Reklama

Edie Brickell and New Bohemians "Hunter and a Dog Star": Lepiej być mądrym niż głośnym [RECENZJA]

Jasne, że współczesny folk rock, niezależny pop i rzeczy z gatunku singer-songwriter to nieprzebrana krynica. Nowa płyta Edie Brickell dowodzi tymczasem, że na owym gruncie i wykonawcy z dorobkiem nierzadko nadal mają coś do powiedzenia.

Okładka płyty "Hunter and a Dog Star" Edie Brickell and New Bohemians

Edie Brickell? Któż to - spytacie może? Tymczasem jej kawałek "What I Am" z płyty "Shooting Rubberbands at the Stars" (1988) znacie na pewno. I pewnie gros z was za każdym razem, kiedy go słyszy, zachodzi w głowę, "kto to grał, no kto?". Trudno się specjalnie temu dziwić, bo pani Brickell płyty wydaje bardzo nieregularnie - zaliczyła dwunastoletnią, a nawet szesnastoletnią (sic!, to dłużej, niż GNR przy "Chinese Democracy") przerwę.

Reklama

Jeśli do tej szlachetnej powściągliwości dodać, że uprawia jednak sztukę niezależną i jakoś niszową, mamy odpowiedź, dlaczego w masowej świadomości raczej nie jest obecna, chyba że przez nierzadkie wyciąganie jej, że jest małżonką bez porównania słynniejszego (choć i ten się łokciami nie rozpycha) Paula Simona.

Tytuł nowego albumu Brickell odnosi się do Syriusza, którego z racji jego prominencji w gwiazdozbiorze nieba zimowego półkuli południowej, Wielkim Psie, nazywa się Psią Gwiazdą. I wydaje się, że tytuł jest w kontekście zawartości strzałem w dziesiątkę, bo idealnie oddaje nastrój kolejnych numerów.

Mniej może rozstrzelonych jeśli chodzi o tradycję muzyczną, niż dokonania męża, ale podobnie jak poprzednie płyty, w najlepsze korzystających z wielu elementów americany, z delikatnym ukłonem do jangle popu. Teren to dosłownie doszczętnie współcześnie zadeptany nadpodażą artystów mniejszego i większego autoramentu, jednak mimo to Brickell potrafi się na jego tle wyróżnić za sprawą jednej wcale nie tak powszechnej zalety.

Pomijając sowizdrzalskie i wybijające z rytmu albumu "Horse's Mouth", praktycznie każdy numer na tej płycie jest doskonale oszlifowanym diamentem. Nie są to kawałki wielkie, wpadające w ucho przy pierwszym przesłuchaniu, by zostać z nami na dobre i na złe, ale skromne - jak sama artystka - miniatury z fenomenalnym potencjałem nienachalnego liryzmu. Posłuchajcie jak doskonale pomyślany został "Rough Beginnings". Jak fajnie niesie przypominający St. Vincent albo Joan as a Policewoman "My Power". Albo poczujcie jak za serce chwyta najlepszy bodaj na "Syriuszu" "I Found You".

Do tego perfekcyjne wyczucie wykonawcze, pełna świadomość że czasem mniej to więcej, a prawdziwych dóbr nie trzeba wpychać nikomu na siłę, ani nawet agresywnie reklamować. Nie, że wymawiam komuś PESEL, ale w powodzi naprawdę utalentowanych młodszych artystów Brickell z powodzeniem zachowuje wszystko, co z jednej strony zapewniło jej 32 lata temu status artystki multiplatynowej, a z drugiej przesądziło, że nie miała zamiaru ścigać się sama z sobą, by go utrzymać - a mianowicie: niebywałą artystyczną inteligencję, nieocierającą się o prostactwo prostotę i absolutny brak pośpiechu.

Fantastycznym jest słyszeć, jak to z pozoru bardzo, ale to bardzo niepozorne nagranie za każdym kolejnym podejściem roztacza kolejne uroki. Znowuż - nie takie, które wgryzałyby się nam w mózg krzykliwością i fluorescencją. Ale takie, które doceni ten, co rozumie, że nierzadko bycie mądrym jest o wiele lepsze od bycia głośnym.

Edie Brickell and New Bohemians "Hunter and a Dog Star", Shuffle Records

7/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Edie Brickell | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje