma, o czym świadczy bardzo oczywisty auto-tune przy wchodzeniu w górki w numerze tytułowym, co zahacza już o pastisz.

Ale przestańmy pastwić się nad gospodarzem, a wróćmy do warstwy instrumentalnej. Rozpoczynające płytę "Born with Horns" usypia czujność, bo nie zapowiada tragedii - świetnie połamane, mocne w brzmieniu bębny, niosąca to wszystko partia basu, żrące ściany przestery z gitar. Znacznie bliżej niż do pop-punku jest tu do gitarowych hardcore'owych wygrzewów z Epitaph Records.

Później wchodzimy jednak w obszary bardzo, bardzo bezpieczne, odtwórcze. To na ogół piosenki proste, pozbawione aspiracji artystycznych, jakiegokolwiek ryzyka, ale również zapamiętywalnych melodii. Także w chwilach, gdy krążek skręca w stronę rapowych źródeł MGK. Brakuje momentów, które pozwalają o coś "zahaczyć" słuchaczowi. Może oprócz refrenu "Die in California" i - paradoksalnie - krytykowanego przeze mnie na samym początku recenzji "Emo Girl".

Czasem w tym wszystkim obudzi nas Bring Me The Horizon, którzy narzucą estetykę post-hardcore'ową. Innym razem Lil' Wayne przypomni o tym, dlaczego rockowe "Rebirth" uznawane jest za najgorszy krążek w jego dyskografii, a Young Thug zaskoczy tym, jak bardzo przezroczysty featuring potrafi zostawić. A na dokładkę dostaniemy "Sid & Nancy" oparte na prostackich riffach, które brzmią jak garażowa przystawka powstająca podczas próby, a nie pełnoprawny numer. Wspomniałem o tym, jak bezpieczna jest ta płyta (wiem, że tak, ale warto powtórzyć)?

Nie wygląda na to, aby w karierze Machine Gun Kelly'ego w najbliższym czasie pojawiły się jakieś zmiany - pop-punk chwycił jak nic innego w jego karierze. Tylko w ramach przypomnienia wróciłem sobie do płyty "Take Off Your Pants" and Jacket" Blink-182 z 2001 roku i naprawdę trudno zrozumieć mi zasadność nagrywania niemal dokładnie tego samego, tylko 20 lat później.

Machine Gun Kelly "mainstream sellout", Universal Music Polska

2/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL