Reklama

Reklama

Intruz "Owoce grzechu": Bez frajerskiej burżuazji [RECENZJA]

"Doceń ludzi, którzy złapią ręką za kolczasty drut" - apeluje raper Intruz. Podpisuję się pod apelem.

"Doceń ludzi, którzy złapią ręką za kolczasty drut" - apeluje raper Intruz. Podpisuję się pod apelem.
Okładka albumu Intruza "Owoce grzechu" /materiały promocyjne

Na pytanie "czego oczekujesz od rapu" odpowiedzi mogą być skrajnie różne. To nie jest teleturniej. Ktoś oczekiwać będzie dobrze zrobionej muzyki, gdzie wokal jest jak kolejny, sprawny instrument. Kto inny będzie potrzebował się utożsamić, znaleźć pociechę, by móc prowadzić własne życie dalej i lepiej. Jeszcze inni potrzebują odpowiedniego tła do siedzenia na ławkach i schodkach. Komuś zaimponuje styl bycia, komuś dobre czucie melodii, jeszcze komuś wersy, z których można się pośmiać. 

Wszystko da się rozebrać na czynniki pierwsze, analizować, racjonalizować - z tego rodzą się dyskusje. Normalna rzecz. Ale najlepsze, co może zaoferować muzyka, również rapowa, to bycie pod jej wrażeniem. Głowa odcina inne myśli i kręci swoje własne teledyski, żyjesz cudzymi emocjami. I to się dzieje, a wyjaśnianie sobie i innym dlaczego, to już proces wtórny.

Reklama

Całe życie przemieszkałem w bloku, jestem DDA, wychowała mnie matka pracująca w budżetówce i doświadczająca wszystkich konsekwencji reform początku lat 90., niemniej jasnym jest, że Intruz nie nawija do takich jak ja i dla takich jak ja. W stronę mi podobnych raczej lecą (i dźgają sumienie) wersy pokroju tych z "Dwubiegunowości": "Czasowniki przeszkadzają, coś można było poprawić / j***ny egoisto, do innych też muszę trafić / oczytany humanisto, mam własne argumenty / brak mi słów, s*****synu, weź spróbuj być wylewny / prędzej uwierzycie kreowanym altruistom / w twoich oczach jestem karłem, w ich lirycznym kulturystą" .

Nie ukrywam, bity, które dla jednych będą tym prawdziwym rapem na wieki namaszczonym na "Ewenemencie""Chlebie powszednim", to dla mnie anachroniczny festiwal długich partii fortepianowych i smyczkowych, kaszaniastych bębnów, cofnięcie nas przed Waco i Magierę. I podkład może sobie cykać, może podpadać pod trap, ale to i tak jest tamto barbarzyństwo. 

Intruz z uporem maniaka trzyma się określonych ksywek i rozwiązań. Wachlarz flow? Jedno, wyrobione, niemniej użytkowe, nie do podziwiania. Próba odejścia od werystycznych reportaży ze świata kopertowych dachów, nawijania bardziej pogodnego, kończy się tym, co dla "intruzików" tego świata będzie urocze i prostolinijne, ale mnie uwiera jak polskie komedie romantyczne. 

Natomiast, kiedy raper żuje przeszłość aż dziąsła krwawią, konstruuje historie na wzór przypowieści, odrealnia to trochę idąc w jakiś najdziwniejszy ludowy naturalizm magiczny, to po prostu nie ma na niego mocnych. Jest w tym żar starego Pei, dla którego rapowanie było jak oddychanie. Jest w tym konkret starego Sokoła, fotografia miejska z uchwyconą ostrością i detalami na drugim planie. I wrażenie, że jakby ciężko nie było, to się trochę słów udało połapać i się czasem mimochodem z nawijki tworzy się literatura. A ja jestem pod wrażeniem. 

Kopem na ryj jest otwierające pięć minut rapowania na bicie 4Money (szkoda, że nie zrobił więcej) bez refrenu, z nerwem. Zaczyna się od skrajnie codziennej i zupełnie niecodziennej zarazem linijki "stare rzęchy debatują, czy ja droższe znicze kupię", leci z dygresjami od kolonii w Jarnołtówku po łosia w funkcji premiera, ale nawet na chwilę nie traci temperatury i się nie rozłazi, choćby raper w trakcie odebrał telefon. 

A później? Trochę snów na jawie jak w ciekawie obrazowanym "Hotel Bristol". Trochę publicystyki jak w "Spalonych słonecznikach", gdzie pochylone koszyczki kwiatów autor kojarzy z ludźmi zgarbionymi nad smartfonami. "Stary kamieniarz" to opowieść sienkiewiczowska, taki "Janko muzykant". Inaczej "Pole makowe", z którym kojarzy mi się już nie nasz Henryk, a kolumbijski Gabriel Garcia, bo specyficznymi meandrami ta narracja prowadzi. Wszystko własne, wszystko jakieś, wszystko rezonuje.

Intruz bywa dosłowny do bólu, chlasta, czego dowodem chociażby najlepszy na płycie "Od pierwszej zwroty po grób" z ostatnim zębem wybitym ojcu, zeszytem odciśniętym na policzku i całym niewesołym świecie zamkniętym w dwóch wersach: "tu szczanie do umywalki, a nie randki na foodtruckach  / stary wysyłał mi z puchy nowe filmy na piratach". Raper umie też dla odmiany zawiesić, niedopowiedzieć, zaledwie zarysować. "Trochę mnie zabrało, mógłbym ryczeć do bitu / Mi atrapa p*****lona wyświetla ogień w kominku / Ta, niestabilny oddech męczy / Niby skończyła się zima, u mnie ciągle sezon grzewczy" - zaczyna "Ptaki pod kluczem". Chciałoby się odsupływać, ukonkretniać niektóre wersy z płyty - na przykład zapytać czemu raper śpi tylko na prawym boku (pewno dlatego, bo tak lubi), co to za wnioski były odrzucane i tak dalej. Lepiej nie pytać, jak u Bonsona z Soulpete'em.

Pisałem o ludowym. Jest coś z tych wyrazistych, grubo ciosanych folkowych piosenek śpiewanych przez pokolenia, w sposobie, jakim Intruz operuje powtórzeniami, w superdalekich skokach nastrojów, kontrastach takich jak "Kwiat zawisł", gdzie w jednej chwili ktoś rozkwita w szkolnej ławce obok, a zaraz potem wisi za barierką. Tu śmierć jest sąsiadką miłości, los bywa okrutny, puenta okrutniejsza. Pisałem o detalach. Jeden obrazek brata szyjącego dla Intruza w więzieniu piłkę z łatek to dla mnie więcej niż całe płyty tak zwanych odkryć sezonu. "Naucz się precyzji, jak zapragniesz być raperem"- doradza twórca. I sam słucha tej rady. Cytując jeszcze raz, bo kusi: "troszeczkę fatygi, a nie walka na patyki".

Niech nikt nie spodziewa się uczty. Intruz po dziesięciu wersach złota walnie nagle takim tombakiem, że aż człowiek chciałby mieć drugą parę rąk, żeby się mocniej złapać za głowę. Ciągnie go do bitów rzewnych, prostych i może co któryś się broni. Zapewne można powiedzieć, że jest monotematyczny, oskarżyć go o serię szantaży emocjonalnych, ale wszystko to schodzi na dalszy plan w obliczu mocy "Owoców grzechu"

Żadnej polskiej rapowej płyty w tym roku tak nie przeżyłem, nikt nie wyprowadza ostrych, bolących i obrazowych linijek jak ten gość. To nie jest zniuansowana do przesady nowa Warszawa pusta jak "Nowi Rosjanie", to są problemy nieco większe niż to, co dziś wziąć od dilera, na jaką wysokość podnieść skarpetkę, pod co się podpiąć i gdzie się pojawić. Opolski raper przekłuwa bańki, przypomina, gdzie żyjemy, żadne z niego panaceum, za to całkiem imponujące antidotum.

Intruz "Owoce grzechu", wyd. Step Records

8/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL